Easy

Łza się w oku kręci. Dzisiaj na Trójce w programie "Prywatna kolekcja" prezentował swoje ulubione utwory Edmund Stasiak gitarzysta w zespołach: Easy Rider, Lady Pank, Papa Dance i założyciel Emigrantów.

Easy Rider mieli próby w klubie "Katakumby" w czasie, kiedy ja byłem... diabli wiedzą kim. Bo w obowiązkach kierownik organizacyjno - finansowy, ale robiłem wszystko, miedzy innymi udostępniałem im klucze. Zespół zawsze trenował w "sali czerwonej". Była wygłuszona i obita czerwoną wykładziną. Praktycznie nie było ich słychać w akademiku, kiedy zasuwali w klubowej piwnicy do późnego wieczora.

Dali doskonały koncert w pałacu w Trzebieszowicach podczas studenckiego obozu dla ludzi kultury. Doszło wtedy do małego zgrzytu, bo podchmielony mój kolega zapowiedział ich jako zespół punk rockowy. Zaprotestowali, a potem tak zagrali, że aż wył pałacowy kominek.


Początek z cytatem

Cytat dnia na początek miesiąca:
Dzisiaj jest wprawdzie 01 września, ale nie oznacza to, że należy dać komuś szkołę. Jest też rocznica wybuchu wojny, ale wcale nie należy jej ponownie wszczynać.

Trochę się działo, załatwiłem sprawę, która była jak wyrzut sumienia. Od pół roku wydawała się nie do przeskoczenia. Poza tym urwanie głowy z telefonami, a pod wieczór powrót na basen po dwóch tygodniach. Kiepska kondycja, moja, nie basenu. Niby mało ludzi, a tłok wszędzie. Teraz mi się niczego nie chce robić. Nadgonię jutro o świcie.


Droga

Droga do wolności jest taka jak ta dzisiaj o poranku ciemnym i deszczowym. Wszyscy jechali ostrożnie, a jedna furgonetka wyprzedzając wariacko zbluzgała sznur samochodów i przechodniów.

Droga do wolności jest taka jak ta dzisiaj wieczorem. Kiedy stałem na poboczu kierowca opla zaczął się popisywać umiejętnościami rajdowymi, poślizgiem kontrolowanym i w efekcie zrobił zwrot o 180°.

Droga do wolności jest jak ta przed momentem. Chciałem na skrzyżowaniu jechać prosto, ale włączyło się czerwone światło.


W domu

Wszędzie dobrze, a najlepiej przed swoim komputerem. Powrót do wieczności wirowania jak elektron po orbicie, ale jest nieźle. Wypoczynek zrobił swoje, wzrosła odporność i więcej można przyjąć ciosów, refleks jest szybszy, dlatego udały się uniki.

Wczoraj jeszcze po drodze sympatyczna wizyta w Zielonej Górze, stolicy polskiego wina bez wina. Mieszka tam Jadzi koleżanka ze studiów. Spotykają się często ze swoim rocznikiem, a potem przy różnych okazjach oglądają zdjęcia i zmawiają się na kolejne imprezy. Zżyta paczka, tylko pozazdrościć. Ludzie rozstrzeleni po całym świecie, a zawsze potrafią się skrzyknąć.

Dzisiaj wieczorem nasiadówka kulturalna, przepraszam, w sprawie kultury. Pominę komentarz w tej sprawie, bo albo ja czegoś nie rozumiem, albo ktoś nie rozumie niczego.


Dożynki

Przygód ciąg dalszy to dopołudniowa wyprawa do jaru. Przejazd terenówką w tunelach zieleni, jazda po prawie pionowych zboczach. Dzikość dyskretnie cywilizowana, czyli wszędzie świeże ślady dzików i powierzchowne odbitki opon samochodowych. Do tego złowrogie poletko barszczu Sosnowskiego, którego w żaden sposób podobno nie dało się wytępić. W oddali odgłosy przejeżdżającego pociągu, piękne widoki ze wzgórza na połacie pól, tajemnicze zagajniki i pasmo leniwej Warty.

Pod wieczór spacerek na gminne dożynki w Janczewie. Piwo po 3,5 złotego, ogłuszające komunikaty co będzie, a czego nie i dlaczego nie. Przed estradą solowy występ taneczny bezzębnego autochtona w pasiastej koszulce polo. Wprawdzie stale wypadały mu papierosy z kieszeni, ale cudem je odnajdywał na asfalcie, a przede wszystkim nie podeptał.
Niech zostanie tajemnicą, kto kazał się pomalować na tygryska i jaki wzbudzał aplauz wśród wszystkich znajomych, czyli wśród wszystkich, bo cała miejscowość go zna.


Drzewo

Zaprzyjaźniona mucha łazi mi po ekranie, cisza dźwięczy w uszach tak głośno, że tykanie zegara na ścianie wydaje się dźwięczeć niczym młot na diabelskim kowadle. Jest poranek, słońce gdzieś za widnokręgiem drapie się po promienistej czuprynie, pewnie zastanawia się, co będzie dzisiaj robić.

Ja też się zastanawiam, bo jeśli pogoda będzie podobna do wczorajszej, to wyjście jest jedno, chyba trzeba będzie... (w tym miejscu zadziałać musi autocenzura). Póki co wypiję drugą kawę. Oczywiście, że całkiem spokojnie, jak w znanej piosence.

Wczoraj mogliśmy doświadczalnie stwierdzić jaka część rodziny zmieści się na dużym formacie brystolu. Agnieszka z Jadzią wykonały drzewo genealogiczne począwszy od dziadka Ferdynanda i babci Marii. Uwidoczniła się całkiem spora ilość gałęzi sięgających swymi ramionami daleko w czasie i przestrzeni. Wielodzietne rodziny mają to do siebie, że w ich obrębie zbliżają się daty urodzin dwu pokoleń. Rówieśnicy są ciotkami i wujkami, a nierzadko ktoś znacznie młodszy należy do starszego pokolenia.
Losy rodziny mieszają się jak fusy w kolejnej kawie... nocne ciemności przechodzą w szarość, budzi się dzień, za chwilę zbudzą się ludzie, gałęzie wielkiego drzewa pełnego gniazd i owoców.


Gorzów i dalej

Pogoda wczorajsza akurat odpowiednia była na wypad do Gorzowa. Nigdy tam nie dotarłem, dlatego pierwsze, złośliwe stwierdzenie było takie, że Wielkopolski jest raczej większy od Śląskiego. Na marginesie przygód muszę dojść do źródeł historycznych dotyczących obu tych miast.
Poza tym rozwiązanie zagadek: gdzie warto parkować nad Wartą i co można obejrzeć w cenie godzinnego parkowania. Opłata parkingowa dała mi czystość sumienia i pewność, że nikt ze służb porządkowych nie będzie miał pretensji z konsekwencjami za wycieraczką. Wspinaczka po schodach wieży widokowej poprzedzona przebudzeniem ochroniarza, tak przypuszczam, że przebudzeniem, chociaż wyglądał jakby był na bani. Sam obiekt wzbudza wrażenia bardzo różne, nie chcę się wypowiadać dosadniej, ale widziałem większe koszmary architektoniczne.
Kolejne tematy przyświecające dalszemu szlajaniu się po mieście, to: w jakim sklepie jeszcze nigdy nie był nasz szanowny kuzyn i dlaczego uważam, że wczorajsza wyprawa do Gorzowa była istotnym momentem dla zbawienia jego rogatej duszy.
Po obiedzie krótki kurs nawigacji dalekomorskiej, pochwała sekstantu i nowożytnej techniki także.
Pod wieczór ciąg dalszy wspomnień, oglądanie kolejnych zdjęć rodzinnych. Wszystko na tle Śląska, morza pojętego bardzo szeroko do portu Santos włącznie, tajemnicze refleksje Roberta i moje, związane z rzeźnią w tym mieście.


strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |  6 |  7 |  8 |  9 |  10 |  11 |  12 |  13 |  14 |  15 |  16 |  17 |  18 |  19 |  20 |  21 |  22 |  23 |  24 |  25 |  26 |  27 |  28 |  29 |  30 |  31 |  32 |  33 |  34 |  35 |  36 |  37 |  38 |  39 |  40 |  41 |  42 |  43 |  44 |  45 |  46 |  47 |  48 |  49 |  50 |  51 |  52 |  53 |  54 |  55 |  56 |  57 |  58 |  59 |  60 |  61 |  62 |  63 |  64 |  65 |  66 |  67 |  68 |  69 |  70 |  71 |  72 |  73 |  74 |  75 |  76 |  77 |  78 |  79 |  80 |  81 |  82 |  83 |  84 |  85 |  86 |  87 |  88 |  89 |  90 |  91 |  92 |  93 |  94 |  95 |  96 |  97 |  98 |  99 |  100 |  101 |  102 |  103 |  104 |  105 |  106 |  107 |  108 |  109 |  110 |  111 |  112 |  113 |  114 |  115 |  116 |  117 |  118 |  119 |  120 |  121 |  122 |  123 |  124 |  125 |  126 |  127 |  128 |  129 |  130 |  131 |  132 |  133 |  134 |  135 |  136 |  137 |  138 |  139 |  140 |  141 |  142 |  143 |  144 |  145 |  146 |  147 |  148 |  149 |  150 |  151 |  152 |  153 |  154 |  155 |  156 |  157 |  158 |  159 |  160 |  161 |  162 |  163 |  164 |  165 |  166 |  167 |  168 |  169 |  170 |  171 |  172 |  173 |  174 |  175 |  176 |  177 |  178 |  179 |  180 |  181 |  182 |  183 |  184 |  185 |  186 |  187 |