Muzeum, które uczy tragicznej historii "Wujka" z 1981 roku

Historię z 16 grudnia 1981 roku, kiedy to podczas pacyfikacji strajkującej kopalni "Wujek" w Katowicach od milicyjnych kul zginęło w sumie dziewięciu górników, a kilkudziesięciu innych zostało rannych znam tylko z opowiadań, zdjęć i tekstów. Dokładniej pamiętają ją moi rodzice, ich rówieśnicy. Mi, jak i wszystkim, którzy znają tylko skrawki tej historii, pomóc w dokładniejszym jej poznaniu ma Muzeum Pamięci Kopalni „Wujek”, które już niedługo będzie obchodziło swoją pierwszą rocznicę istnienia.

Nocą z 12 na 13 grudnia 1981 roku jednostki wojskowe zajmują strategiczne punkty Katowic. ZOMO wyciąga z mieszkania przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność w kopalni „Wujek” Jana Ludwiczaka. 13 grudnia zostaje wprowadzony stan wojenny. 14 grudnia w „Wujku” wybucha strajk, a 15 do górników dociera wiadomość o strzałach w kopalni „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu-Zdroju. 16 grudnia na teren kopalni wkracza wojsko i oddziały ZOMO. Rozpoczyna się walka, wojsko i milicja używają broni, ginie 6 górników, trzech kolejnych umiera w szpitalu.



Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Joachim Gnida, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Jan Stawisiński, Zbigniew Wilk, Zenon Zając – oto nazwiska poległych górników w tym czasie. Zmarłych górników, pamięć o tym wydarzeniach oraz ideach, które kierowały polskim społeczeństwem w 1981 roku ma upamiętnić opisywane muzeum – Muzeum Izba Pamięci Kopalni Wujek.



Mieści się ono po prawej stronie słynnego pomnika-krzyża, w budynku dawnego magazynu odzieżowego, zajmując jego trzy odremontowane pomieszczenia. Nie przypadkowo wybrano to miejsce, prawdopodobnie właśnie ze stopni i rampy tego budynku padały śmiertelne strzały pamiętnego dnia grudnia 1981 roku.



Jest ono podzielone tematycznie na dwie części: jedna dotyczy historii kopalni od momentu jej powstania w 1899 roku, a druga związana jest z wydarzeniami z 16 grudnia ‘81 roku. W pierwszej części zobaczyć można m.in. kamień wyznaczający granice nadania pola górniczego z XIX wieku, ryciny, zdjęcia, wydruki, autentyczne mundury powstańców śląskich lub też sztandary górnicze, z których jeden z 1925 roku ma pozostawiony tylko motyw górniczy, gdyż wizerunek św. Barbary usnęli komuniści.



Jednak najbardziej znany eksponat, dzięki któremu o Muzeum było głośno w całej Polsce, znajduje się w drugiej części ekspozycji. Mowa oczywiści o słynnej makiecie przedstawiającej pacyfikację "Wujka". Architektoniczna skala makiety to 1:100, a postaci 1:87, łącznie makieta ma ponad 9 metrów kwadratowych. Jest to makieta kopalni i okolic oraz ponad 400 postaci, zaaranżowanych w specjalnych scenach. Znajdują się na niej zomowcy, górnicy, rodziny i mieszkańcy. Są pojazdy milicyjne, mordercy oraz ofiary. Z wielką dokładnością odtworzono milicyjne pałki, armatki wodne, a nawet.. butelki i karabiny. Twórcy - Sławomir Rakowiecki i Jan Nałęcz z Pracowni Mikromodelarstwa i Historii Wojskowej - wiernie oddali nie tylko układ obiektów, ale też najdrobniejsze szczegóły przekazane przez świadków wydarzeń.



Oprócz makiety zobaczyć możemy w Muzeum również m.in. fotografie z przebiegu pacyfikacji, pierwszych dni po tragedii i procesów sądowych, górniczy hełm jednego z zastrzelonych - Jana Stawisińskiego - przekazany przez mamę Janinę, łuski i kula kaliber 9mm znalezione w miejscu, gdzie strzelano 16 grudnia 1981 roku, fiolki po gazie łzawiącym lub części wyposażenia zomowców: mundur, tarczę, hełm i maskę gazową.



Dwa ekspozycje w szczególności zapadają w pamięć – pierwsza składa się z dziewięciu zdjęć poległych górników, które zawisły naprzeciw zdjęć sprawców ich śmierci, a druga to zniszczone drzwi do mieszkania przewodniczącego kopalnianej "Solidarności" Jana Ludwiczaka. Przypominają one wspomnianą już wcześniej scenę, kiedy to 13 grudnia zomowcy wyważyli je siekierą i w progu brutalnie pobili związkowca. Dodatkowym atutem Muzeum są odtwarzane autentyczne nagrania rozmów wojska z 16 grudnia 1981 roku oraz odgłosy czołgów i wojskowych transporterów, a także sala kinowa, w której można zobaczyć film Agnieszki Świdzińskiej poświęcony wydarzeniom z tego okresu.



Na koniec jeszcze warto wspomnieć z czyjej inicjatywy powstało opisane Muzeum. Jego powstanie, jak i działalność, zawdzięczamy Społecznemu Komitetowi Pamięci Górników KWK „Wujek”. Często wielu polityków i samorządowców chwali się swoim solidarnościowym rodowodem przy okazji wyborów czy rocznicowych uroczystości, a jednak w ostatnim czasie Muzeum KWK „Wujek” boryka się z problemami finansowymi. Pieniędzy na utrzymanie nie daje ani miasto Katowice, ani samorząd województwa śląskie.



Muzeum mieście się przy ul. Wincentego Pola 65a. Można je zwiedzać od poniedziałku do piątku w godzinach 9:00-15:00. We wtorki placówka jest otwarta od 9:00 do 17:00. Wstęp do Muzeum jest bezpłatny.



Tolerancyjni - to się dzieje w Tarnowskich Górach

Pod koniec października w Warszawie odbyło się podsumowanie dużego programu pt.  "Dla Tolerancji" mającego na celu przypominanie i odkrywanie korzeni wielonarodowej Polski. Tarnowskie Góry również brały w nim udział, a co ważne zaznaczyły się w nim dość oryginalnym projektem. Jakim?

Gdybyśmy zrobili sondę wśród mieszkańców Polski i zadali w niej pytanie: z czym kojarzą Ci się Tarnowskie Góry?, to ktoś by odpowiedział, że z jakaś kopalnią, ktoś, że z podobno największym węzłem kolejowym, a ktoś inny, że to bardzo piękne miasto leżące gdzieś w Beskidach.

Części osób w Polsce i nie tylko nazwa Tarnowskie Góry kojarzy się jednak inaczej, a mianowicie z  placem przy ul. Lewka i Szymały oraz cieniem, który upamiętnia spaloną w 1939 roku synagogę, a także szeregiem działań, które mają za zadanie upamiętnić wielokulturową społeczność i historię miasta.



"Program dla Tolerancji" realizowany był w całej Polsce przez Fundację im. Stefana Batorego w latach 2006-2008, w trzech edycjach konkursu grantowego "To, co wspólne / to, co różne". - Program ten miał na celu przypominanie i odkrywanie korzeni wielonarodowej Polski, ochronę wspólnego dziedzictwa kulturowego i przeciwdziałanie aktom nietolerancji i rasizmu - wyjaśniają przedstawiciele Fundacji im. Stefana Batorego.

W ramach opisywanego programu Fundacja Batorego przekazała dotacje na 77 projektów edukacyjnych i kulturalnych. Łącznie"Batory" wsparł 63 organizacje, z których 14 otrzymało dotację w ramach programu więcej niż raz. W ciągu trzech lat na dotacje przeznaczono ponad 648 000 zł.



Z Górnego Śląska jedyną organizacją pozarządową, która została wyróżniona przyznaniem grantu w "Programie dla Tolerancji" była Tarnogórska Fundacja Kultury i Sztuki z naszego miasta, która w 2007 roku uzyskała dotację na kontynuację programu "Tarnogórzanie dla pamięci".

Dotację przyznano na  upamiętnienie społeczności żydowskiej przez zaznaczenie kostką brukową obrysu zniszczonej przez Niemców synagogi oraz naniesienie na sąsiednim budynku cienia nieistniejącej już świątyni. Projekt zrealizowany przez tarnogórską fundację jest jedynym tego typu projektem w Polsce. Pomysł próbowano kiedyś powtórzyć w Legnicy, jednak tam nie doszedł on do skutku. Na podsumowaniu "Programu dla Tolerancji", które odbyło się w ramach akcji "Tolerancyjni - to się dzieję!" zainteresowała się nim Agnieszka Kurant, artystka z Łodzi, która już w listopadzie w stolicy zrealizuje swój projekt "Wielokropek" - w miejscu znanej z czasów okupacji drewnianej kładki nad ul. Chłodną przecinającej warszawskie getto wywiesi srebrzyste balony tworzące znak wielokropka.



Czym się różnił projekt "Tarnogórzanie dla pamięci" od innych projektów? Przede wszystkim tym, że projekt z naszego regionu nie traktuje tylko o społeczności żydowskiej. Większość realizowanych działań w ramach "Programu dla Tolerancji" dotyczyła dziedzictwa polskich Żydów i ich społeczności, stosunków polsko-żydowskich oraz problemu antysemityzmu w Polsce. "Tarnogórzanie dla pamięci" to interdyscyplinarny cykl działań kulturalnych związanych z przywróceniem pamięci, ochroną dziedzictwa i wielokulturowości Tarnowskich Gór, a także ocaleniem ważnych dla pamięci historycznej miejsc.

Tarnogórski projekt wpisuje się w idee działań budujących postawy otwartości wobec „innych”, a jednocześnie rozbrajają zakorzenione w nas uprzedzenia i mierzą się z trudną historią. W ramach "Tarnogórzan dla pamięci" upamiętniono już spaloną synagogę, zniszczony cmentarz ewangelicki, zorganizowano kilka koncertów, a w planach na przyszłość jest stworzeniem Centrum Wielokulturowości w dawnym domu przedpogrzebowym oraz rewitalizacja znajdującego się tuż obok cmentarza żydowskiego. Wszystkie osoby, które chciałaby wesprzeć TFKiS w jej działaniach mogę już niedługo przekazać 1% swojego podatku fundacji. Numer KRS oraz szczegóły dostępne są tutaj.



Gdy spojrzymy na mapę projektów w ramach programów "Dla Tolerancji" i "MEMORIA. Wolontariat dla europejskiego dziedzictwa kulturowego" widzimy, że zaznaczonych jest więcej miejsc. W Orlej, w otwartej po latach dla mieszkańców i turystów synagodze, Sergiusz Martynowicz zbiera dokumentację historyczną żydowskiej społeczności Orli, gromadzi archiwali, a także organizuje czasowe wystawy, które są połączone ze stałą ekspozycją wielkoformatowych zdjęć. We Wrocławiu zrealizowano projekt "Bresalu CV", którego koordynatorką jest Agnieszka Kłos. "Breslau CV" został oparty o pomysł stworzenia „mapy pamięci” Wrocławia. Działania miały charakter dokumentacyjno-artystyczny, polegały na zbieraniu i „przetwarzaniu” relacji, pamiątek i zdjęć. Efektem pracy był cykl artykułów w czasopiśmie „Rita Baum”, a także strona internetowa projektu.

Stowarzyszenie na rzecz Odnowy Wsi "Odnowica", którego liderką jest Krystyna Nowakowska, zrealizowała dwa projekty w Bodzentynie - "Pamiętnik" i "Dni Dawida Rubinowicza". Polegały one na odkrywaniu historii bodzentyńskich Żydów przez pryzmat losów Dawida Rubinowicza, autora Pamiętnika. W pierwszym roku realizacji projektu grupa dzieci i młodzieży gimnazjalnej uczyła się fotografii otworkowej za pomocą której ilustrowała Pamiętnik, a także wzięła też udział w warsztatach dotyczących tradycji żydowskich i przygotowała wystawę swoich prac. W kolejnym roku grupa młodych ludzi przygotowała spektakl oparty na Pamiętniku, który pokazywany był potem m.in. w Warszawie i we Francji, a którego premiera miała miejsce podczas I Dni Dawida Rubinowicza. Odbyły się wówczas także koncerty, wystawa fotograficzna, warsztaty tańca żydowskiego i wędrówka śladami żydowskiej społeczności Bodzentyna.



Takich działań można kształtujących postawy tolerancji i otwartości kulturowej można opisać więcej. Cieszą one tym bardziej, że w większości przypadków w ich realizację włączają się osoby młode.




Zagłębiowski Kazimierz, czyli śladami będzińskich Żydów

Nie tak dawno zakończył się Kolaż Kultury zorganizowany przez Tarnogórską Fundację Kultury i Sztuki, a mający przybliżyć wielokulturowość Tarnowskich Gór, a w Muzeum można zobaczyć ekspozycję przedstawiającą historię oraz obrzędowość tarnogórskiej gminy żydowskiej. Pozostając w klimatach ukształtowanych przez różne dialekty języka jidysz oraz słodkie smak chały lub cymesu zapraszam na poznanie Będzina – „Jerozolimy Zagłębia”.

Nie przypadkowo Będzin w okresie międzywojennym nazywano "Jerozolimą Zagłębia" - mieszkało w nim wtedy ponad 30 000 Żydów, a taką ciekawostką potwierdzającą te określenie jest fakt, że w Radzie Miejskiej wyłonionej w roku 1917 na 23 radnych Żydami było.. 23.

Polichromie w Bramie Cukermana

W minioną niedzielę razem z  Tarnogórską Fundacją Kultury i Sztuki miałem przyjemność uczestniczyć w wycieczce "Ukryte dziedzictwo. Śladami będzińskich Żydów", którą zorganizowała zaprzyjaźniona z TFKiS będzińska Fundacja Brama Cukermana, a odbyła się ona, jako impreza towarzysząca w ramach Górnośląskich Dni Dziedzictwa.

Niedzielny projekt "Ukryte dziedzictwo. Śladami będzińskich Żydów" rozpoczął się o godzinie 11 pod dworcem PKP w Będzinie, a uczestniczyło w nim kilkadziesiąt osób ze Śląska i Zagłębia. W ramach wycieczki można było poznać bogatą i długą historię przedstawicieli wyznania mojżeszowego, którzy żyli kiedyś w Będzinie. Żydzi w Będzinie mieszkali od zawsze. Choć najstarsze źródła potwierdzają to dopiero od połowy XVI wieku, to jednak z całą pewnością można stwierdzić, że osiedlili się tutaj już w średniowieczu. Kahał, czyli zorganizowana gmina na której czele stał rabin i syndyk, powstała jednak pomiędzy rokiem 1564 a 1583 – o wiele wcześniej niż w naszym mieście (w Tarnowskich Górach gmina żydowska powstała dopiero w 1815 roku) – a w 1592 roku Zygmunt III Waza nakazał władzom Będzina bronić Żydów przed wszelkimi krzywdami i napaściami.

Pierwszy cmentarz żydowski w Będzinie umiejscowiony za murami miejskimi

W ciągu wieków Żydzi brali czynny udział w życiu miasta – wspierając odbudowę murów miejskich podczas zagrożenia Będzina atakiem wojsk cesarskich arcyksięcia Maksymiliana lub podczas insurekcji kościuszkowskiej, kiedy to Żydzi aktywnie wspierali polski wysiłek.

Rozbiory Polski przyniosły przedstawicielom wyznania mojżeszowego utratę wszystkich przywilejów nadanych im w ciągu wieków przez królów polskich, a ustawy rosyjskie z lat późniejszych zakazujące zamieszkiwanie przez nich terenów przygranicznych jeszcze bardziej ograniczyły rozwój gminy żydowskiej w Będzinie. Mimo tych wszystkich niedogodności będzińscy Żydzi na stałe wkomponowali się w życie kulturalne i gospodarcze miasta, co potwierdza fakt, że w 1910 roku Żydzi stanowili, aż 75% ludności Będzina.

Pomnik postawiony na miejscu spalonej synagogi

Zagładę społeczności żydowskiej w Będzinie, podobnie jak w większości innych miast, przyniosła II wojna światowa - w nocy z 8 na 9 września 1939 roku Niemcy zorganizowali prowokację podpalając będzińską synagogę wraz z modlącą się w środku grupą około dwustu Żydów. Stopniowo odbierana im ich własność, wysiedlano z centrum miasta do getta na będzińskim Warpiu, a pierwsze masowe deportacje do Auschwitz-Birkenau nastąpiły już w 1941 roku. W dniach 1-8 sierpnia 1943 r oku nastąpiła likwidacja będzińsko-sosnowieckiego getta. Po wojnie do Będzina wróciło kilkuset ocalałych Żydów, jednak większość z nich wyjechała z czasem, czego przyczyną była polityka prowadzona przez władze PRL-u.

Tyle o historii - a co można było zobaczyć na trasie ponad 5 godzinnej wycieczki śladami będzińskich Żydów? Członkowie Bramy Cukermana oprowadzili pokazali przybyłym m.in. miejsce, w którym znajduje się pierwszy cmentarz żydowski w mieście - tuż poza murami miejskimi średniowiecznego Będzina, ul. Targową na której mieściła się pierwsza drewniane synagoga lub zachowany do dziś malowniczy kirkut na północnym stoku Góry Zamkowej posiadający ponad 800 macew, szpital żydowski lub dom w którym mieszkała Rutka Laskier.

Dom Rutki Laskier

Będąc na Górze Zamkowej członkowie Fundacji Brama Cukermana opowiedzieli historię spalenia będzińskiej synagogi, kiedy to Niemcy oskarżyli o ten czyn 42 Polaków, których aresztowano i rozstrzelano po wymuszonych zeznaniach. W tym miejscu przypomniano również postać Mieczysława Zawadzkiego, który z narażeniem życia ofiarował schronienie uciekającym Żydom, za co został pośmiertnie uhonorowany medalem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata".

Na trasie nie zabrakło oczywiście również słynnej już Bramy Cukermana, w której zachowały się polichromie nawiązujące do motywów charakterystycznych dla religii judaistycznej oraz miejsc związanych z projektem Hurtownia Manufaktura, który to jest efektem kilkumiesięcznej pracy nad historią miasta, a ma na celu upamiętnienie przedsiębiorstw, które działały w Będzinie w okresie międzywojennym. Projekt składa się z tablic zamocowanych na kamienicach w centrum miasta, a upamiętniających przedsiębiorstwa działające przed wojną w Będzinie oraz strony internetowej, którą zobaczyć można tutaj. I tak np. na jednej z tabliczek możemy przeczytać „Mosze Szweicer MOSIĘŻNIK Rynek 10”.

Tablica upamiętniająca Mieczysława Zawadzkiego

Niedzielna wycieczka zakończyła się projekcją filmu „PO-LIN. Okruchy pamięci” w reżyserii Jolanty Dylewskiej, który to prezentuje unikalne archiwalia pokazujące przedwojenną Polskę, w której dwie kultury: żydowska i polska, współistniały razem tworząc spójną całość.



Inspirujące ruiny - Teatr Miejski Victoria w Gliwicach

„Wasze Ruiny inspirują, są przyjazne sztuce” miała powiedzieć Krystyna Janda, a Piotr Skrzynecki podobno tak określił ruiny Teatru Victoria „To wspaniałe miejsce. Nie mogę uwierzyć, że tak długo tu nie grano”. Po dłuższej przerwie zapraszam nie do kopalnianego szybu lub między domy robotniczego osiedla, ale do ruin teatru, które stanowią jedno z najbardziej interesujących miejsc na kulturalnej mapie Górnego Śląska.

Piszę oczywiście o ruinach Teatru Miejskiego Victoria w Gliwicach, który powstały pod koniec XIX wieku był najbardziej reprezentacyjnym miejscem Gliwic z okresem świetności przypadającym na lata międzywojenne, kiedy to 900-osobowa widownia zawsze była pełna. „Złote lata” teatru zakończyły się wraz ze spaleniem teatru przez żołnierzy Armii Czerwonej w 1945 roku. Po wojnie w piwnicach teatru uruchomiono m.in. łaźnię miejską, a w byłej sali widowiskowej mieścił się magazyn materiałów budowlanych. Było kilkanaście różnych pomysłów zagospodarowania teatru – mniej lub bardziej trafionych. Na szczęście pojawiła się pewna osoba – Ewa Strzelczyk - która powołała Fundację Odbudowy Teatru Miejskiego w Gliwicach i w 1996 roku zaprosiła do ruin teatru pierwszych artystów i ożywiła, zdawać by się mogło, martwe przez pół wieku mury.

Przenieśmy się jednak teraz w końcówkę XIX wieku, gdzie sięgają początki historii Teatru Victoria. W 1890 w Gliwicach powstał pierwszy budynek profesjonalnego teatru miejskiego. Spółka Towarzystwa „Victoria” postawiła przy ówczesnej Wilhelmstrasse (obecna ul. Zwycięstwa 36) pięciokondygnacyjną okazałą kamienicę narożną, która została nazwana „Domem Viktorii”, a następnie przylegający do niej zespół budynków. W nowopowstałym kompleksie mieściła się: kawiarnia „Victoria”, restauracja, pokoje hotelowe, basen pływacki i zakład kąpielowy w podziemiach, sala teatralna, pierwsze gliwickie kino „Grand”, kabaret oraz eleganckie mieszkania ulokowane na najwyższych piętrach.

Teatr rozpoczął swą działalność w 1899 roku, jednak sam budynek teatru stanowił najmniej efektowną część opisanego kompleksu - główne wejście prowadziło przez zaniedbane podwórko sąsiedniego domu, a sala widowiskowa była bardzo skromna i niefunkcjonalna.

W latach 1906, 1912 i 1916 miały miejsce nieznaczne przebudowy budynku teatru – m.in. orkiestrę, będąca dotychczas na jednym poziomie z widownią, umieszczono niżej pod proscenium, co bardziej odsłoniło scenę oraz pozwoliło zwiększyć widownię. Jednak najistotniejsze zmiany dokonały się po gruntownej modernizacji obiektu w 1924 roku: zbudowano wtedy szerokie schody od strony tzw. „Dzikiej Kłodnicy”, obiekt został wyposażony w nowe oświetlenie, wymieniono fotele, starą pluszową kurtynę zastąpiono nową, zamontowano specjalną ochronę przeciwpożarową. Nad sceną umieszczono łacińską sentencję „Muzyka jest wstępem do wiecznego życia”. Teatr Miejski Victoria stał się wtedy największym i najnowocześniejszym teatrem Górnego Śląska.

Na początku roku 1933, gdy do władzy doszli naziści, nowe władze przejęły pod swoją opiekę teatr. Większość dotychczasowych pracowników zostało zwolnionych, a ich miejsce zajęli bojownicy nowego ładu. Powstało wiele towarzystw teatralnych, których miejsce zajął potem nacjonalistyczny ruch społeczny Kraft durch Freude - Siła przez radość. W 1938 roku do pierwotnej bryły budynku dobudowana została część tylna, która zachowała się do dziś w dobrym stanie.

W czasach II wojny światowej dla zaspokojenia wielkich ambicji postanowiono w 1943 roku utworzyć Oberschlesisches Schauspiel, czyli Górnośląski Teatr Okręgowy. Dla Teatru Victoria miało to o tyle znaczenie, że miał się on stać wzorcową instytucją dla innych scen kulturalnych Śląska. Zaangażowano znanych berlińskich architektów Barteisa i Schweitzera, którzy przy pomocy jeńców i robotników przymusowych rozpoczęli przebudowę teatru: przebudowano widownię, wymieniono fotele, zamówiono okazałą haftowaną kurtynę, a także obniżono sufit, dzięki czemu Victoria posiadła najlepszą akustyką na Śląsku, widownię zaś oświetlił wielki, pozłacany, kuty w żelazie żyrandol.

Jednakże, jak to się miało z innymi perłami śląskiego dziedzictwa, w marcu 1945 roku teatr został spalony przez żołnierzy Armii Czerwonej. Pożar nie objął pomieszczeń administracyjnych, oddzielonych od reszty ścianą przeciwogniową, jednak znacznie ucierpiało samo serce teatru - sala widowiskowa, scena i foyer. Spaleniu uległo również wyposażenie, dekoracje oraz stropy i drewniane pokrycie dachu.

Pod koniec lat 60. przystąpiono do częściowej adaptacji pomieszczeń teatru, jednak owa adaptacja równała się z dewastacją tego, co po teatrze zostało - zburzono główne schody wejściowe, rozebrano balustradę tarasu na całej długości zabudowań zastępując ją murkiem oraz zlikwidowano dawny wystrój architektoniczny. W późniejszych latach pojawił się pomysł przerobienia teatru na salę kinową lub utworzenia w jego wnętrzach hali sportowej lub kasyna, restauracji, a w ciągu pomieszczeń administracyjnych szeregu kawiarenek i galerii.

Z inicjatywy Ewy Strzelczyk powstał zamysł odtworzenia Teatru Victoria. W roku 1994 powstała Fundacja Odbudowy Teatru Miejskiego, jednak tragiczna śmierć Ewy Strzelczyk opóźniła prace nad oddaniem teatru do użytku. W grudniu 1997 roku budynek Teatru Miejskiego w Gliwicach jako „Obiekt w stylu XIX-wiecznego historyzmu” został wpisany do rejestru zabytków województwa katowickiego. W styczniu 2005 roku administrację ruin przejął Gliwicki Teatr Muzyczny, dzięki czemu ruiny Victorii mają teraz szansę na pozyskiwanie środków z UE.

I tak po w skrócie przedstawia się historia tego niezwykłego miejsca w samym centrum Gliwic, a wszystkim, którzy lubią jazz i chcieliby sprawdzić, jak brzmi on w ruinach Victorii polecam festiwal „Jazz w ruinach”, który już 31 lipca sprawi, że te wyjątkowe ruiny odżyją po raz kolejny. Strona festiwalu:www.jazzwruinach.pl




Huta Kościuszko w Chorzowie – tak bardzo tajemnicza, tak bardzo piękna

Trudno jej nie zauważyć z okien autobusu lub samochody przejeżdżając przez centrum Chorzowa. Kiedyś przyciągała ludzi pracą i perspektywami na lepszą przyszłość, dziś stanowi pomnik historii przemysłowego Chorzowa i rarytas dla fotografów postindustrialnego Śląska. Zapraszam do prześledzenia historii tego miejsca królewskiego od jego początków oraz zobaczenie... co po nim pozostało, co umożliwią fotografie Tomasza Kowolika z Chorzowskiej Inicjatywy Samorządowej.



Dlaczego miejsca królewskiego? Bo pierwsza nazwa huty brzmiała Königshütte, czyli Huta Królewska. Inicjatorem budowy huty i jednocześnie nadawcą imienia był hrabia Fryderyk Wilhelm von Reden, ówczesny dyrektorem Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu, który zasłużył się również dla Tarnowskich Gór, m.in. sprowadzeniem maszyny parowej w 1787 roku lub uruchomieniem kopalni i huty „Fryderyk”.



Decyzja o budowie huty zapadła w październiku 1797 roku. Organem wydającym decyzję był Urząd Górniczy w Tarnowskich Górach. Budowała rozpoczęła się w 1798 pod kierownictwem szkockiego inżyniera Johna Baildona. W 1799 podjęto decyzję o nadaniu nowopowstającej hucie nazwy „Königshütte”. Ówczesny władca Prus - Fryderyk Wilhelm III - przeznaczył na budowę huty 40 tys. talarów. Budowę zakończono w połowie 1802 roku, a w październiku  tego roku o godzinie 17 miał miejsce spust surówki z pierwszego wielkiego pieca, który nazywał się „Reden”. Ta data jest uważana, jako inauguracja działalności produkcyjnej huty. W grudniu tego samego roku uruchomiono drugi wielki piec „Heinitz”.



Co zadecydowało o ulokowaniu huty akurat  w okolicach wsi Chorzów, miejscu mało jeszcze uprzemysłowionym, jak na tamte czasy? Niedaleko znajdowała się kopalnia „Księżna Jadwiga” założona przez odkrywcę złóż węgla w tym rejonie ks. Ludwika Bojarskiego w 1778 roku. To właśnie bliskość pokładów węgla, rud żelaza i stawów zadecydowała  ulokowaniu tam huty.



Przez pierwsze lata działalności huta szybko się rozwija - w 1843 wybudowano odziały pudlingarni, walcowni i młotowni, w kolejnych latach rozbudowano hutę o 4 nowe wielkie piece, nowe piece koksownicze, walcownię drutu cienkiego. Przewidując burzliwy rozwój kolejnictwa na świecie Huta Królewska, jako jedna z pierwszych w Europie wpisuje się na listę producentów szyn kolejowych. W 1862 powstaje najnowocześniejsza na Śląsku, jak na tamte lata, walcownia szyn kolejowych, a 1866 oddany do użytku zostaje pierwszy na Górnym Śląsku wielki piec o szerokim garze, rok 1868 przynosi uruchomieniem gazowni hutniczej.



Jednocześnie rozbudowuje się kolonia przy hucie. W 1802 roku kolonia liczyła 18 domów, jej ludności systematycznie rosła i w 1861 wyniosła ponad tysiąc osób. W 1804 roku otwarto szkołę w rejonie dzisiejszej ul. Metalowców, powstaje placówka pocztowa, szpital bracki, a w 1844 pierwszy kościół wybudowany przez ewangelików.





[ czytaj więcej.. ]


Kolonia Zgorzelec zatrzymana na chwilę

W południowo - zachodniej części Bytomia na granicy ze Świętochłowicami i Rudą Śląską położony jest unikatowy zespół familoków zwany "Kolonią Zgorzelec". Spacerując między budynkami można odnieść wrażenie, że czas spowalnia tutaj swój bieg.. Zapraszam na spacer.

Na osiedle, które widziane z lotu ptaka przypomina niepełną literę "H", składają się 34 budynki. Kolonia powstała na przełomie XIX i XX wieku, a dokładnie w latach 1897 - 1901.

Jest to przykład osiedla hutniczego. Zostało ono wybudowane dla pracowników, nie istniejącej już Huty "Zygmunt" w Bytomiu.

Budynek na zdjęciu powyżej i poniżej pełnił kiedyś rolę składu, później ośrodka kultury i świetlicy - wyjaśnił mi jeden ze starszych mieszkańców bytomskiego "Zgorzelca".

Obecnie jego ściana z zamurowanymi oknami służy miejscowym dzieciakom za bramkę do gry na boisku, które przecina wybrukowana ścieżka. Ostatni raz byłem tam dwa lata temu, budynku dawnej świetlicy strzegł wtedy też pies oraz... dwa krzesła ogrodowe.

Zabudowa jestje dnorodna, wszystkie domy zostały wybudowane z czerwonej cegły. - Osiedle to bardzo cenny przykład kompletnie zachowanej dawnej kolonii hutniczej - mówi w jednym z wywiadów Dominika Kściuczyk, miejski konserwator zabytków w Bytomiu.



[ czytaj więcej.. ]


TARNOwidz w areszcie

– Mimo, że jesteśmy skazanymi, dalej jesteśmy również ludźmi – mówi Dariusz Wadowski, któremu zostało 7 lat i 4 miesiące do wyjścia na wolność. Festiwal TARNOwidz przerwał monotonie życia więziennego w tarnogórskim areszcie.

W Tarnowskich Górach zakończył się festiwal TARNOwidz. Oprócz koncertów, spektakli i pokazów dla wszystkich, organizatorzy nie zapomnieli również o ludziach, którym nie jest dane uczestniczyć w normalnym życiu społeczeństwa. W czwartek, 28 sierpnia, w tarnogórskim areszcie odbyła się dla osadzonych wystawa zdjęć Marka Lochera pt. „Tu zaszła zmiana” oraz projekcja filmów.

Kilka minut po godzinie ósmej kraty aresztu zostały otwarte i organizatorzy mogli wejść przygotować wystawę i projekcję. O 10.30 krzesła w sali widzeń zostały poustawiane, ekran rozwinięty, a na ścianach zawisły 24 fotografie Lochera przedstawiające industrialny Śląsk.


Marek Locher i Dariusz Wadowski/ Archwium Projektu Strzybnica

- Ta inicjatywa to wspaniały pomysł - mówi Małgorzata Słodczyk, wychowawca do spraw kulturalno - oświatowych w tarnogórskim areszcie - kontakt więźniów z kulturą jest ograniczony. Poprzez takie przedsięwzięcia, jak dzisiaj mają Oni szansę obcować z czymś nowym. Niektórzy więźniowi nie mieli takiej możliwości nawet na wolności - dodaje.

Na sali pojawiło się ponad 40 osadzonych, którzy najpierw zobaczyli prezentacje zdjęć, a później trzy krótkometrażowe filmy festiwalu. Więźniom szczególne spodobał się pierwszy film pt. „Symbioza” - momenty skupienia były przerywane falami śmiechu podczas komediowych scen. Na drugim filmie jeden z widzów poprosił o danie wyżej projektora, aby ostatnie rzędy mogła przeczytać całe napisy.

- Życie w areszcie to straszna monotonia, codziennie to samo - mówi Dariusz Wadowski - Takie rzeczy powinny być organizowane częściej. Jest to jakaś odskocznia od codziennego robienia w kółko tego samego - dodaje.


Osadzeni podczas projekcji filmów/ Archiwum Projektu Strzybnica

Pomysłodawcą zorganizowanie wystawy i projekcji w areszcie było stowarzyszenie Projekt Strzybnica. - Skoro więźniowie nie mogą przyjść na festiwal, my przyjdziemy do nich - mówi Krzysztof Witkowski, jeden z organizatorów festiwalu - Za rok znowu odwiedzimy areszt. Chcemy, aby zarówno festiwal, jak i wystawa w areszcie w jego ramach, były imprezami cyklicznymi - zapewnia.

Zdjęcia Marka Lochera będą wisieć w tarnogórskim areszcie jeszcze przez trzy tygodnie - przez ten czas będą one towarzyszyły skazanym i im bliskim podczas widzeń rozpraszając bladożółty kolor sali widzeń. - Cieszy mnie to, że zdjęcia zainteresowały więźniów. Niektóre miejsca kojarzyli, jedna osoba powiedziała, że też robiła zdjęcia w Zabrzu - mówi Marek Locher, autor prac prezentowanych na wystawie.

- Widzę, że dzisiejsze spotkanie spodobało się więźniom. Będę je jeszcze długo komentowali między sobą - mówiła już po wszystkim Małgorzata Słodczyk.




strona :  1 |  2 |  3 |