Rocznica pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest

Jak już wspominałem trzy tygodnie temu, obchodzimy dzisiaj Wielką Górską Rocznicę.

17 lutego 1980 roku o godzinie 14:30 Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy jako pierwsi ludzie w historii stanęli zimą na szczycie Mount Everestu (8850 m npm). Wydarzenie to było niezmiernie ważne, ponieważ było to pierwsze zimowe wejście na ośmiotysięcznik w ogóle.

- Halo baza! Halo Andrzej! Czy nas słyszycie?
- Tak, gdzie jesteście? Halo, halo!
- A zgadnijcie?!
- Halo? Halo?
- Jesteśmy na szczycie!!

Te słowa rozmowy między Leszkiem Cichym a bazą u podnóża Dachu Świata zapisały się w historii himalaizmu równie mocno, jak słynne słowa Neila Armstronga wypowiedziane na Srebrnym Globie.

Swoim wejściem Cichy i Wielicki otwarli złotą erę polskiego himalaizmu, zakończoną symbolicznie śmiercią Jerzego Kukuczki na południowej ścianie Lhotse w 1989 roku i śmiercią w tym samym roku pięciu Polaków w lawinie na stokach Mount Everestu.

Zapoczątkowali też zimowe wejścia na pozostałe ośmiotysięczniki, które również były udziałem Polaków, których nazwiska podaję poniżej:

Manaslu 8156 m npm             12 stycznia 1984   Maciej Berbeka i Ryszard Gajewski
Dhaulagiri 8167 m npm           21 stycznia 1985   Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka
Cho-Oyu 8201 m npm           12 lutego 1985      Maciej Berbeka i Maciej Pawlikowski
Kangczendzonga 8586 m npm 11 stycznia 1986   Krzysztof Wielicki i Jerzy Kukuczka
Annapurna 8091 m npm            3 lutego 1987     Artur Hajzer i Jerzy Kukuczka
Lhotse 8501 m npm                31 grudnia 1988    Krzysztof Wielicki
Shisha Pangma 8027 m npm   14 stycznia 2005    Piotr Morawski i Simone Moro

Dopiero rok temu pałeczkę pierwszeństwa od Polaków przejął Kazach Denis Urubko wchodząc zimą wraz z Włochem Simonem Moro (partnerem Piotra Morawskiego w pierwszym zimowym wejściu na Shisha Pangmę 8013 m npm) na Makalu 8463 m npm.

Do tej pory (mimo licznych prób, również w wykonaniu polskich himalaistów) niezdobyte zimą pozostają:

K2 8611 m npm
Broad Peak 8047 m npm
Gasherbrum I 8068 m npm
Gasherbrum II 8035 m npm
Nanga Parbat 8126 m npm

Miejmy nadzieję, że pierwsze zimowe wejście na któryś z tych ośmiotysięczników będzie również udziałem Polaków.

Poniżej, na pierwszym zdjęciu (od lewej): ja, Krzysztof Wielicki, mój syn Wojtek.


Kobiecy wyścig do Korony Himalajów i Karakorum

Korona Himalajów i Karakorum obejmuje wszystkie główne wierzchołki ośmiotysięczników, których na liście jest 14. Wejście na wszystkie z nich udało się po raz pierwszy Tyrolczykowi Reinholdowi Messnerowi. Drugi był nasz Rodak, nieżyjący już niestety Jerzy Kukuczka.
Do chwili obecnej na liście zdobywców Korony Himalajów i Karakorum znajduje się 18 nazwisk – samych Panów. O fascynującej historii zdobywania Korony i licznych kontrowersjach z tym związanych napiszę innym razem.
Dzisiaj chciałbym się zająć niezwykle emocjonującym „wyścigiem” Pań, bo na tej liście nie ma dotąd żadnej Kobiety.

W ciągu lat liczne Panie próbowały zbliżyć się do magicznej liczby czternastu „pokonanych” ośmiotysięczników.
Bliska zdobycia Korony była nasza Rodaczka, nieodżałowana Wanda Rutkiewicz, która do momentu śmierci w pobliżu szczytu Kangczendzongi 13 maja 1992 roku miała na swoim koncie aż 8 ośmiotysięczników.
Najprawdopodobniej gdyby nie Jej przedwczesna śmierć sprawa pierwszej Kobiecej Korony Himalajów i Karakorum byłaby już dawno zamknięta.
Dla porównania – dwie najlepsze polskie himalaistki: Anna Czerwińska i Kinga Baranowska zdobyły do tej pory sześć szczytów ośmiotysięcznych.

Bardzo bliska zdobycia Korony była koreańska himalaistka Mi Sun-Go, która w ubiegłym roku zginęła podczas zejścia ze swojego jedenastego ośmiotysięcznika – Nanga Parbat.

Do zeszłego roku sytuacja była raczej klarowna. Ale wtedy byliśmy świadkami niecodziennych wydarzeń:

43-letnia koreańska himalaistka o trudnym do wymówienia (jak to się w ogóle czyta ???) imieniu i nazwisku Oh Eun-Sun niespodziewanie namieszała wśród Pań, pretendujących do zaszczytnego tytułu Pierwszej Kobiety, Która Zdobyła Wszystkie 14 Ośmiotysięczników (PKKZW14O).

W środowisku wysokogórskim podczas rozmów o Koronie wymieniane były bowiem trzy nazwiska: Austriaczki Gerlinde Kaltenbrunner , Hiszpanki Edurne Pasaban, oraz Włoszki Nives Meroi.
Przyjrzyjmy się, jak wyglądały Ich osiągnięcia:

1. Gerlinde Kaltebrunner (notabene moja faworytka): zdobyła 12 szczytów, niestety brakuje Jej Everestu i trudnej K2 z którą już próbowała się mierzyć.
2. Edurne Pasaban: weszła na 12 szczytów. Brakuje Jej: Annapurny i Shisha Pangmy.
3. Nives Meroi: ma na swoim koncie 11 szczytów. Pozostały Jej: Annapurna, Makalu i Kangczendzonga.

Pozostałe Panie zdecydowanie odstawały od czołówki aż do kilku letnich miesięcy ubiegłego roku, gdy Oh Eun-Sun ostro powalczyła, zdobywając w jednym sezonie aż pięć ośmiotysięczników, w tym dwa naprawdę trudne (Kangczendzonga i Nanga Parbat) !!!
Ma zatem na koncie 13 szczytów a pozostaje Jej Annapurna.

1 maja 2009 weszła na Makalu
18 maja była już na Kangczendzondze
9 czerwca 2009 stanęła na Dhaulagiri
10 lipca weszła na Nanga Parbat
a 3 sierpnia 2009 stanęła na szczycie Gasherbruma I

Było to coś absolutnie nieprawdopodobnego !!!

Jednakże pojawiają się liczne kontrowersje wysuwane przez znanych himalaistów (m.in. Artura Hajzera) dotyczące stylu w jakim tego dokonała – Oh Eun-Sun wchodziła w większości na tlenie i przy bardzo mocnym wsparciu licznych grup pomocniczych - przecierano za Nią trasę, poręczowano, zakładano obozy, noszono ładunki i tlen itp.

Najlepsza obecnie polska Himalaistka Kinga Baranowska twierdzi, że zdobywanie ośmiotysięcznika na tlenie (pomijając oczywiście względy czysto techniczne, a skupiając się na fizjologii) to tak jakby wchodzić na górę o 2000 metrów niższą.
W takim samym tonie wypowiada się Artur Hajzer
A są to osoby, które bez tlenu sporo w Himalajach osiągnęły, więc można im wierzyć.
Podobnie wypowiada się Robert Szymczak – lekarz specjalizujący się w medycynie wysokogórskiej, zdobywca m.in. Dhaulagiri.
Szymczak wyjaśnia, że podczas korzystania z dodatkowego tlenu organizm wspinacza odczuwa realną wysokość nawet do trzech kilometrów mniejszą. Czyli w przypadku Everestu wspinacz korzystający z tlenu w ilości 4 litrów na minutę czuje się jak podczas wspinaczki na Elbrus.

Z drugiej strony warto pamiętać, że pierwsze wejście na Everest bez tlenu miało miejsce dopiero w 1978 roku i sztuka ta była udziałem Reinholda Messnera i Petera Habelera.

Ponadto gdy Oh Eun-Sun wspina się na jednym ośmiotysięczniku, to w tym samym czasie kolejna ekipa zakłada obozy, poręczuje drogę i przygotowuje sprzęt na kolejnej górze, gdzie Koreanka dowożona jest helikopterem, gdy już wszystko jest przygotowane do ataku.

Liczne kontrowersje związane są też z faktem, że Oh Eun-Sun nie zawsze przedstawia wiarygodne i szczegółowe dowody swoich wejść na dany ośmiotysięcznik. Nie opisuje swoich zmagań z Górą, zabrania towarzyszącym Jej Szerpom opowiadania o szczegółach wspinaczki, nie wiadomo czy korzysta z tlenu czy nie itp. Ostatnio w środowisku himalaistycznym rozpętała się burzliwa dyskusja nad tym, czy Oh Eun-Sun rzeczywiście była na samym wierzchołku Kangczendzongi.

Znamienny jest fakt, że aż trzem z czterech Pań pozostaje Annapurna, więc wszystko może się jeszcze zdarzyć (pamiętajmy o Piotrze Pustelniku, któremu do Korony brakuje właśnie "Anki", z którą mierzył się już bez powodzenia aż 3 razy).

Wszystko wskazuje na to, że tegoroczny sezon letni przyniesie rozstrzygnięcie …


2010 - rok wielkich rocznic

Bieżący, 2010 rok przynosi nam wiele ciekawych, okrągłych rocznic.
I nie mam tu na myśli 600-lecia bitwy pod Grunwaldem, 40-lecia tragicznych wydarzeń grudniowych w Gdańsku, 30-lecia powstania „Solidarności” ani też 20-lecia rozwiązania PZPR.

Nie mam też zamiaru pisać w tym miejscu o kilku ważnych rocznicach z branży muzycznej: 50-lecia powstania i 40-lecia rozpadu The Beatles czy 70-tej rocznicy urodzin i 30-tej śmierci Johna Lennona.
W bieżącym roku mija też 40 lat od śmierci Jimiego Hendrixa i Janis Joplin oraz 30 lat od śmierci Johna „Bonzo” Bonhama, perkusisty Led Zeppelin co spowodowało rozwiązanie tejże grupy.
Ale zostawmy tematy muzyczne – mimo, że również mnie fascynują, to nadają się na kolejny blog.

Chodzi o rocznice typowo górskie, bo jest ich sporo i to raczej tych ważnych.

17 lutego minie 30 lat od pierwszego zimowego wejścia na Mount Everest (8850 m npm), którego w niesamowitym stylu dokonali Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy. Wydarzenie to było niezmiernie ważne, ponieważ było to pierwsze w historii zimowe wejście na ośmiotysięcznik.
O tym nieprawdopodobnym dokonaniu polskich himalaistów napiszę więcej za trzy tygodnie.

3 czerwca możemy świętować 60-lecie (tak, to już tyle czasu) wejścia na pierwszy ośmiotysięcznik w historii – Annapurnę (8091 m npm). Zrobili to francuscy himalaiści: Maurice Herzog i Louis Lachenal, przypłacając to ciężkimi odmrożeniami – Herzog stracił wszystkie palce u rąk i nóg, co nie przeszkodziło mu w zostaniu ministrem sportu w gabinecie generała De Gaulle’a.
Minie też 50 rocznica zdobycia Annapurny II (7937 m npm), którego dokonali Chris Bonnington , Richard Grant i Szerpa Ang Nyima.

20 maja mija 40-lecie pokonania przez Dougala Hastona i Dona Whillansa (pod kierownictwem nieocenionego Chrisa Bonningtona) południowej ściany Annapurny, co powszechnie uznaje się za kamień milowy w rozwoju himalaizmu sportowego.

Nieco wcześniej, 13 maja minie 50 rocznica zdobycia Dhaulagiri (8167 m npm) przez m.in. Kurta Diembergera, który jest obecnie jedynym żyjącym himalaistą, który dokonał pierwszych wejść na dwa ośmiotysięczniki – o Jego pierwszym wejściu na Broad Peak pisałem w poprzednim felietonie.
Nie opuszczając tej Góry można też wspomnieć o przypadającej 18 maja 30-tej rocznicy pierwszego polskiego wejścia na Dhaulagiri, które było udziałem Wojciecha Kurtyki i Ludwika Wilczyńskiego.

27 czerwca przypomnieć należy 40-lecie pierwszego w historii trawersowania ośmiotysięcznika. Mowa o Nanga Parbat (8125 m npm), a uczestnikiem tych tragicznych wydarzeń, zakończonych tajemniczą śmiercią Jego brata Gunthera był Reinhold Messner. Był to też Jego pierwszy ośmiotysięcznik. Było to też pierwsze wejście na Nanga Parbat potężną flanką Rupal, uznawaną za największą ścianę świata – ma ona wysokość względną 4500 metrów.

Z rocznic "mniejszego" kalibru odnotować też wypada 40-lecie pierwszego wejścia na Lhotse Shar (8388 m npm) - jeden z wierzchołków Lhotse, oraz 50-lecie zdobycia wysokiego siedmiotysięcznika w Karakorum – Masherbruma (7821 m npm).

Będzie zatem co świętować.


\

Pierwszy człowiek na szczycie - jak to właściwie jest ?

Nic nie wzbudza chyba większych emocji niż pionierskie zdobycie jakiegoś szczytu.
A jeżeli w grę wchodzą góry naprawdę wysokie, wówczas emocje sięgają zenitu.
Wprawdzie wszystkie 14 ośmiotysięczników zostało już zdobytych w czasach, gdy większości z nas – pokolenia Internetu - nie było jeszcze na świecie, ale nazwiska tych Wielkich: samotnych zdobywców i zespołów wspinaczkowych na zawsze zapisały się w historii himalaizmu.

W bogatej literaturze górskiej istnieją wykazy, w których pieczołowicie odnotowano pierwsze, drugie, trzecie czy n-te wejście na daną górę.
Teoretycznie sprawa jest bardzo prosta: kto pierwszy postawił stopę na niezdobytym dotychczas wierzchołku, uznawany jest za pierwszego zdobywcę.
W praktyce sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Zdarzało się bowiem, że nie wszyscy wspinacze, których uznaje się za pierwszych zdobywców, weszli na szczyt jednocześnie.
Wspomnę na przykład Broad Peak (8047 m npm). W każdym opracowaniu przeczytać można, że pierwszymi zdobywcami którzy 9 czerwca 1957 stanęli na tym rozległym szczycie w Karakorum, byli Austriacy:

- Kurt Diemberger
- Hermann Buhl
- Marcus Schmuck
- Fritz Wintersteller

Jednakże tak naprawdę pierwsi na szczyt dotarli Schmuck i Wintersteller - było to o godzinie 17:05.
Jako następny, o godzinie 17:45, wierzchołek osiągnął Kurt Diemberger.
Schodząc natknął się na Buhla, który powoli szedł w stronę szczytu.
Diemberger przerwał schodzenie i towarzyszył Buhlowi w drodze na szczyt, na którym znaleźli się około 19:00.
Można więc powiedzieć, że Buhl był "dopiero" czwartym człowiekiem na szczycie Broad Peak. Wszedł na szczyt dwie godziny po pierwszych zdobywcach, ale powszechnie zalicza się go właśnie jako "pierwszego zdobywcę Broad Peak".

Niby sytuacja jest jasna - można powiedzieć, że był to sukces całej wyprawy i tylko przypadek sprawił, kto pierwszy, a kto drugi, trzeci lub czwarty stanął na wierzchołku.

Co jednak powiedzieć o zdobyciu Makalu (8485 m npm) ?
Wszędzie przeczytamy, że jako pierwsi na szczycie tego ośmiotysięcznika, 15 maja 1955 około południa stanęli Jean Couzy i Lionel Terray.
Jednakże 24 godziny później, 16 maja na szczyt weszli Jean Franco, Guido Magnone i Gyaldzen Norbbu, a 17 maja wyczyn ten powtórzyli czterej pozostali francuscy wspinacze z tej wyprawy.
Wejścia te odnotowane są jednak w literaturze jako drugie i trzecie wejście na Makalu.
Czy słusznie ? Tylko dlatego, że od pierwszego wejścia upłynęły 24 godziny, a nie dwie jak w przypadku Broad Peak ?

Podczas jednej z dyskusji na ten temat mój serdeczny Kolega Jacek, znawca Alp i Himalajów stwierdził, że należy wziąć pod uwagę sytuację „zespołu szczytowego”.
Przy takim postawieniu sprawy w przypadku Broad Peak czwórka zdobywców ruszyła do ataku jako jeden zespół. Natomiast na Makalu szczyt zdobywały kolejne zespoły i zapewne stąd różnice w postrzeganiu.

W porządku. Ale jak w takim razie odnieść się do pierwszego polskiego wejścia na Shisha Pangma (8027 m npm), które miało miejsce 18 września 1987 roku ?
Powszechnie zalicza się je dla: Jerzego Kukuczki (dla którego był to ostatni szczyt z Korony Himalajów), Artura Hajzera, Wandy Rutkiewicz i Ryszarda Wareckiego. Chociaż stanęli na szczycie tego samego dnia, jednak stanowili osobne zespoły a nawet wchodzili innymi drogami. Faktycznie pierwszy na szczycie zameldował się Ryszard Warecki.

Co w takiej sytuacji - uznawać wszystkich za pierwszych polskich zdobywców tylko dlatego, że weszli na szczyt tego samego dnia ?
Jednakże w takich przypadkach problem dotyczy jedynie pierwszeństwa.
Gorzej, gdy kwestionowany jest w ogóle sam fakt wejścia na dany szczyt.

Tego typu kontrowersje towarzyszyły wspinaczce na jedną z najtrudniejszych gór świata – Cerro Torre w patagońskich Andach. Mimo, że stosunkowo niewysoki – ma „zaledwie” 3133 m npm – szczyt ze względu na swoją niesamowitą budowę (prawie pionowe, gładkie ściany) i szalenie trudne warunki pogodowe bardzo długo opierał się atakom licznych wspinaczy.

Teoretycznie pierwsze wejście, którego w 1959 roku rzekomo dokonali Cesare Maestri i Toni Egger (który zginął podczas tej próby) dziś jest powszechnie uznawane za niebyłe. Maestri nie przedstawił żadnych dowodów na swoją bytność na wierzchołku, a jego kolejne (zresztą sprzeczne ze sobą) wersje wydarzeń i opisy drogi, którą jakoby wchodzili nie zgadzają się z rzeczywistością, co stwierdzili coraz liczniejsi wspinacze, którym dane było stanąć na szczycie tej niegościnnej góry.
Jedni przypisują to fantazji Maestriego, inni kładą to na karb szoku, jakiego doznał na skutek śmierci przyjaciela. Wątpliwości, zgłaszane już w latach 60-tych ubiegłego wieku sprowokowały Maestriego do podjęcia kolejnej próby wejścia na Cerro Torre w roku 1970. I tym razem nie stanął na samym wierzchołku, który stanowi potężny lodowy „grzyb”, lecz zakończył swą wspinaczkę kilkadziesiąt metrów od szczytu, twierdząc, że lodowy grzyb nie jest „rzeczywistą” częścią góry.
I choć obecnie jako pierwsze wejście uznaje się to, dokonane w 1974 roku przez grupę włoskich wspinaczy, to wciąż w różnych źródłach można przeczytać o tym, że jednak pierwszy był Cesare Maestri. Do tego intrygującego tematu wrócę w jednym z kolejnych wpisów.

Podobnie było z domniemanym zdobyciem w 1990 roku słynnej południowej ściany Lhotse (8516 m npm) przez słynnego słoweńskiego alpinistę Tomo Cesena. Wprawdzie nie było to pierwsze wejście na wierzchołek tej góry w ogóle, ale wówczas południowa ściana Lhotse stanowiła jeden z największych nierozwiązanych problemów wspinaczkowych w Himalajach.
Na tej właśnie ścianie rok wcześniej zginął najwybitniejszy polski himalaista Jerzy Kukuczka. Tomo Cesen jako rzekomy dowód wejścia na Lhotse tą drogą przedstawiał zdjęcia nie swojego autorstwa, ponadto trochę „plątał się w zeznaniach”. Obecnie powszechnie uważa się, że Cesenowi wówczas się nie udało.

Do dziś trwają też dyskusje o tym, czy aby Edmund Hillary był na pewno pierwszym człowiekiem na Dachu Świata – Mount Evereście (8850 m npm), na którego wierzchołek wszedł w 1953 roku razem z Szerpą Tenzingiem Norgayem.
Są tacy, którzy uważają, że wcześniej udało się to Georgowi Mallory’emu, który zaginął podczas ataku szczytowego w roku 1924 wraz z towarzyszącym mu Adrew Irvine’m. Kwestii, czy Mallory’emu udało się osiągnąć szczyt Mount Everestu nie rozwiązało nawet znalezienie jego ciała w 1999 roku.

Cóż – można powiedzieć, że himalaizm czy alpinizm nie jest sportem sensu stricte, gdzie brak jasnych, jednoznacznie określonych reguł czy zatwierdzonych przepisów i może stąd tak wiele licznych kontrowersji.

Warto też odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ktoś wspina się dla rekordów (pierwsze wejście, pierwsze wejście zimowe, pierwsze wejście bez tlenu, pierwsze wejście nową drogą, pierwsze wejście kobiece – litania może być bardzo długa), czy też (tak jak autor tych słów) robi to głównie dla własnej satysfakcji.

I chociaż na świecie wciąż nie brakuje wysokich gór, które czekają na swoich pierwszych zdobywców, to wiem, że raczej nie będzie mi dane stać się jednym z nich.
Ja jednak, wchodząc na górę, którą przede mną zdobyły tysiące wspinaczy, odczuwam radość i satysfakcję nie mniejsze chyba od tych, jakie towarzyszyły pierwszym zdobywcom.



Po co tak naprawdę idziemy w góry ?

Z tytułowym pytaniem prędzej czy później zetkną się wszyscy, dla których Góry zajmują ważne miejsce w życiu.
Odpowiedzi będzie tyle ilu zapytanych – jedni skwitują to wzruszeniem ramion, inni przedstawią cały wywód pełen emocji i poetyki, jeszcze inni dadzą prostą, ale niezwykle szczerą odpowiedź.
Jeszcze inni sparafrazują słynną wypowiedź Georga Mallory’ego o Evereście, jak w rozmowie, której byłem kiedyś świadkiem:
- Pojechałbyś ze mną w góry ?
- A po co ?
- Bo są …

Od pytania o sens chodzenia w góry nie uciekli najwięksi Ludzie Gór.
Prócz wspomnianego Mallory’ego piękną odpowiedź dał słynny włoski alpinista Walter Bonatti:
„Góry są środkiem, celem jest człowiek.
Nie chodzi o to, aby wejść na szczyt,
robi się to aby stać się lepszym.”

Piotr Pustelnik - jeden z najlepszych polskich himalaistów – wyraził się w bardziej humorystyczny sposób:
" Kiedyś ktoś mnie zapytał: - Dlaczego chodzisz po górach?
Odpowiedziałem, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje:
a) na tych którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć.
b) na tych którym się jej nie wytłumaczy. "

I nie jest ważne to, czy ktoś chodzi turystycznie po Bieszczadach lub Beskidach, wspina się w Tatrach, walczy z alpejskimi lodowcami czy zdobywa najtrudniejsze himalajskie ośmiotysięczniki. Odpowiedzi będą zazwyczaj podobne, tak jak te, zamieszczane na internetowych forach górskich, na których się udzielam:

Idę tam, bo dla mnie góry są krainą, w której zapominam o problemach życia codziennego. Kieruje mną również chęć poznawania nowych zakątków Polski. W górach jest wszystko to, czego szukałem: spokój, wzajemne zrozumienie, kultura, niezwykłe widoki i możliwość poznawania nowych ludzi jak i poszerzania swoich horyzontów.

W górach zawsze mogę się zrelaksować i wypocząć. Cisza, spokój, ładne widoki, trochę miłych i sympatycznych ludzi z którymi można zamienić słowo.

Bo lubię. Takie hobby, zainteresowanie po prostu. Spotykać się z innymi, których to samo interesuje a potem rozmawiać o tym co się przeżyło.

Będąc w górach , odrywam się od problemów życia codziennego, pracę zostawiam za sobą, nie myślę o niej. Wszelkie troski, zmartwienia odchodzą w cień, czuję ten spokój, jestem szczęśliwy, że mogę pobyć z dala od tego całego szumu, choć coraz bardziej ciężko o takie miejsca.

Góry właściwie ukierunkowują moją ambicję - potrafią ją albo właściwie połechtać, albo skutecznie ostudzić. Nauczyły mnie pokory - co bardzo sobie cenię. W życiu wyznaję zasadę: cały czas do przodu, mimo hamulcowych. I to zdaje egzamin. Ale góry mnie uczą, że muszę wziąć poprawkę na super przeszkodę.

Dają mi poczucie przestrzeni - dlatego w górach wolę dzień niż noc. Czuję przestrzeń. Należy do mnie. Lub też - stoi przede mną otworem. Stoję na szczycie i nic mnie nie ogranicza, oprócz mnie samej. Ale to zawsze można pokonać.

Góry dają mi poczucie wolności - jedyny ciężar, jaki tam niosę na plecach, to ciężar mojego własnego plecaka.

Dla mnie Góry, są innym światem. Kiedy jestem w Górach czuję się jakbym był w baśniowym wymiarze. Nie czuję wtedy smutku, nie czuję przygnębienia. Odczuwam zmęczenie, ale to mi nie przeszkadza. Jestem szczęśliwy. To jak najdłuższa podróż, chociaż nie jest pierwsza i nie jest ostatnia. Każdy ma jakiś powód, aby jechać w Góry i każdy z nich wyłania się z miłości do Gór. Bo tylko ten, kto Gór nie pokocha, nie będzie chciał do nich wrócić.

Ja w górach nabieram dystansu do rzeczywistości. Czasami wybieram się tam samotnie, żeby pomyśleć, uporządkować pewne sprawy w głowie. Wyjeżdżam w góry też po to, żeby pokonywać własne słabości; żeby ćwiczyć ciało, żeby było silne i wytrzymałe. W górach spotykam często ciekawych ludzi, takich, którzy w górach czują się dobrze i potrafią się nimi zachwycać. Niektóre znajomości pozostają na dłużej. Wędrując w górach lubię słuchać lasu, ptaków, szumu potoku - po prostu relaks.

Są egoistyczne - temu nie da się zaprzeczyć. Będąc tam, w górze, myślisz o sobie, o swoim organizmie, jego rekcjach, starasz się nadać temu odpowiedni bieg, tor, skupiasz się kompletnie na sobie samym.

Bo czasami poszukujemy pustki i zapomnienia. Bo góry oferują samotność i poruszają do rozmyślań. Bo wysiłek, na jaki człowiek się zdobył wchodząc na jakiś szczyt zapewnia mu satysfakcję. Bo widzi góry i przestrzenie, które fascynują i oczarowują swą otwartością i dzikością. I na koniec... bo Góry są bliżej nieba.

A ja ? Cóż – wszystkiego po trochu - równie dobrze mógłbym się podpisać pod większością cytowanych wypowiedzi.
Ale gdy ktoś nalega i nie chce słuchać takich argumentów, wtedy pokazuję kilka zdjęć – takich jak te poniżej – i mówię:

„Idę w góry chociażby po to, aby na własne oczy zobaczyć coś takiego …”.

strona :  1 |