Wyrabianie marki

Wyrabianie marki.



W ubiegłym roku Tarnowskie Góry zabłysły wśród miast i miejscowości Województwa Śląskiego. Wzbogaciły się o trzy (z czterech) perły rozdzielane w naszym województwie. Okazały się najsympatyczniejszym, ulubionym (najlepszym) miastem, z najpopularniejszą imprezą („Gwarki”) i z najatrakcyjniejszym pałacem. Splendor, jaki spłynął na nas, jest tym większy, ze zwycięstwo w plebiscycie było porażające: Tarnowskie Góry w głosowaniu sms zdobyły 47% głosów (drugi Mikołów – 14%). Katowice na przykład zdobyły 2%, Zabrze -1%. „Gwarki” zdobyły 52% głosów, następny laureat – „Po naszymu, czyli po śląsku” (właściwie, z uwagi na osobę twórcy imprezy, także „produkt” prawie że tarnogórski) już tylko18%, a Tydzień Kultury Beskidzkiej – 8%. Rybna (57%) wyprzedziła, zdublowała głośny i sławny Pałac w Pszczynie (18%).
Czy te „Perły w Koronie” (taka była nazwa plebiscytu) przyozdobić miały by koronę burmistrza lub trafić do skarbca Urzędu Miejskiego? Raczej nie – sposób głosowania wskazuje wyraźnie, że zasługi urzędników w tym sukcesie są prawie żadne. Piszę „prawie”, bo ukazywały się wszakże na stronie urzędu apele o głosowanie, osoby zaś Adama Morawca, który do zwycięstwa Rybnej przyczynił się niewspółmiernie, do urzędników nie zaliczam. Pracownicy magistratu próbowali osobiście zdobywać przychylność dla naszego miasta w „Silesii” – z marnym raczej skutkiem.
Blask pereł spłynął na mieszkańców Wolnego Miasta Górniczego, na ich najbardziej aktywną reprezentację: na członków stowarzyszeń i organizacji społecznych, na działaczy i animatorów kultury, turystyki i sportu, na licznych miłośników zabytków i historii. To ich mrówcza i konkretna praca, polegająca na aktywnym udziale w plebiscycie, na zdobywaniu coraz to większej ilości sympatyków i miłośników Tarnowskich Gór osiadłych w najróżniejszych stronach, doprowadziła do sukcesu, wobec którego bledną wieloletnie i okupione znacznymi wydatkami wysiłki promujące miasto. Ten fakt jest zbyt doniosły i oczywisty, by nie mógł się stać podstawą do wyciągnięcia odpowiednich wniosków, do wytyczenia kierunku właściwych działań. Środowiska, które wyżej próbowałem określić udowodniły, że są liczącym (moim zdaniem najbardziej) partnerem Burmistrza w kreowaniu wizerunku miasta na zewnątrz i w rozwoju turystyki. Pomijanie ich i lekceważenie skończyć się może zniechęceniem i zanikiem aktywności, a co za tym idzie gwałtownym spadkiem „notowań” miasta w różnego rodzaju plebiscytach i rankingach. Organizacje kulturalne (bo o nie głównie tu chodzi) nie dopominają się o pochwały i wyrazy wdzięczności. Chcą, by ich projekty i pomysły zostały właściwie ocenione i odpowiednio wsparte materialnie. Nie potrzebują ogólnikowych uchwał i zarządzeń mówiących o współpracy, imponującego muzycznie i kulinarnie spotkania pod koniec roku, potrzebne im konkretne wsparcie i konkretna pomoc. Tych oczekiwań i związanego z nimi rozgoryczenia nie wymyśliłem sobie. Są one wyszczególnione na plakatach z protestem czołowych organizacji kulturalnych.
Niedawno ze zdziwieniem przeczytałem w „Gwarku”, że trwa „Program budowy marki miasta Tarnowskie Góry” i „burmistrz Arkadiusz Czech zachęca mieszkańców do przedstawiania pomysłów” na spotkaniu w Ratuszu. Działanie i zamiar tyleż zbożny, co spóźniony i chybiony. Markę miasto wyrobiło sobie niedawno doskonałą, jak przedstawione na wstępie fakty dobitnie dowodzą. Jeśli mimo to będzie ją wyrabiało i obrabiało to samo grono osób, co dotychczas, jeśli napływające pomysły będą tak innowacyjnie i błyskotliwie wcielane w życie, to marka naszego grodu warta będzie tyle, co jej imienniczka w latach Wielkiego Kryzysu.
Kiedyś Burmistrz analizował wnikliwie (był czas na wyjaśnienia i zasięgnięcie opinii) poszczególne pisma wnioskujące o wsparcie finansowe imprezy lub publikacji. Napływały one przez cały rok, gdyż i w listopadzie mógł narodzić się jakiś ciekawy projekt i zaowocować imprezą. Teraz jest nowocześnie i demokratycznie: każdy, kto chce uzyskać dotację, składa na początku roku wniosek (innej drogi nie ma) rozpatrywany przez powołaną do tego celu komisję. Burmistrz w ten sposób może umyć ręce, skarbnik ma do końca roku święty spokój. Pod nazwą „Konkursu ofert” odbywa się jedyny w roku kontakt „magistratu” z organizacjami pożytku publicznego (jedyny konkretny – polegający na podbudowaną finansowo zgodę na realizację przedsięwzięcia), stwarza się jedyną próbę rozszerzenia oferty kulturalnej, stworzenia nowej, ciekawej imprezy, wydania wartościowej publikacji.. Kilka dni temu ta jednorazowa i mająca dla organizacji kluczowe znaczenie, selekcja została zakończona i jak w poprzednich latach ukazała swe liczne mankamenty.
Ta odrobinka (w porównaniu z wydatkami na kulturę ogółem) przeznaczona na wsparcie wybranych ofert, świadczy po pierwsze o tym, ze delikatnie mówiąc nie traktuje się działań kulturalnych priorytetowo (w innych dziedzinach wsparcie jest zdecydowanie wyższe) po drugie, nie wierzy się, by powstał projekt wymagający wydatków znaczniejszych ( a może nie chce się z takim projektem zetknąć?). Jak by nie patrzeć, nie za bardzo docenia się środowisko działaczy kulturalnych.
Jeśli już ta okrutna (pozostają nieliczni) selekcja nosi nazwę konkursu ofert, to przyzwoitość wymaga ocenić nadesłane wnioski pod kątem oryginalności, innowacyjności, promocji miasta wreszcie (marka!). Tymczasem imprezy jakich jeszcze nie było i na jakie jest oczekiwanie (np. Targi Wydawnictw Regionalnych (książki ale i obrazy, pamiątki, foldery) połączone ze spotkaniami z autorami i z występami artystycznymi) są eliminowane i przegrywają z wycieczkami do operetki, organizowaniem świąt i spotkań towarzyskich.
Pieniądze na koncerty filharmoników, zjazdy, jubileusze i konkursy chórów, uroczystości świąteczne niechby Dział Kultury zabezpieczał w budżecie własnym, a nie podkładał pod etykietkę „Konkurs ofert”.
Z próżnego, wiadomo, i Salomon nie naleje. A co dopiero komisja w obecnym składzie (nazwiska członków komisji ogólnie dostępne), która wiedzą i doświadczeniem nie tylko Salomonowi nie dorównuje.

Jan Hahn

Uwagi odnośnie śląskiego słownika w Portalu

Ma się rozumieć, że ukazanie się słownika w tak świetnie redagowanym i tak często odwiedzanym portalu powitałem z radością. Ten rezultat żmudnej z pewnością roboty, świadczy o przywiązaniu jego autorów i właścicieli portalu do naszej małej ojczyzny. Szutek i ciekawostek nie tworzy się takim nakładem pracy. Uwagami dotyczącymi zawartości słownika dzielę się na moim blogu, gdyż nie są to wyłącznie sprawy techniczne i propozycje włączenia nowych słów. Jest okazja poruszyć temat pisowni i zawartości mowy, która oby rychło stała się językiem.
Język śląski jest obecnie zapisywany na kilka sposobów. Marek Szołtysek i Marian Makula piszą tak jak słyszą i wymawiają, nie używając nowych znaków. D. Dyrda stosuje na oznaczenie specyficznie śląskiego "o" dwuliterówki: uo lub ou. Inni stosują zapis Steuera - poety i przedwojennego nauczyciela
Zasady pisowni stosowanej m.in w obu wydanych ślabikorzach powstały w gronie osób najintensywniej i najserdeczniej związanych ze sprawą języka śląskiego. W pracach komisji, pod przewodnictwem profesor Jolanty Tambor brali udział członkowie najważniejszych śląskich organizacji, z "Dangą" i "Pro Loquela Silesiana" - czyli stowarzyszeniami najbardziej "adekwatnymi" - na czele. Biorąc pod uwagę to, jak wielu wyrzeczeń, czasu, uzgodnień i kompromisów (wiem, bo byłem tego świadkiem) wymagało stworzenie "Ogólnych zasad teoretycznych kodyfikacji pisowni" pod redakcją J. Tambor, mając na względzie fakt, że profesor Tambor jest i wojewódzkim i sejmowym oficjalnym ekspertem od tych spraw, żywić należy pewność, że śląski w druku mieć będzie pisownię zgodną z "Gornoślonskim ślabikorzym". Jeśli ktoś chciałby te zasady poznać ze szczegółami - służę pomocą.
Wracając do słownika. Skoro z założenia słownik nie ma ambicji stać się najbardziej pojemnym (jego podstawa to 400 "najważniejszych" słów) to trzeba zrezygnować z:
- prawie tożsamych z językiem polskim (abo,kfjotki, piosek, mlyko, trowa, chlyb, i.t.p)
- kalek językowych niemieckich (auslander, kronlojter, bauplac, majz i.t.p).
Nie wprowadzać słów używanych na peryferiach śląskiej godki, w centrum Górnego Śląska zupełnie nie znanych (etla - motorower(?), haszpa - agrafka(?), rapitołza - żaba(?), epa - torba reklamówka(?)
Dokonać poprawek: Eka to nie poprzeczka. Słowo to ma dwa znaczenia: 1. narożnik budynku, kąt w pomieszczeniu, 2. róg w piłce nożnej (piznoł z eki), beszong to nie rów - to nasyp kolejowy. Spędzałem wolny czas w dzieciństwie nie w rowie lecz na nasypie. Chachar to nie tylko pijak. To określenie obejmuje dowolnie dużo określeń brzydkich przywar. Elwer to nie tylko bezrobotny. Może też być chacharem. Ponadto tak mówi się na rzut karny (jedenastkę).
Po znalezieniu (stosując ewentualnie te zabiegi) wolnego miejsca w słowniku można dopisać wyrazy, których brak - moim zdaniem, jest niewskazany, ze względów:
- cywilizacyjnych - jak można się obejść bez: wichajstra, wajchy, bambetli, laci, buncloka, colsztoka, kety, karpyntla, klopra i klopsztangi, ruły (także w sensie spokoju), topka, haźla wreszcie,
- obyczajowych - jak wyglądałby barwny śląski pejzaż bez gnotka, fuzlapy, haderloka, hadry, szlajfki, ryczki, zowitki, popsznioła, przichlasta, pakra, potka, mamlasa, murcka?,
- środowiskowo - przyrodniczych: jak może brakować w słowniku fefermyncki, flancki, flyjow, gogołow, kadubka, knobloszki, marasu, szuminow, wiji, wora (pogoda).
Przyznają mi państwo zapewne rację (nie wszyscy, co oczywiste), że słowa te są znane Ślązakom bardzo. Zapisane na szczęście są także słowa znane niewielu (jak chociażby słowa: wyszczyszki, zagwandek o których pisałem kiedyś w "Montesie";) wielkie ilości natomiast słów (ale i piosenek, podań) zaginęło bezpowrotnie. Na ich zebranie i opracowanie w dużym słowniku potrzebne są odpowiednie (niemałe) środki. Zapewnić je może tylko wiadoma ustawa sejmowa. Nadzieję na to rozwiązanie można wszelako pokładać mimo zdecydowanie negatywnej postawy osób, które z naszego języka uczyniły narzędzie pracy, potem środek do osiągnięcia popularności i zaszczytów, moszcząc mu miejsce w konkursach gwary śląskiej, w świetlicach środowiskowych, na śląskich biesiadach i w kręgach pasjonatów. Przydanie mowie śląskiej prestiżu, znaczenia, a co za tym idzie możliwości badania i upowszechniania, wywołuje u nich jakiś atawistyczny sprzeciw.

Śląski dramaturg z Nakła

Moje przedłużające się (nie wiadomo właściwie z jakiego powodu) niepisanie zostało w końcu przerwane. Skoro zdeklarowałem się, że będę dzielił się przemyśleniami związanymi ze sprawami dotyczącymi Tarnowskich Gór i okolic, Górnego Śląska i jego zagmatwanych problemów, nie mogłem nie zareagować na sukces Romka Gatysa. Roman Gatys - wiceprzewodniczący Przymierza Śląskiego, członek RAŚ, Towarzystwa Miłośników Nakła Śląskiego, od wielu lat kolekcjonujący wraz z żoną śląską porcelanę (wystawy części ich zbiorów zorganizowane zostały w wielu miastach w kraju i za granicą - Gatysowie wydali też 5 książek poświęconych porcelanie i śląskim fabrykom porcelany)pisał o źródłach swej pasji, miał nawet na ten temat wykłady. Nie przypuszczałem jednak, że drzemie w nim dusza dramatopisarza. Wyszła ona na jaw w Teatrze "Korez" w Katowicach, gdzie odbyło się rozstrzygnięcie konkursu na jednoaktówkę napisaną po śląsku. Nie był to jakiś tam sobie konkursik na wypracowanie, czy wspominki, tak licznie organizowany przez gminne biblioteki, czy domy kultury. Pomysłodawcą konkursu był Ingmar Villquist - jeden z najlepszych w Polsce i najpopularniejszych dramatopisarzy i scenarzystów (na ekrany wchodzi właśnie film "Ewa";), który pisząc swe sztuki po śląsku pokazał, jak trudnym ale i jak wdzięcznym tworzywem potrafi być język śląski. Organizatorami obok firmy Imago PR i "Gazety Wyborczej" był Teatr Korez, z Bułką, Neinertem, Talarczykiem, który po uwieńczonych wielorakim sukcesem przedstawieniach "Cholonka" udowodnił, że "ma ucho" na śląski. Wspierał to wydarzenie Urząd Marszałkowski, a właściwie Wicemarszałek Jerzy Gorzelik. Z tych chociażby względów (o innych potem) start, a tym bardziej nagrodę, czy wyróżnienie w konkursie, traktować należy z należytą uwagą i powagą. Sił spróbowali piszący już wiele lat (nie tylko po śląsku) Dariusz Dyrda i "nasz" Ryszard Bednarczyk. Otrzymali oni wyróżnienia. Pierwsze miejsce zdobył natomiast Roman Gatys z Nakła Śląskiego. Stąd moja radość, przerwana bezczynność w pisaniu tego bloga i chęć podzielenia się tą wiadomością z Tarnogórzanami, gdyż jak na razie, lokalne media o tym fakcie milczą. O przebiegu uroczystości (wręczenie nagród, okolicznościowe mowy, czytanie poszczególnych sztuk przez aktorów) i treści jednoaktówek pisał nie będę. Zainteresowani znajdą wyczerpujące informacje w internecie (wraz z filmami wideo), w piątkowym "Roztomajtym" wydrukowana została jednoaktówka Romka: "Byzuch s Reichu" (internauci nadali jej już chyba lepszy tytuł - lepiej brzmiący i bardziej soczysty: "Ritterkreuz";). Ja chciałbym jeszcze krótko wskazać na tak zwane implikacje tego wydarzenia, na jego prawdopodobne mniej lub bardziej konsekwencje, na jego oddziaływanie w najbliższej przyszłości na górnośląskie życie, nie tylko kulturalne.
Ingmar Vilquist zacytował Tennesee Williamsa, który powiedział, że jeśli w jakimś języku można napisać dramat, to jest to język, co się zowie!. Kilkadziesiąt jednoaktówek napisanych po śląsku otwiera nowy, niezmiernie ważny etap w walce o dowartościowanie i uznanie za język śląskiej godki. Jednoaktówki udowodniły także, że ich tworzywo jest inne od języka polskiego. Język śląski dzięki swej dosadności, precyzji w nazywaniu spraw, a przede wszystkim dzięki swoistej oszczędności słowa i docieraniu do sedna bez ogródek i bez lania wody, potrafi w krótkiej formie wyrazić więcej niż jego "młodszy brat". Na tę właściwość wskazywały już typowe śląskie wice i dykteryjki, jak i porównania, stanowiące osobne historyjki, składające się z kilku słów. Konkurs będzie powtarzany co roku. Należy się spodziewać lawinowego przyrostu liczby jego uczestników, wielu perełek i talentów. Póki co jeszcze raz gratuluję Romkowi (i Ryśkowi Bednarczykowi).

Czas próby

W środę gościliśmy w Tarnowskich Górach Jerzego Gorzelika. W tarnogórskim muzeum udowodnił po raz kolejny, że w sztuce słowa, w nawiązywaniu kontaktu ze słuchaczami, w przekazywaniu treści, osiągnął mistrzostwo. Przyznają mi zapewne rację i ci, którzy 26 stycznia zawitali do Muzeum na wykład: "Skarby sztuki Tarnowskich Gór i okolic", jak i ci, którzy dra Gorzelika wysłuchali nie raz. Mówię tu nie tylko o spotkaniach, których tematem jest historia i historia sztuki, lecz także, a ostatnio przede wszystkim, o jego wystąpieniach dotyczących współczesności i przyszłości Górnego Śląska. Węższe niż pod renesansowym stropem grono zwolenników wizji autonomicznego Górnego Śląska zebrało się po wykładzie, by dowiedzieć się o postępach w realizacji celów, wytkniętych przez organizację (RAŚ), którą dr Gorzelik kieruje. Poinformował nas o sondażu przeprowadzonym w czterech wielkich śląskich miastach: Katowicach, Chorzowie, Gliwicach i Rybniku na zlecenie Dziennika Zachodniego, z którego wynika, że aż 46 procent mieszkańców w rozpoczynającym się 1 kwietnia Narodowym Spisie Powszechnym zamierza zadeklarować narodowość śląską! To oświadczenie zdaniem 58 % ankietowanych absolutnie nie zagraża polskiej racji stanu. Przeciwnego zdania było zaledwie 12 %.Na trzecie pytanie zadane w sondażu: "Czy Śląsk skorzystałby na uzyskaniu autonomii?", twierdząco odpowiedziała połowa ankietowanych. Tylko 20% nie widzi w tym żadnej korzyści.
Jerzy Gorzelik przedstawił nam wyniki innych badań, które także potwierdzają stale rosnącą liczbę zwolenników autonomii i deklarujących tożsamość śląską. Dane te utwierdzają mnie w przeświadczeniu, że w dążeniach do uzyskania autonomii i przyznaniu językowi śląskiemu statusu języka regionalnego, udział wezmą osoby wcześniej nie mające pod względem pochodzenia i wychowania wiele wspólnego ze śląskością.
Te budujące i dające nadzieję wyniki są jednak jedynie deklaracjami. By dokonała się radykalna przebudowa naszej domowiny, małej ojczyzny, hajmatu, potrzebne są czyny, zdecydowane działanie. Podczas spisu powszechnego staniemy przed historyczną próbą. Nie dostaniemy już więcej szansy na jasne i dobitne wyrażenie swych aspiracji, na określenie swojej śląskiej tożsamości. Spis sprzed niespełna dziesięcioma laty, był zafałszowany. Interesujące nas rubryki wypełniane były według widzimisię rachmistrzów spisowych. Obecny spis także może zmylić i zdezorientować badanych. W tym miejscu nie będę rozpisywał się na ten temat. Zainteresowanych (oby było ich jak najwięcej) odsyłam na stronę: www.stat.gov.pl/gus. Obszerniej też piszę o spisie w najbliższym, lutowym "Montes Tarnoviciensis".

Przełom

Przez fakt wejścia do Sejmiku Wojewódzkiego trzech osób z pewnego ugrupowania, uwaga polityków, mediów, komentatorów, od dobrych paru tygodni skierowana jest na Katowice. Jerzy Gorzelik stał się ulubieńcem dziennikarzy i nie sposób zliczyć publikacji na temat jego i organizacji, którą kieruje. Ustosunkować się(negatywnie) do faktu utworzenia koalicji większościowej w sejmiku z RAŚ- iem raczył i przewodniczący parlamentu europejskiego i prezydent kraju. Cóż takiego chowają w zanadrzu ci trzej panowie: historyk sztuki, architekt i konserwator zabytków, samorządowiec, że światek polskiej polityki zatrząsł się w posadach? Światek, który nie zląkł się czarnych teczek Stana Tymińskiego i jego mrocznej partii "X", który zdzierżył na najwyższych rządowych funkcjach zadymiarzy z "Samoobrony" i faszyzującą LPR! Ano zamierzają oni zdecydowanie upominać się i robić wszystko, by w Polsce (nie tylko na Górnym Śląsku) doprowadzić do powstania regionów samorządowych, autonomicznych, jak to już ma miejsce w większości nowoczesnych krajów świata. Nazwa stowarzyszenia, które weszło do sejmiku, podziałała na bardzo wielu jak płachta na byka. Jest ona dla nich ostrzeżeniem, że mogą stracić swe nieograniczone kompetencje i możliwości, monopolistyczną pozycję i dostatnie życie bez komplikacji. Inni zmienić muszą punkt widzenia, polityczne perspektywy. Wyborca (z całą pewnością u nas, jest kwestią czasu, że także i w innych regionach kraju) zmienia się. Zaufał przedstawicielom, którzy o jego sprawach mówić będą otwarcie, bez ogródek, z sejmikowej trybuny. Bez pośrednictwa pokrętnych i zawirowanych partyjnych kanałów.
Największe zmiany - i to z gatunku tych fundamentalnych, dokonały się oczywiście na Górnym Śląsku. Doszło do przełomu, do wyraźnego podziału na tych, którzy chcą autonomii i tych, którzy są jej zdecydowanie przeciwni. Po raz pierwszy na Górnym Śląsku dojdzie do tego, że o tak istotnej dla naszego hajmatu (przepraszam germanofobów, ale "Mała Ojczyzna" to jednak nie to) sprawie, nie będą decydować zasiedzenie i więzy krwi. I może się zdarzyć, że zwolenników autonomii będzie więcej spośród tych, którzy na Górnym Śląsku się nie urodzili, lecz czują się z tą ziemią związani i w autonomii widzą jej lepszą przyszłość, niż wśród Ślązaków od pokoleń tu osiadłych (wielu z tych "na świecznikach" ostatnio już się określiło). Praca dla autonomii i jej ugruntowywanie nie potrzebuje potakiwaczy, "miernych ale wiernych", "spadochroniarzy", wyjadaczy partyjnych, wytrawnych graczy i lawirantów, "wiecznych piastunów stanowisk". A sami wiemy jaka to armia. Jak umotywowana i jak obstawiona!
Pokonać ją mogą szeregi ludzi bezinteresownych, rzutkich i energicznych, nie powiązanych gmatwaniną układów partyjnych i branżowych, dla których istnieje jedno dobro: szczęście i dobrobyt Górnego Śląska! Używam tego patetycznego tonu, gdyż znam od dawna środowiska RAŚ i wiem, że użyte określenia nie są ozdobnikami, lecz określają postawę większości z nich. Jestem też przekonany, że swoją postawą i działalnością przekonają większość mieszkańców Górnego Śląska do swych idei i "zainfekują" ją Wielkopolanom, Podhalanom i Kaszubom. Mniej wierzę w to, że decydenci i politycy zrozumieją i przyznają, że decentralizacja finansów i gospodarki, rozwój regionów, to także rozwój całego kraju.

Jak można pielęgnować, jednocześnie niszcząc?

Wydawało się, że wszystko zmierza ku rychłemu, ustawowemu uznaniu przez Sejm RP mowy śląskiej za język regionalny. W obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych posłowie z różnych partii zadeklarowali poparcie dla tego projektu. Jego zwolennikiem jest prezydent Bolesław Komorowski. Nie uczyniła wiele złego tej sprawie negatywna opinia ministerialnych urzędników. Przeciwnicy dowartościowania ślonskij godki - wydawało się - tak liczni i mocni, zamilkli w rezygnacji. W sukurs pospieszył im nie kto inny jak "nasza Maryjka": senator Maria Pańczyk-Poździej. Z okazji dwudziestej edycji konkursu "Po naszymu, czyli po śląsku" zwołała ona 19 października w Senacie konferencję, której uczestnikami byli prawie wyłącznie przeciwnicy kodyfikacji śląskiej mowy i uznania jej za język regionalny. Jedynym przedstawicielem opcji przeciwnej (z którego szczegółowej relacji zaczerpnąłem informacje o konferencji) był prezes Towarzistwa Piastowanio Ślonskij Mowy, współtwórca "Ślabikorza" - dr Józef Kulisz.
Wyraził on przekonanie - coraz powszechniejsze na Śląsku, że mowa śląska wymiera (to spostrzeżenie nie zostało zakwestionowane przez żadnego z uczestników dyskusji). Kluczem do przetrwania małego języka, takiego jak nasz, jest edukacja przy pomocy odpowiednich podręczników, poradników, słowników. Mała społeczność, taka jak śląska, ma szansę przeciwstawić się uniformizującemu wpływowi współczesnego świata tylko przez aktywną edukację i samoedukację. Mowa śląska, niezależnie od tego, czy nazwiemy ją gwarą, dialektem czy językiem, będzie miała szansę przetrwania, jeśli każdy zainteresowany, jeśli tylko zechce, będzie mógł sięgnąć po odpowiednie pomoce naukowe i doskonalić się w jej czynnej znajomości, w sprawności posługiwania się nią. Prosty fakt uznania śląszczyzny za język otwiera przed jej miłośnikami, popularyzatorami i kodyfikatorami nieograniczone możliwości. Przede wszystkim finansowe - ustawowo zagwarantowane. Kaszubi "na dobry początek" otrzymali kilkadziesiąt milionów złotych. przetłumaczyli Biblię, ostatnio "Pana Tadeusza". Na lekcje kaszubskiego (także na uniwersytecie) uczęszcza około 50 tysięcy osób (o wiele więcej niż liczy społeczność kaszubska).
Senator Pańczyk i jej warszawscy goście stali na stanowisku, że gwarę śląską należy szanować i pielęgnować jedynie jako język mówiony, tworzywo wiców, berów, biesiad i konkursów. Nie powinno się jednak jej kodyfikować, nauczać i zaliczać ją w poczet języków regionalnych. Podsumowując więc i nawiązując do prowokującego tytułu: Gdyby (nie daj Boże) konferencja i przekonania jej uczestników
(głośne nazwiska) zmieniły rozwój wypadków w Sejmie i projekt o śląskim języku regionalnym by upadł, powiedzieć by można, że gwara została wypielęgnowana, lecz śląski język szczezł. Mówiąc inaczej. Śląsko godka została zagłaskana na śmierć. I pomyśleć, że uczyniła to Honorowa Tarnogórzanka, osoba, którą darzyłem bezwarunkowym szacunkiem. Tak, czasami miłość do dziecka (dwadzieścia lat liczący konkurs gwary) zawęża perspektywę, ogranicza horyzont. W imię tej miłości zdolni jesteśmy do nieprzewidywalnych i nierozważnych czynów.

Miasto bez pomnika

Cały mój tegoroczny urlop spędziłem w podróżach. Zwiedziłem miasta i zamki Dolnego Śląska, warownie Słowacji z "gniazdem" rodziny Henckel von Donnersmarck - przepiękną Lewoczą. Najdłuższa podróż zawiodła mnie przez Serbię, aż do Macedonii, do granic Grecji i Albanii. Zaledwie przedwczoraj podziwiałem czeski Śląsk i Morawy (Opava i Olomouc). Niezatarte w pamięci pozostaną spacery po tych wszystkich miejscowościach - tak różnych od siebie: wielkością, architekturą, położeniem, atmosferą. Wspinaliśmy się stromymi "sokakami" Ochridu, słuchając dzwonów z XIII wiecznych cerkwi, spacerowaliśmy bulwarami Skopje niosąc w uszach świdrujący śpiew muezzina. Po drodze uczyłem się historii miasta z rozmieszczonych w nim pamiątek. Mijałem domy, w których rodzili się, lub przebywali sławni ludzie (kto wie, że w Prziborze, na granicy Górnego Śląska, urodził się Zygmunt Freud?). Z tablic dowiadywałem się też o znaczących wydarzeniach z dziejów miasta i okolicy. W Bańskiej Szczawnicy na Słowacji - w mieście słynącym tak jak nasze z wydobycia srebra, kilkunastometrowej długości płaskorzeźba informuje o najciekawszych faktach związanych z techniką wydobywczą, jak również ukazuje oblicza najbardziej zasłużonych osób. Mijaliśmy niezliczone pomniki, statuy, popiersia, postumenty. Obok świętych, królów i bohaterów widniały osoby mniej heroiczne - jak Józef Attilla z Szegedu, poeta zmarły samobójczą śmiercią, wcześniej nieprzyjęty na miejscowy uniwersytet. Dziś ten uniwersytet - najlepszy obok budapesztańskiego, nosi jego imię. Czasami są to postaci z pogranicza legend, jak gołębiarka z Wlenia na Dolnym Śląsku, z bajek lub marzeń. W pięknym dziele upiększania i urozmaicania miasta, w niektórych co krok spotkać można pucybuta z brązu, przekupki, linoskoczka, kataryniarza. Obcowanie z historią wyrytą w kamieniu, z wielkością zawartą w rzeźbie, poucza, daje satysfakcję, przedłuża pobyt, każe wracać do tego miejsca. Stanowi to kwintesencję turystyki.
Rozumieją więc państwo mój nastrój po powrocie z ostatnich wojaży. Wysokie miejsce w naszych różnego rodzaju strategiach i planach rozwojowych zajmuje turystyka. W Tarnowskich Górach działania z nią związane ograniczają się jednak do drukowania folderów. Jakże śmieszne wydają mi się starania o to, by zatrzymać turystę na dłużej, niż czas zwiedzenia Kopalni Zabytkowej i Sztolni. Jakąż propozycję popołudniowego spaceru można by przybyłemu zaproponować. Jakież pomniki, miejsca szczególnie upamiętnione opowiadać mu będą o przebogatej historii miasta?
Dlaczego miasto o tak burzliwej i bogatej historii, goszczące koronowane głowy i elitę intelektualną Europy, pozbawione jest jakichkolwiek pomników (mam tu na myśli także wszelkiego rodzaju popiersia, ławeczki z siedzącymi postaciami z brązu i.t.p.). Czyżby nasi decydenci po okresie burzenia "pomników złowrogiej przeszłości" nie doszli jeszcze do normalności i każdy kandydat na pomnik, czy postument budził niepewność i złe skojarzenia? Czy po prostu tradycja i przeszłość śląskiego pogranicza nic dla nich nie znaczyła, czy wręcz była im obca? Moi Drodzy! Postawmy w końcu jakiś pomnik. Ozdóbmy jakoś nasze place i ulice.
strona :  1 |  2 |  3 |