Rytm z afrykańskiego stepu

Angélique Kidjo pochodzi z Beninu- niewielkiego państwa położonego nad Zatoką Gwinejską. Karierę rozpoczęła w 1982 roku, od występów w paryskich klubach jazzowych. Gościnny występ z kapelą „Philipi” zaowocował współpracą z Annie Lenox, która była pod olbrzymim wrażeniem czarnoskórej wokalistki. 

Kidjo jest uznawana za prekursorkę „world music”. To określenie muzyki etnicznej, granej na całym świecie, nie należącej do zachodniej kultury muzycznej. „World music” wykorzystuje tradycyjne instrumenty. Jest to muzyka niepodlegająca jednolitym klasyfikacjom stylistyczno- gatunkowym.

„Oyo” jest jedenastym albumem w dorobku Angélique. Znalazło się na nim kilka coverów, m.in.: Curtisa Mayfielda, Carlosa Santany, Arethy Franklin. Utwory zyskują świeżość a charakterystyczny afrobeat nadaje im lekkości i magii Afryki. Pozostałe kompozycje są autorstwa Kidjo. Poza licznymi fascynacjami bluesem, gospel czy jazzem- dominuje w nich pierwiastek etniczny. Smyki delikatnie i swobodnie zarysowują linię melodyczną „Oyo” powala wręcz świeżością, naturalnością, pasją. Każdy utwór niesie poetyckie przesłanie. Głos Kidjo wpisuje się w brzmieniową różnorodność. Zaskakuje spokojem i siłą. Jest lekko wibrujący, magnetyczny. To płyta przepełniona pozytywną energią. Materiał muzyczny jest plastyczny, swobodny.

Kidjo stworzyła album wymykający się wszelkim ramom gatunkowym. Niełatwo jest ją zaszufladkować, znaleźć wspólny mianownik. Smakowite połączenie rożnych gatunków z rodzimą tradycją jest mistycznym dialogiem pomiędzy stylami.




Zjawiskowa Sade

Minęło 10 lat od premiery Jej ostatniej płyty „Lovers Rock”. Jednak warto było czekać, albowiem „Solider of Love” jest wyjątkową podróżą w krainę niepowtarzalnych, ujmujących dźwięków. Płyta w dniu premiery w Polsce zdobyła status podwójnej platyny. W zestawieniu najpopularniejszych płyt, zadebiutowała na miejscu pierwszym.

Nowy album pozostaje w konwencji, w której Sade porusza się konsekwentnie od niemal 30 lat. I robi to z niezwykłym wyczuciem smaku i stylu. Esencją każdej kompozycji jest minimalizm. Sekcje instrumentów smyczkowych oraz partie klawiszy budują klimat całego albumu. W tle pojawia się perkusja oraz gitara, nadające utworom ekspresji. „Solider of Love” to połączenie smooth jazzu z elementami etnicznymi. Słuchając płyty można odnieść wrażenie, że jest ona oderwana od czasu, w którym się zrodziła. Magiczna, daleka od tej radiowej powszechności i powtarzalności.

Aranżacje niebywale współgrają z kojącym głosem Sade, który urzeka swoją surowością i subtelnością zarazem. W zamyśle wokalnym dominuje swoista zachowawczość w ekspresji. Artystka w sposób klarowny posługuje się motywami, dzięki którym opisuje historię o niespełnionej miłości, o poszukiwaniu bliskiej osoby. Jednakże czyni to bez taniego sentymentalizmu i ckliwości. Jako autorka tekstów zachowała pewien dystans emocjonalny, co ułatwia utożsamienie się z przekazem.

„Solider of Love” to płyta wyważona, czarująca. Niezwykła w swej prostocie. Nienachalnie oddająca najpiękniejsze emocje. To synonim muzycznej elegancji oraz wokalnej perfekcji. Płyta nie ma potencjału komercyjnego, co mnie ogromnie cieszy. Pozwala zapomnieć o dominujących trendach, dając wytchnienie.




Soulowy eklektyzm

Joss Stone debiutowała w wieku szesnastu lat albumem „The Soul Sessions”. Stone  wzięła na warsztat 10 największych soulowych klasyków, zdobywając uznanie krytyków i publiczności. Płyta pokryła się potrójną platyną a Joss okrzyknięta została „księżniczką soulu”.

„Colour Me Free!” to czwarte muzyczne dziecko młodej Brytyjki, którym daje pstryczka w nos pseudo- gwiazdkom jednego sezonu. Wszystkie utwory na krążku są autorskie. Joss jest także współproducentką albumu. Na płycie gościnnie wystąpili Jeff Beck, Sheila E, Raphael Saadiq, saksofonista David Sanborn.

Stone stworzyła wytworną mieszankę popu, soulu oraz gospel. Starannie wyselekcjonowane elementy rhythm and bluesa przynoszą na myśl motownowskie brzmienia z początku lat 60. Partie dęte, smyczki, pianino z ogromną lekkością łączą się z nowoczesnymi dźwiękami. Aranże, momentami niegdysiejsze, poprzez stylistyczny eklektyzm- stają się ponadczasowe. Stone umiejętnie spina niczym klamrą neo-soulowe klimaty z klasyką. Każda kompozycja jest przemyślana, brak tu przypadkowości, aranżacyjnych ornamentów wprowadzających zamęt.

Głos Artystki jest wręcz hipnotyzujący. Mocny a zarazem miękki. Bezpretensjonalna barwa jest głęboka i charyzmatyczna, czasami zadziorna. Bez wątpienia pozostawia daleko w tyle szereg słodko śpiewających piosenkarek, których barwa głosu jest nijaka, bez wyrazu.

„Colour Me Free!” jest albumem prezentującym szeroko pojętą różnorodność stylistyczną oraz dojrzałość wokalną. Joss udało się wyjść spod płaszczyka muzycznych wymagań rynkowych i stworzyć płytę niebanalną, na wysokim poziomie.




Alicia w Krainie Wolności

Na swoim koncie ma dwanaście nagród Grammy. Jest laureatką NAACP Image Awards( nagrody przyznawanej przez National Association for the Advancement of Colored People, by uhonorować czarnoskórych twórców muzyki, filmu za wybitne osiągnięcia). Sprzedała ponad 35 milionów płyt. Multiinstrumentalistka. Sama komponuję muzykę, pisze teksty. Swoim czwartym albumem „The Element of Freedom” umacnia swoją pozycję na światowej scenie muzycznej. Wydawnictwo pilotuje utwór „Doesn't Mean Anything” wyprodukowany przez Jeffa Bhaskera.

Ta płyta ukazuje nieco inne oblicze Księżniczki Soulu. Elektryzujące brzmienia syntezatorów połączone z elementami rhythm and bluesa dają emocjonalny obraz stylistycznej wolności w interpretacji Keys. Osią kompozycji pozostaje fortepian, nadający im niepowtarzalności. Utwory nie są przeciążone dźwiękami. Artystka potraktowała muzykę jako nieograniczoną przestrzeń, wykazując się przy tym zmysłem kompozytorskim. Konstrukcje utworów są bezbłędne i nieszablonowe.

Alicia śpiewa z krystaliczną lekkością. Dojrzale operuje głosem, umiejętnie wykorzystując swoje atuty. Wznosi się na wyżyny swojego warsztatu. Brzmi mocno, zdecydowanie. Aranżacyjny minimalizm nadaje barwie głosu wyrazistości. Zachowuje jednak wokalną naturalność, znaną chociażby z "Fallin", czy "A Woman's Worth".

Warto zwrócić uwagę na warstwę tekstową albumu. Szczere, dosłowne wyznania, nabierają znamion spowiedzi. Teksty zachwycają analityczną wizją świata uczuć, wyrażonych przez niezwykle trafne metafory.

Alicia Keys to artystka, którą cenię na twórczą konsekwencję. Udowadnia, że nie trzeba ślepo podążać na obowiązującymi trendami. Każda jej płyta to uczta dla duszy. Alicia czaruje muzycznym wyrafinowaniem i wysokim poziomem artstycznym. „The Element of Freedom” łączy w sobie, wszystko to, co w muzyce najlepsze: pasję tworzenia, kreatywność oraz klasę.




Dom zły

Już jakiś czas temu Krzysztof Nocoń polecał na swoim blogu najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego „Dom zły”. Postanowiłem przyjąć zaproszenie reżysera i odwiedzić bieszczadzkie gospodarstwo. W Plebiscycie 25. Warszawskiego Festiwalu Filmowego, film otrzymał Nagrodę Publiczności. "Dom zły" znalazł się w Konkursie Głównym Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie otrzymał nagrodę za scenariusz, montaż oraz reżyserię. Film został również zaprezentowany w konkursie 22. edycji Tokyo International Film Festival- imprezy branży filmowej, która uchodzi za jedną z najważniejszych na świecie.

Reżyser prezentuje widzowi dwa plany czasowe. Pierwszy z nich to rok 1978. Późną, deszczową jesienią, w chacie małżeństwa Dziabasów pojawia się szukający schronienia Środoń. Plan drugi to wydarzenia, mające miejsce cztery lata później, podczas wizji lokalnej. Tym razem Środoń ma pomóc milicji w rozwiązaniu zagadki kryminalnej. To jest dopiero zalążek fabuły. Światło dzienne ujrzą kompromitujące fakty. Czy wszystkim zależy na odkryciu prawdy? Czy prawda w ogóle istnieje?

W filmie reżyser zadaje uniwersalne pytania o ludzką egzystencję i jej celowość, grzech czy też zło. Jednak nie udziela na te pytania odpowiedzi, pozostawiając wiele niedomówień. Prowokuje w ten sposób widza do poszukiwania prawdy.

Obraz Smarzowskiego jest próbą rozliczenia z brudną przeszłością, z komunistycznym piekiełkiem mocno zakrapianym bimbrem. Wskazuje na pokoleniowe grzechy, a transformację ustrojową pojmuje jako pudrowanie rzeczywistości.

Fabuła jest niezwykle intrygująca. Historię bohaterów poznajemy powoli, napięcie budowane jest stopniowo. Pojawia się wiele wątków pobocznych. Nie są one jednak przesadzone, stąd też bieg przyczynowo- skutkowy nie zostaje zaburzony. Dialogi są żywe, bezpośrednie. Bohaterowie są nakreśleni po mistrzowsku! Czasem przerysowani, idealnie oddają emocje i społeczną mentalność. Po raz kolejny Marian Dziędziel udowadnia, że jest wyśmienitym aktorem.  Moją uwagę zwrócili Arkadiusz Jakubik i Bartłomiej Topa. Stworzyli postacie niezwykle psychologiczne, każdy z nich ma drugie, o ton ciemniejsze oblicze. Mam cichą nadzieję, iż uda im się zerwać z serialowymi wizerunkami.

Muzyka Mikołaja Trzaski spełnia funkcję ilustracyjną. Przeszywające dźwięki budują atmosferę niepokoju, zagrożenia. Stanowi integralną cześć obrazu.

„Dom zły” to film mądry, przemyślany, doskonale zagrany. Jego mocną stroną jest portretowanie otaczającej rzeczywistości z perspektywy prostych ludzi o wysokich aspiracjach. Wojciech Smarzowski jest bezkompromisowy i dosadny,reprezentuje przy tym  światowy poziom.




Surowa Kraina Cudowności

Aż dziesięć lat Anita Lipnicka kazała czekać na swój solowy album. Po siedmiu latach współpracy z Johnem Porterem i wydaniu trzech smakowitych krążków ( „Nieprzyzwoite piosenki”, „Inside Story”, „Goodbye”), artystka wróciła z nowym projektem, zatytułowanym „Hard Land Of Wonder”. Wydawnictwo promuje intrygujący utwór „Car Door”,w którym pod stonowanym aranżem kryje się brzmieniowa dramaturgia. Reżyserem teledysku jest Jacek Poremba a współautorem zdjęć- Filip Kabulski.

Płyta nagrana została w londyńskim studio Real Word, należącym do Petera Gabriela. Do współpracy Lipnicka zaprosiła muzyków o międzynarodowej sławie. Na kontrabasie zagrał Ali Friend, na instrumentach strunowych Melvin Duffy, zaś na perkusji- Danny Cummings, znany z współpracy z Simply Red czy Georgem Michaelem. Natomiast realizacją dźwięku zajął się Cameron Jenkins.

Lipnicka uchyla przed słuchaczem furtkę niezwykłej krainy, pełnej emocji, ascetycznych uniesień. Jest to płyta w pełni autorska. Artystka snuje opowieść o miłości i różnych jej odcieniach, o poszukiwaniu szczęścia. W tekstach przewija się smutek, ból. Pojawia się także nadzieja i magia łączenia dwóch ciał w jedno istnienie.

Kompozycje są wprost urzekające. Instrumentarium oszczędne, lecz stylowe. Dominują smyki, gitara akustyczna, fortepian, kontrabas. Aranżacje są skromne, momentami aż surowe. Wywołują niepokój, wzruszenie. Stylistycznie Lipnicka balansuje na pograniczu współczesnej ballady i folku, z odrobiną country. Głos Anity zaskakuje szlachetnością, czystością i pięknem barwy. Artystka wokalnie stwarza klimat , nie siląc się na maksymalne wyciąganie skali.

„Hard Land Of Wonder” to płyta dla koneserów nienachlanych dźwięków. Niezwykle spójna, jednakże nie jednostajna. To magiczna uczta dla uszu, daleka od popowej przeciętności i tak powszechnej nijakości. To płyta dla słuchacza świadomego, potrafiącego docenić niebanalne akustyczne brzmienia. Niezaprzeczalnie, jest jedna z najciekawszych premier minionej jesieni o czym świadczą liczby sprzedanych egzemplarzy. W niespełna trzy tygodnie od premiery krążek pokrył się złotem, z czego ogromnie się cieszę!




Rewers ludzkiej natury

W miniony weekend wybrałem się na „Rewers” w reżyserii Borysa Lankosza- absolwenta wydziału reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Za swój pierwszy film dokumentalny, zatytułowany „Rozwój” reżyser został nagrodzony na Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie. Natomiast „Rewers” jest fabularnym debiutem Lankosza. Obraz otrzymał 10 nagród podczas XXXIV Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jest również polskim kandydatem do Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, przyznawanego przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej. Film oparty jest na scenariuszu Andrzeja Barta, którego powieść „Fabryka muchołapek” znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike 2009.

Akcja filmu toczy się w Polsce, w latach 50. Poznajemy główną bohaterkę- trzydziestoletnią Sabinę, pracującą jako redaktorka w wydawnictwie, w dziale poezji. Sabinka jest cichą, zakompleksioną kobietą. Mieszka z mamą i babcią, które usiłują znaleźć Jej męża. Jednak żaden kandydat nie zdobywa serca Sabiny. Także babcia iście surowo ocenia kolejnych absztyfikantów. Pewnego dnia Sabinę z opresji ratuje tajemniczy i przystojny Bronisław. Pojawienie się mężczyzny staję się początkiem zaskakujących wydarzeń...

„Rewers” to niezwykle przewrotna, ironiczna opowieść o perypetiach trzech kobiet. Łączy w sobie elementy kryminału, czarnej komedii. Lankosz nie boi się zabawy formą oraz konwencją. Taka stylistyczna różnorodność jest siłą tego filmu, tworzy spójną całość.  Produkcja wiernie oddaje klimat epoki, bardzo dokładnie portretując charakterystyczne drobiazgi byłego bloku wschodniego. Pojawiają się defilady, motyw budowy Pałacu Kultury i Nauki. Autentyczności dodają wplecione fragmenty propagandowych produkcji.

Scenariusz Andrzeja Barta jest niezwykle logiczny, drobiazgowy. Nie wydłuża zbędnie akcji filmu. Nakreślone historie są wieloznaczne. Humor miesza się z dramatyzmem w wyważonych proporcjach.

Na uwagę zasługuje gra aktorska. Agata Buzek mistrzowsko kreuje postać Sabiny- skrytej i naiwnej. Niemniej zachwycająca jest Krystyna Janda w roli matki. Dowcipna, ironiczna, przy tym szalenie subtelna. Natomiast Anna Polony, którą podziwiamy w roli dziarskiej babci- to klasa sama w sobie. Zaskoczeniem był Marcin Dorociński. Cyniczny, wyrachowany, okryty tajemnicą. Skutecznie zerwał z wizerunkiem amanta, z którym był kojarzony po ostatnich komercyjnych produkcjach.

Film jest wart obejrzenia. Opowiada o wydarzeniach bez patosu i ckliwości. Brak tu narodowych mitów czy ekstatycznych uniesień o charakterze martyrologicznym. Czarno-białe zdjęcia dodają magii a całości dopełnia niezwykła muzyka Włodzimierza Pawlika-nagrodzonego na tegorocznym 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Muzyka nawiązuję do lat 50. i 60. wyłamując się konwencji do jazzowych improwizacji. Warstwa dźwiękowa jest różnorodna estetycznie jak i stylistycznie. Czy „Rewers” zdobędzie Oscara? Szczerze wątpię, bowiem jest to obraz silnie osadzony w polskich realiach. Produkcja typowo polska pod względem treści i fabuły może być niezrozumiana przez „tych z Zachodu”.




strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |