VII Międzynarodowy Turniej Koszykówki Przyjaciele Szymona Kontra Goście

W zeszłą sobotę zakończył się VII Międzynarodowy Turniej Koszykówki Przyjaciele Szymona Kontra Goście. Fani koszykówki przez trzy dni w sali gimnastycznej Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica mogli dopingować drużyny z Polski, Węgier, Czech i Niemiec.

 Coroczną koszykarską imprezę zapoczątkował trener i wychowawca młodzieży Krystian Michalski po śmierci swojego podopiecznego Szymona Łysika. W przyszłym roku dla uczczenia pamięci również pomysłodawcy zawodów, turniej będzie się odbywał pod nazwą „Memoriał Krystiana Michalskiego i Szymona Łysika”.

Poziom uczestniczących w tegorocznym turnieju drużyn był zróżnicowany, o czym dobitnie świadczy wynik pierwszego meczu, w którym zawodnicy z Békéscsaby (Węgry) przegrali z Przyjaciółmi Szymona 27 do 122! Na szczęście były mecze, które przynosiły dużo więcej emocji, a czym bliżej finału – co zresztą oczywiste – tym było ciekawiej.
Zwycięzcą VII edycji Turnieju została drużyna z Kutnej Hory (Czechy), która w finale pokonała Machinę AG Rolbud (Radzionków). Trzecie miejsce zdobyli Przyjaciele Szymona.

Zdjęcia z finałowego meczu autorstwa Katarzyny Iwan:





Zdjęcia z turnieju autorstwa Łukasza Pyki:





Więcej zdjęć w "czytaj więcej"
[ czytaj więcej.. ]

Rozważania weekendowe: o biografiach sportowców

W najbliższy dniach ma się ukazać biografia Justyny Kowalczyk. Sprytne posunięcie panów Adama Sosnowskiego i Andrzeja Stankowskiego. Wydawca musiałby być niespełna rozumu, gdyby odrzucił propozycję wydania takiej książki. Szczególnie teraz, gdy Justyna jest na szczycie.

W piątkowej Polsce Dziennik Zachodni ukazał się wywiad ze współautorem biografii Adamem Sosnowskim. Możemy w nim między innymi przeczytać: „Dzięki uprzejmości rodziców Justyny mogliśmy też opublikować zdjęcia z rodzinnego archiwum […] fotografie z czasu niemowlęctwa i dzieciństwa Justyny, wizytę św. Mikołaja, Pierwszej Komunii Świętej i innych ważnych uroczystości z udziałem pozostałych członków rodziny, a także Justynę w szkole i na obozach sportowych.” Kto z Państwa by chciał, żeby jego zdjęcie z dzieciństwa zobaczyła cała Polska? No chyba żeby bardzo dobrze za nie zapłacili…

Trochę złośliwie reaguję na tę biografię, ale trudno mi na nią spoglądać inaczej niż jak na koniunkturalny chwyt. Przecież ona nawet wcale nie musi służyć propagowaniu narciarstwa biegowego, skoro, jak informuje we wspomnianym już wywiadzie współautor: „Treningi i starty w licznych zawodach pochłaniają biegaczce praktycznie całe dnie, a wstaje codziennie już o piątej rano, a trzeci trening kończy o 18.15! Któż by chciał tak harować?”

Nie zazdroszczę Justynie tej popularności, media starają się z niej zrobić medialną gwiazdę, ale naszej medalistce – jak się wydaje -  bliżej jeśli chodzi o podejście do sławy do Adama Małysza niż na przykład do niektórych piłkarzy. Małyszowi też nie zazdroszczę. Ciągłe zagadywanie, zarzucanie głupimi pytaniami, to musi być męczące. A ludzie mają wymagania. Toż to z tego Adama straszny cham, że nie chce przerwać koszenia trawnika i podejść do płotu, żeby zrobić sobie z fanką zdjęcie. Zresztą Adam Małysz też ma książkę o swoim życiu.  I jakoś nie jest z tego powodu zachwycony. Nawet więcej – czuje się oszukany. Finansowo. Wydawca też czuje się oszukany – fani zawiedli, książka się nie sprzedaje. I ja to rozumiem. Bardzo lubię tę dwójkę naszych sportowców, ale jakoś nie mam ochoty zagłębiać się w ich życie. I bez tej wiedzy będę ich podziwiał.
Tak poza tym to ciekawe, jakie to uczycie, gdy się w wieku dwudziestu kilku lat trzyma w ręce swoją biografię…

To nie jest kraj dla trzeźwych ludzi. O "Białej gorączce" Jacka Hugo-Badera

Nie jest źle. Mamy całkiem niezłe drogi, politycy aż tak nie kradną, powszechna znieczulica nie jest jeszcze tak powszechna. Policjanci coraz rzadziej przyjmują łapówki, a w Piekarach Śląskich – o czym zapewnia prasa – to już w ogóle nie biorą. Taki porządek. W szpitalach, placówkach zdrowia jeszcze biorą. Nie we wszystkich, ale biorą. No ale ogólnie nie jest źle. Nie jest źle, gdy porównamy nasz kraj do takiej Rosji czy Ukrainy. Poznałem trochę Ukrainę, ale dopiero książka Jacka Hugo-Badera uświadomiła mi, jak to w tych krajach wygląda życie…

Jacek Hugo-Bader zimą 2007 roku przemierzył łazikiem trasę z Moskwy do Władywostoku. Doświadczenia zdobyte w trakcie tej oraz innych podróży do Rosji i byłych republik radzieckich zawarł w książce „Biała gorączka”, która ukazała się w zeszłym roku. Większość zawartych w niej historii można już było przeczytać wcześniej w Dużym Formacie, ale to nic. Te historie drugi raz czyta się z takim samym przerażeniem i niedowierzaniem jak za pierwszym razem.

Odwiedzane przez autora kraje jawią się nam jako siedliska wszelkich patologii, z pijaństwem i korupcją na czele. Chociaż o bolączkach naszych wschodnich sąsiadów już nie raz słyszeliśmy, to inaczej się na te problemy spogląda, gdy mamy podane konkretne przykłady. A Jacek Hugo-Bader, odwiedzając interesującego go miejsca, wchodzi między ludzi, czasami – żeby lepiej zrozumieć – staje się na chwilę jednym z nich (znana też z innych reportaży jest skłonność tego dziennikarza do przebierania się za żebraka). Andrzej Stasiuk powiedział w jednym z wywiadów, że jak odwiedza dany kraj, to nie interesują go mieszkańcy, nie chce z nimi rozmawiać, bo to mogłoby zburzyć jego wyobrażenia. W „Białej gorączce” tego nie ma. Tutaj najważniejszy jest Inny.
Jacek Hugo-Bader porusza w swojej książce również kwestie kulturowe, etniczne, religijne. Wiele jest w Rosji ludów, którym grozi wyginięcie, a które są nie mniej fascynujące, niż choćby dużo częściej opisywane plemiona południowoamerykańskie.

„Biała gorączka” jest książką pesymistyczną, mocno pesymistyczną. Rosja i Ukraina to kraje patologii, pełne biednych ludzi, dziwaków i wariatów – taka myśl nasuwa się po przeczytaniu książki, bo wszystkie przedstawione postaci, historie, ze względu na swoją mnogość, zlewają się właśnie w taką jedną refleksję. Chociaż – trzeba przyznać – są takie fragmenty, które zapadają w pamięć.
Można sobie również zadać pytanie, czy to, co przedstawił autor, to jest jedyna prawda o tych krajach? Jednak po lekturze strach to samemu sprawdzić. Niemniej nie żałuję, że sięgnąłem po tę książkę. Zebrane w „Białej gorączce” reportaże naprawdę robią wrażenie.


Jacek Hugo-Bader, Biała gorączka, Wyd. Czarne, Wołowiec 2009.



Murale

Tarnowskie Góry, jak na śląskie standardy, są całkiem kolorowym miastem. Ale i tak wiele u nas szarych ścian i depresyjnych przestrzeni.  Zróbmy coś z tym! Zaprośmy artystów, niech zaczną malować! W końcu murale są modne. Zapomnijmy o tych PRL-owskich dziełach, reklamujących PKO czy inne PZU. Murale polityczne też możemy sobie darować (a nawet zakazać – w końcu niedługo wybory). Niech na naszych ścianach powstaną malowidła sympatyczne i intrygujące. A co tam, w najgorszym wypadku zawsze można takie dzieło zamalować czy otynkować. To nie jest jak budynek przy kościele ewangelickim -  powstało takie brzydactwo i nie da się tego tak łatwo usunąć.
Mamy taką chwalebną imprezę jak Dzień Kultury Ulicznej. Może by było warto uzyskać zgodę na malowidła na 2-3 ścianach i zaprosić artystów?
Profilaktycznie można by też inne obiekty pomalować, np. taką pocztę, tak żeby mniej utalentowani artyści przed takimi choćby Derbami Śląska nie musieli tego robić.



Plac przy ul. Gliwickiej, gdzie są jedne z dobrych ścian do pomalowania.
Do fotomontażu wykorzystałem zdjęcie murala, którego w Ballard stoworzył Ryan Henry Ward.

Zagubieni w przeszłości. "Dom ciszy" Orhana Pamuka

Po przeczytaniu „Śniegu” i „Nazywam się Czerwień” uznałem, że Orhan Pamuk będzie jednym z moich ulubionych pisarzy. Śmieszyły mnie opinie, że Nobel dla tego tureckiego pisarza został przyznany ze względów politycznych. Jednak na książce „Nowe życie” bardzo się zawiodłem. Zagmatwana konstrukcja fabuły była ciekawa, ale pod nią kryły się banalne myśli. Dlatego też z pewnymi obawami sięgałem po książkę „Dom ciszy”. I muszę przyznać, że nie zawiodłem się, chociaż daleko jej do dwóch pierwszych wydanych w Polsce powieści.

W małej nadmorskiej miejscowości niedaleko Stambułu mieszka dziewięćdziesięcioletnia staruszka Fatma wraz ze służącym Recepem. Pewnego dnia przyjeżdżają w odwiedziny wnukowie Fatmy: młoda komunistka Niglun, inteligentny Metin oraz ich starszy brat - otyły i nadużywający alkoholu historyk Faruk. W Nigun zakochuje się sympatyzujący z narodowcami Hasan, bratanek Recepa. Natomiast Metin zakochuje się nieszczęśliwie w miejscowej bogatej dziewczynie Ceylan. Faruk zaś przeszukuje miejscowe archiwum w poszukiwaniu informacji o dżumie oraz rozmyśla nad historią i swoim nieudanym małżeństwem. Ich babcia całe dnie spędza w swoim pokoju na rozmyślaniu. Wspomina swojego znienawidzonego męża Selahattina, który przez całe życie pisał wielotomową encyklopedię, w której chciał zawrzeć całą zdobytą przez Zachód wiedzę, na czele z tym, że Boga nie ma. Fatma nie potrafi również nie myśleć o swoim zmarły synu Doganie oraz o Recepie i jego bracie Ismailu (ojcu Hasana), którzy są dziećmi jej męża i służącej.

Jednym z głównych bohaterów „Domu ciszy” jest przeszłość. Każdej z postaci w codziennych zmaganiach z rzeczywistością trudno zapomnieć o przeszłości. Wchodzi ona głęboko w ich życie. A indywidualna historia poszczególnych postaci ma często nierozerwalny związek z historią kraju, z jego przemianami. Warto przypomnieć sobie część historii Turcji, która ma związek z powieścią:

Pod koniec XVII wieku imperium osmańskie zaczęło stopniowo po****dać, do czego przyczyniły się głównie:  w 1683 roku klęska pod Wiedniem, w latach 1806-1812 przegrana wojna z Rosją, do tego powstania serbskie i walki wyzwoleńcze podbitych narodów.
W XIX wieku rozwinął się ruch młodoturków, czyli zwolenników ustroju konstytucyjnego, którzy w końcu w 1908 roku stanęli na czele młodotureckiej rewolucji. Zdobyli władzę, a sułtana Abdulhamida II zastąpił na tronie Mehmed V. Rząd młodoturków ponownie doszedł do władzy w 1913 roku. Tym razem jako dyktatura sprawowana przez triumwirat Envera Paszy, Tolana Paszy i Dżemala Paszy.
W czasie I wojny światowej Turcja współpracowała z Niemcami. Skutkiem traktatu z Severes w 1920 roku imperium osmańskie upadło. Po wojnie o niepodległość Turcji generał Mustafa Kemal Pasza w 1922 roku obalił sułtanat i proklamował rok później Republikę Turcji ze stolicą w Ankarze. Generał nadał sobie miano Ataturka (Ojca Turków) i zainicjował reformy mające na celu modernizację zacofanego państwa.
Wojska tureckie nie brały udziału w II wojnie światowej. Turcja do lutego 1945 roku pozostawała neutralna. Po wojnie nastąpiła liberalizacja życia politycznego i zbliżenie ze Stanami Zjednoczonymi oraz państwami Europy Zachodniej.
W 1980 roku (w nim  rozgrywa się akcja powieści Pamuka) doszło do zamachu stanu Kenana Evrena, co ograniczyło aktywność prawicowych i lewicowych terrorystów oraz zapobiegło pogłębieniu się fundamentalizmu religijnego.

W powieści Pamuka staruszka Fatma i prawicowe grupy ubolewają nad utratą przez kraj piękna i niewinności. Uważają, że wraz z modernizacją kraju rozpanoszył się grzech. Dla jednych związek Turcji z Zachodem oznacza upadek kraju, dla innych ratunek. Selahattin wierzył w rozum i wartości kultury europejskiej, które pozwolą odrodzić się Turcji. I chociaż kraj doczekał się reform, to  jego wnuk widzi nadzieję na lepsze życie już tylko poza krajem, w Ameryce. Bohaterowie właśnie w przeszłości, jej rozpamiętywaniu widzą słabość Turków i ich poczucie niższości wobec obcokrajowców. Jak twierdzi Hasan, „wspomnienia są dla niewolników, otumaniają” (s. 314). Bohaterowie – jak sam kraj –  są rozdarci. Swoją niemoc, frustrację próbują utopić w alkoholu. Faruk w alkoholowej złości krzyczy: „- Czy wiesz, kim był Edward G. Robinson? To aktor, którego sobowtóra widziałem w Turcji. Mam dość podwójnego życia. Rozumiesz?” (s. 283). Młodzi chcą innego życia, chcą się uwolnić od przeszłości, z której nie da się uwolnić.  Dom Fatmy jest ostoją wspomnień – powstał jako jeden z pierwszych w miasteczku. I to na pewno jeden z powodów, dla którego wnukowie właścicielki tak bardzo chcą go zburzyć i na jego miejsce postawić nowoczesna kamienicę.

„Dom ciszy” to – ze względu na swoją tematykę – bardzo turecka powieść. Zresztą jak każda książka Pamuka. Na okładce możemy przeczytać słowa autora: ”Wiem, że młodzi ludzie ze wszystkich moich książek najbardziej lubią Dom ciszy. Może dlatego, że zawarłem w tej powieści cząstkę mojej własnej młodości, mojego ducha… Każdy z młodych bohaterów był mną. W każdej z postaci przedstawiłem inne oblicze młodości”. Nawet w samej powieści pisarz zaznacza swoją obecność: „Spytałem, kto jeszcze z dawnych kolegów tu jest – wymienił ich. Spytałem, co porabiają – opowiedział o nich. Widział ich matkę. Sevket i Orhan mają za tydzień przyjechać. Sevket się ożenił, Orhan pisze powieści” (s. 347).

Orhan Pamuk to znakomity pisarz. Chociaż zdarzają mu się słabsze książki. „Dom ciszy” to może nie jest jego najlepsza powieść, ale jest na tyle dobra i interesująca, że warto ją przeczytać. Szczególnie że Turcja to dziwny kraj, zarówno bliski naszej kulturze, jak i bardzo od niej daleki. Dobrze, że jest pisarz, dzięki któremu możemy ten kraj i naturę jego mieszkańców lepiej zrozumieć.


Orhan Pamuk, Dom ciszy, przeł. A. Akbike Sulimowicz, Wyd. Literackie, Kraków 2009.



Anioły i demony, czyli niemoralna porpozycja wg Paula Coelho

18 lutego w Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Bolesława Lubosza odbyło się pierwsze spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki. Na pierwszy ogień poszła książka Paula Coelho „Demon i panna Prym”. Prawie jednogłośnie została skrytykowana. Dlaczego?

Fabuła książki jest następująca: Do małego miasteczka Viscos przybywa mężczyzna. Przybysz chce mieszkańców poddać próbie. Swoją zamiary zdradza młodej dziewczynie, Chantal Prym. Jeśli w borykającej się z problemami finansowymi wiosce zginie jedna osoba, gość ofiaruje tej małej społeczności dziesięć sztabek złota. Mieszkańcy wybierają na ofiarę staruszkę Bertę.

Coelho tworzy książki bardzo łatwe w odbiorze. W „Demonie i pannie Prym” zło jest nazwane Złem, dobro jest nazwane Dobrem, czytelnik niewiele ma tu do roboty. Zresztą autor w przedmowie wyjaśnia, co go skłoniło do napisania książki i o czym ona będzie. Zaczynam rozumieć, co mieli na myśli autorzy hasła, że Coelho „przemawia nie do rozumu lecz do serc”. Chyba głównie do młodych serc niewieścich, ale też nie wszystkich.

Coelho mógłby zamiast tej książki napisać esej o pochodzeniu zła i ludzkiej naturze, ale wyszłoby z tego wypracowanie na poziomie co najwyżej szkoły średniej, dlatego autor wolał ubrać ten od wieków poruszany problem w opowieść o przybyszu, który składa mieszkańcom małego miasteczka niemoralną propozycję. A wszystko to w wielokulturowym sosie w oparciu o dramat Durrenmatta. Szkoda czasu na czytanie tej książki i dalsze pisanie o niej.


Paulo Coelho, Demon i panna Prym, wyd. Drzewo Babel,Warszawa 2002.


"Moja Afryka" Kingi Choszcz

Pisałem ostatnio o książce Kingi Choszcz i Roberta Siudy, która była relacją z ich pięcioletniej podróży dookoła świata. Dwa lata po tej wyprawie Kinga wybrała się samotnie autostopem do Afryki. W trakcie swej podróży po Afryce Zachodniej prowadziła, tak jak poprzednio, pamiętnik, na podstawie którego została wydana książka. To ostatnia wyprawa i ostatnia książka tej podróżniczki. Kinga zmarła w 2006 roku w Ghanie na malarię mózgową.

Książki „Prowadził nas los” i „Moja Afryka” różnią się znacznie. Do pewnego stopnia wynika to z charakteru tych podróży. Ostatnia wyprawa Kingi to podróż przez takie kraje jak Maroko, Mauretania, Senegal, Gambia, Mali, Burkina Faso, Niger, Gwinea, Sierra Leone, Liberia, Wybrzeże Kości Słoniowej, Ghana. Są to fascynujące dla Europejczyka kraje, przeważnie bardzo gościnne, co jeszcze nie znaczy, że bezpieczne, szczególnie dla podróżującej samotnie kobiety.

Trudno nie podziwiać fantazji i odwagi bohaterki. Śledzimy jej problemy z nachalnymi mężczyznami, niedowierzamy, gdy łapie na stopa sportową ciężarówkę, która uczestniczy w rajdzie Paryż-Dakar, uśmiechamy się, gdy Kinga realizuje swoje marzenie o kupnie białego wielbłąda.  Kiedy autorka i jej przyjaciółka spacerują sobie po zaminowanym terenie, my bezpiecznie siedzimy sobie w domu i przeżywamy ich przygody. A potrafią one wciągnąć nie mniej, niż najlepsza powieść kryminalna. Jednak „Moja Afryka” to nie tylko zapis – tak atrakcyjnych dla czytelnika – przygód. Z tej książki – czego w poprzedniej mi brakowało – dowiemy się sporo o odwiedzanych krajach i ich mieszkańcach. Gdybym nie sięgnął po tę lekturę, chyba bym się inaczej nie dowiedział, jak interesujące mogą być tytuły filmów w Maroku. Np. film o teściowej nosił tytuł: „Ma cukrzycę, ma nadciśnienie, a nie chce umrzeć”.

Książka „Moja Afryka” różni się od poprzedniej również sposobem opowiadania. Brak podziału na pojedyncze dni sprawił, że jest ona bardziej spójna, a żywe opisy w czasie teraźniejszym, większa ilość dialogów poruszają naszą wyobraźnię. Po prostu świetnie się tę książkę czyta. Na pewno wynika to z dobrego zredagowania książki (chociaż są małe błędy), ale także z większego doświadczenia autorki, która tym razem na pewno pisała swój pamiętnik z myślą, że ukaże się on w formie książkowej.

Jak pisze w przedmowie Janusz Czerwiński, „Przesłanie tej książki jest takie samo jak poprzedniej. Nie bójmy się marzyć. I marzenia te spełniać. Naprawdę, wystarczy chcieć.”
Tak, dużo również w „Mojej Afryce” mowy o marzeniach. Ale nie jest to już tak nachalne jak w poprzedniej książce. I warto dodać, że ostatnim marzeniem Kingi, jakie udało się jej zrealizować, było uwolnienie od niewolniczej pracy małej dziewczynki i posłanie jej do szkoły.
Chętnie bym przeczytał, jak realizuje swoje kolejne plany. Niestety, nie jest to możliwe…


Kinga Choszcz, Moja Afryka, Wyd. Bernardinum, 2008.



strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |  6 |  7 |  8 |  9 |  10 |  11 |  12 |