W ubiegłym roku Tarnowskie Góry zabłysły wśród miast i miejscowości Województwa Śląskiego. Wzbogaciły się o trzy (z czterech) perły rozdzielane w naszym województwie. Okazały się najsympatyczniejszym, ulubionym (najlepszym) miastem, z najpopularniejszą imprezą („Gwarki”) i z najatrakcyjniejszym pałacem. Splendor, jaki spłynął na nas, jest tym większy, ze zwycięstwo w plebiscycie było porażające: Tarnowskie Góry w głosowaniu sms zdobyły 47% głosów (drugi Mikołów – 14%). Katowice na przykład zdobyły 2%, Zabrze -1%. „Gwarki” zdobyły 52% głosów, następny laureat – „Po naszymu, czyli po śląsku” (właściwie, z uwagi na osobę twórcy imprezy, także „produkt” prawie że tarnogórski) już tylko18%, a Tydzień Kultury Beskidzkiej – 8%. Rybna (57%) wyprzedziła, zdublowała głośny i sławny Pałac w Pszczynie (18%).
Czy te „Perły w Koronie” (taka była nazwa plebiscytu) przyozdobić miały by koronę burmistrza lub trafić do skarbca Urzędu Miejskiego? Raczej nie – sposób głosowania wskazuje wyraźnie, że zasługi urzędników w tym sukcesie są prawie żadne. Piszę „prawie”, bo ukazywały się wszakże na stronie urzędu apele o głosowanie, osoby zaś Adama Morawca, który do zwycięstwa Rybnej przyczynił się niewspółmiernie, do urzędników nie zaliczam. Pracownicy magistratu próbowali osobiście zdobywać przychylność dla naszego miasta w „Silesii” – z marnym raczej skutkiem.
Blask pereł spłynął na mieszkańców Wolnego Miasta Górniczego, na ich najbardziej aktywną reprezentację: na członków stowarzyszeń i organizacji społecznych, na działaczy i animatorów kultury, turystyki i sportu, na licznych miłośników zabytków i historii. To ich mrówcza i konkretna praca, polegająca na aktywnym udziale w plebiscycie, na zdobywaniu coraz to większej ilości sympatyków i miłośników Tarnowskich Gór osiadłych w najróżniejszych stronach, doprowadziła do sukcesu, wobec którego bledną wieloletnie i okupione znacznymi wydatkami wysiłki promujące miasto. Ten fakt jest zbyt doniosły i oczywisty, by nie mógł się stać podstawą do wyciągnięcia odpowiednich wniosków, do wytyczenia kierunku właściwych działań. Środowiska, które wyżej próbowałem określić udowodniły, że są liczącym (moim zdaniem najbardziej) partnerem Burmistrza w kreowaniu wizerunku miasta na zewnątrz i w rozwoju turystyki. Pomijanie ich i lekceważenie skończyć się może zniechęceniem i zanikiem aktywności, a co za tym idzie gwałtownym spadkiem „notowań” miasta w różnego rodzaju plebiscytach i rankingach. Organizacje kulturalne (bo o nie głównie tu chodzi) nie dopominają się o pochwały i wyrazy wdzięczności. Chcą, by ich projekty i pomysły zostały właściwie ocenione i odpowiednio wsparte materialnie. Nie potrzebują ogólnikowych uchwał i zarządzeń mówiących o współpracy, imponującego muzycznie i kulinarnie spotkania pod koniec roku, potrzebne im konkretne wsparcie i konkretna pomoc. Tych oczekiwań i związanego z nimi rozgoryczenia nie wymyśliłem sobie. Są one wyszczególnione na plakatach z protestem czołowych organizacji kulturalnych.
Niedawno ze zdziwieniem przeczytałem w „Gwarku”, że trwa „Program budowy marki miasta Tarnowskie Góry” i „burmistrz Arkadiusz Czech zachęca mieszkańców do przedstawiania pomysłów” na spotkaniu w Ratuszu. Działanie i zamiar tyleż zbożny, co spóźniony i chybiony. Markę miasto wyrobiło sobie niedawno doskonałą, jak przedstawione na wstępie fakty dobitnie dowodzą. Jeśli mimo to będzie ją wyrabiało i obrabiało to samo grono osób, co dotychczas, jeśli napływające pomysły będą tak innowacyjnie i błyskotliwie wcielane w życie, to marka naszego grodu warta będzie tyle, co jej imienniczka w latach Wielkiego Kryzysu.
Kiedyś Burmistrz analizował wnikliwie (był czas na wyjaśnienia i zasięgnięcie opinii) poszczególne pisma wnioskujące o wsparcie finansowe imprezy lub publikacji. Napływały one przez cały rok, gdyż i w listopadzie mógł narodzić się jakiś ciekawy projekt i zaowocować imprezą. Teraz jest nowocześnie i demokratycznie: każdy, kto chce uzyskać dotację, składa na początku roku wniosek (innej drogi nie ma) rozpatrywany przez powołaną do tego celu komisję. Burmistrz w ten sposób może umyć ręce, skarbnik ma do końca roku święty spokój. Pod nazwą „Konkursu ofert” odbywa się jedyny w roku kontakt „magistratu” z organizacjami pożytku publicznego (jedyny konkretny – polegający na podbudowaną finansowo zgodę na realizację przedsięwzięcia), stwarza się jedyną próbę rozszerzenia oferty kulturalnej, stworzenia nowej, ciekawej imprezy, wydania wartościowej publikacji.. Kilka dni temu ta jednorazowa i mająca dla organizacji kluczowe znaczenie, selekcja została zakończona i jak w poprzednich latach ukazała swe liczne mankamenty.
Ta odrobinka (w porównaniu z wydatkami na kulturę ogółem) przeznaczona na wsparcie wybranych ofert, świadczy po pierwsze o tym, ze delikatnie mówiąc nie traktuje się działań kulturalnych priorytetowo (w innych dziedzinach wsparcie jest zdecydowanie wyższe) po drugie, nie wierzy się, by powstał projekt wymagający wydatków znaczniejszych ( a może nie chce się z takim projektem zetknąć
Jeśli już ta okrutna (pozostają nieliczni) selekcja nosi nazwę konkursu ofert, to przyzwoitość wymaga ocenić nadesłane wnioski pod kątem oryginalności, innowacyjności, promocji miasta wreszcie (marka
Pieniądze na koncerty filharmoników, zjazdy, jubileusze i konkursy chórów, uroczystości świąteczne niechby Dział Kultury zabezpieczał w budżecie własnym, a nie podkładał pod etykietkę „Konkurs ofert”.
Z próżnego, wiadomo, i Salomon nie naleje. A co dopiero komisja w obecnym składzie (nazwiska członków komisji ogólnie dostępne), która wiedzą i doświadczeniem nie tylko Salomonowi nie dorównuje.
Jan Hahn


