Symfoniczny Englishman

Dziś chciałbym skreślić kilka słów o najnowszym, niepospolitym albumie Artysty, którego cenię za niebywałą klasę, styl oraz muzyczny smak. „Symphonicities” jest dziesiątym, studyjnym krążkiem Stinga. Tym razem Brytyjczyk zaprosił do współpracy Royal Philharmonic Concert Orchestra pod batutą Stevena Mercurio (zespół liczący 45 muzyków pracował m.in.: z Luciano Pavarottim i Andreą Bocellim). Razem stworzyli wybitne, niezapomniane aranże utworów z kariery solowej Stinga i The Police.

Efekt tejże współpracy jest niezwykle spójny i wyrazisty. Utwory otrzymały nowego blasku, mienią się tysiącami aranżacyjnych kryształków. Klasyczne instrumentarium nadało im eleganckiej lekkości i wyrafinowania. Nie tracą przy tym swoich barw, nie brzmią rewolucyjnie inaczej. Wydobyte zostało z nich to, co najpiękniejsze, najbardziej subtelne. Znalazło się miejsce na perkusję, dźwięki gitary basowej. Nowe akcenty uplastyczniły i nadały poszczególnym utworom aranżacyjnej wielowymiarowości, wywołując nowe, nieznane do tej pory emocje. Nie ma tu ckliwości i wielkiego zadęcia.

Moim zdecydowanym faworytem jest „ Roxanne”, gdzie opanowany, ciepły wokal Stinga współgra z aksamitem wiolonczeli. Również „Englishman In New York" zachwyca niebanalną linią melodyczną. Na „Symphonicities znalazły się też nie publikowane dotąd utwory, "The Pirate's Bride" i "The End of the Game", które kilka lat czekały na taką oprawę muzyczną.

„Symphonicities" zachwyca elegancją, bezpretensjonalnością. Album został znakomicie opracowany w każdym szczególe. Polecam wszystkim, którzy cenią twórczość Stinga i jego niesztampowe podejście do muzyki.





Kim jest piękna Salt?

Evelyn Salt jest zjawisko piękną agentką CIA, z ułożonym życiem rodzinnym. Pewnego dnia, podczas rutynowego przesłuchania zostaje oskarżona o bycie szpiegiem rosyjskim, którego zadaniem jest doprowadzenie do zmierzchu mocarstwowej pozycji Stanów Zjednoczonych. Salt rozpoczyna walkę, aby dowieść swojej niewinności i uratować męża, który stał się jednym z elementów spiskowej układanki.

Reżyser filmu, Phillip Noyce wykorzystał schemat fabularny znany z takich filmów jak „Ścigany”, czy „Szklana pułapka”. Autorem scenariusza jest Kurt Wimmer, który umiejętnie połączył wątki z okresu zimnej wojny z teraźniejszością. Fabuła naszpikowana jest licznymi, nieoczekiwanymi zwrotami akacji, niedopowiedzeniami, potęgującymi stan napięcia i niepewności.

W postać tytułowej Salt wcieliła się Angelina Jolie, okazując się wyśmienitym wyborem. Wiarygodnie zagrała twardą, sprytną kobietę, walczącą o swoje dobre imię i ukochanego mężczyznę. Moim zdaniem właśnie Jolie dodała subtelnego pieprzu obrazowi. Dzięki temu, film wyróżnia się spośród innych produkcji tego typu. Według informacji z planu, większość scen Jolie zagrała samodzielnie, co uwiarygadnia graną przez nią postać.

Obraz jest dynamiczny, co jest zdecydowanie największa zaletą filmu. Czas spędzony w kinie, mija błyskawicznie. Akcja prowadzona jest zdecydowanie i sprawnie Niestety, ma to też słabe strony, bowiem szybkie tempo i zawrotna akcja odwraca momentami uwagę o scenariusza, który- nie ukrywajmy jest przewidywalny.

Słowo uznania należy się naszemu rodakowi- Danielowi Olbrychskiemu. Nie zagrał on co prawda głównej roli, jednak jego postać staje się kluczową w zrozumieniu historii Evelyn. Kreowany przez niego Oleg Wassilij Orłow jest byłym agentem, który po latach powraca, aby zlecić zadanie swojej podopiecznej. Wbrew doniesieniom bulwarówek, Olbrychski mówi swoim głosem, bez dubbingu. Uważam, że swoje zadanie wykonał profesjonalnie i zdecydowanie możemy być dumni.

„Salt” nie jest może filmem wybitnym, ale ogląda przyjemnie. Twórcy zapewnili rozrywkę na najwyższym poziomie,z doborową obsadą. A zastosowanie otwartego zakończenia, daje szansę twórcom na kontynuację losów pięknej Evelyn.





Irlandzka baśń

Film „Ondine” w reżyserii Neila Jordana, wzbudził wiele kontrowersji zanim trafił na ekrany kin. Obraz, który w sposób magiczny i zaskakujący przedstawia historię irlandzkiego rybaka- Syracuse. Mężczyzna jest rozwodnikiem, walczącym z nałogiem alkoholowym. Ma siedmioletnią córkę Annie, która cierpi na niewydolność nerek. Pewnego dnia, podczas połowu, w sieci znajduje piękną dziewczynę, która przedstawia się tajemniczo brzmiącym imieniem- Ondine. Dziewczyna unika kontaktu z innymi ludźmi. Mieszkańcy niewielkiego miasteczka nazywają ją „selkie”, czyli kobieta- foka. W mitologii celtyckiej „selkie” to istota potrafiąca zmienić się z foki w człowieka, poprzez zrzucenie foczej skóry. Kobieta- foka przywdziewa ludzką postać, gdy zakocha się w mężczyźnie. Według legendy „selkie” może pozostać na powierzchni przez siedem lat.

Zdawać by się mogło, że to strasznie banalna historia miłosna. Bynajmniej. Jest to swego rodzaju psychologiczne stadium alkoholika, który za wszelką cenę próbuje prowadzić normalne życie. To także portret ojca, walczącego o życie swojego dziecka. Słowa uznania dla Colina Farrella, który idealnie oddał cechy życiowego nieudacznika. Prawdę powiedziawszy, nie jestem fanem Irlandczyka, ale przekonał mnie, kreując postać skomplikowaną w swej prostocie.

Alicja Bachleda- Curuś za rolę tytułowej Ondine otrzymała wiele pozytywnych recenzji. Magazyn „Empire” określił ją jako „czarujące odkrycie”. Stworzyła postać wielowymiarową, która balansuje na krawędzi pomiędzy jawą a snem. Ma w sobie pierwiastek celtyckiej legendy i zdumiewającą zmysłowość. Uważam, że jej angielski jest na dobrym poziomie. Nie słychać słowiańskich naleciałości.

„Ondine” to baśń. Baśń, która daleka jest od tych słodkich, hollywoodzkich produkcji. Porusza swym poetycko- magicznym klimatem, podkreślonym urokliwą ścieżką dźwiękową. Dopełnieniem są irlandzkie krajobrazy, z dominującym nieco brudnym błękitem. Legenda Celtów jest podbudową fabularną filmu, jego osią. Odwołuje się do wyobraźni, tego co niezwykle, gdzie realizm i magia płynnie się przenikają.





Smak lemoniady

Wielką radością była dla mnie informacja o powrocie Skye Edwards do formacji Morcheeba. Po ponad siedmiu latach muzycy wrócili do wspólnej pracy, której owocem jest album „Blood Like Lemonade”. Jego premiera miała miejsce 7 czerwca a singiel "Even Though" zdobył uznanie słuchaczy, wyczekujących nowego materiału.

„Blood Like Lemonade” jest utrzymany w stylistyce hipnotycznego popu. Brzmienie albumu jest lekkie, nie przesycone szaleństwami elektroniki czy tez sztampowymi beatami. Każdy dźwięk jest przemyślany i doskonale współgra z niebiańskim głosem Edwards. Leniwy, wręcz senny nastrój niepostrzeżenie przełamują soulowe rytmy, organy, gitara akustyczna, stając się aranżacyjnym uzupełnieniem.

Morcheeba prezentuje słuchaczom wysmakowany popowy album, w wielu muzycznych odcieniach. Krążek trudny do jednoznacznego zaklasyfikowania, włożenia z kolorową fiszką do gatunkowej szuflady. Pomimo stylistycznej różnorodności, wielu muzycznych barw- album jest spójny, starannie zrealizowany.

Wraz z powrotem Skye Edwards formacja uzyskała magię i niepowtarzalny nastrój. Aksamitna barwa głosu Brytyjki delikatnie szkicuje klimat albumu. „Blood Like Lemonade” to płyta, która jest w stanie zauroczyć i zaskoczyć jednocześnie. Muzyka płynie swoim nieśpiesznym tempem. Jednak wymaga czasu na jej poznanie i docenienie warsztatu muzyków.






New York!

Palomę Faith poznałem przypadkiem. Na jednej z imprez rozbrzmiały dźwięki „Stone Cold Sober”- dynamicznego kawałka, z zachwycającą sekcją dętą. Przebój pochodzi z albumu "Do You Want The Truth Or Something Beautiful?" i jest jedynie przystawką do tego, co kryje cały materiał. Drugim singlem jest utwór „New York”, który błyskawicznie podbił serca milionów słuchaczy.

Debiutancka płyta Faith to wyśmienita muzyczna oferta, utrzymana w stylistyce retro- pop. To, co wyróżniania ją od dokonań Duffy, czy też Amy Winehouse to aranżacyjna lekkość oraz wyrazisty wokal. Album łączy w sobie klimat lat 50. z londyńskich pubów z nutką nowoczesności. Proporcje są starannie wyważone, dzięki czemu krążek nie wywołuje znużenia. Aranże są świeże i ciekawe.

Paloma uwodzi wokalnie. Barwa jej głosu jest wręcz zniewalająca. Nie posiłkuje się auto-tunem, aby brzmieć interesująco.

W warstwie tekstowej Faith porusza sferę uczuć, relacji damsko- męskich, samotności oraz akceptacji samego siebie. Teksty, choć nieco bajkowe, magiczne, to docierają w najczulsze sfery ludzkiej wrażliwości. Od pierwszego do ostatniego dźwięku płyta trzyma naprawdę dobry, wysoki poziom. Zdecydowanie oraz konsekwencja twórcza to coś, co cenię najbardziej.

Paloma Faith jest artystką nietuzinkową. Wybrała własną, ambitną ścieżkę. Nagrała album żywy, mieniący się barwami, autentyczny. Zostawia w tyle wiele jednorodnych, zagranicznych produkcji.




Kukulska & Dąbrówka

„CoMix” to siódma solowa płyta w dorobku artystycznym Natalii Kukulskiej. Jest to wspólna produkcja team'u Kukulska & Dąbrówka( Michał Dąbrówka- perkusista, muzyk sesyjny, prywatnie mąż Natalii). Tytuł albumu odnosi się do połączenia wrażliwości, estetyki muzycznej artystów. Wydawnictwo promuje singiel „To jest komiks”- oparty na energetycznym, zdecydowanym rytmie, z charakterystycznym riffem syntezatora. To mistrzowsko opowiedziana historia o pozorach życia, których często szukamy "wśród kolorowych stron".

Materiał na płytę w całości został stworzony przez parę muzyków oraz wyprodukowany w prywatnym studiu MINA. Album subtelnie nawiązuje do lat 80. w nowatorskim muzycznie kontekście. Analogowe brzmienie, syntezatory, przeplatają się z elektroniką, perkusją- która nie zawsze brzmi standardowo. „CoMix” jest spójny i przemyślany. Artyści konsekwentnie zrealizowali muzyczny zamysł, bez kompromisów nastawionych na komercyjny sukces. Inspiracje przybierają świeżą formę, dzięki starannie wyselekcjonowanym beatom.

Muzycy do produkcji podeszli z ogromnym dystansem i nieszablonowością, idąc w zdecydowanie innym kierunki niż wiodące, popularne wydawnictwa. Wykorzystano syntezator Moog, elektroniczne bębny Simmons. Płytę wzbogacił zespół smyczkowy Polskiej Orkiestry Radiowej pod batutą Adama Sztaby. Smyki dodają kompozycjom lekkości oraz wyrafinowania. Mixem albumu zajął się Marek Piotrowski vel Maruś, znany z Planu B, który pracował z Natalią przy albumie „Sexi Flexi”.

Na warstwę tekstową składa się ciąg przemyśleń, autorstwa Natalii. Artysta opowiada o miłości, pozorach życia, kontrastach bez ckliwości i patosu. Moją uwagę zwrócił utwór „Będzie jak ma być”- swoisty manifest twórczej niezależności. Warto podkreślić, że wokal artystki brzmi zdecydowanie, acz oszczędnie. Natalia postawiła na minimalizm, rezygnując z wokalnej maniery i wysokich dźwięków. Kukulska z ogromną rozwagą prezentuje swój głos. Ciekawie wykonane, rytmiczne chórki są perfekcyjnie dopracowane.

„CoMix” to album wybitnie różnorodny i koherentny. Nie pozostaje w tyle za światowymi standardami Ma barwę i moc. To sukces i tryumf pasji zrodzonej z niezależności i poczucia własnego stylu. Kukulska & Dąbrówka zaskakują umiejętnością niekonwencjonalnego spojrzenia na muzykę.






...w smutek zaklęty świt...

...śmierć zawsze przypomina wstrzymanie oddechu przez Boga,

moment, w którym czas staje w miejscu...




strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |  6 |