W 5 lat dookoła świata

Kilka lat temu przeczytałem w jakiejś gazecie o parze, która autostopem przemierza świat. W zeszłym tygodniu pożyczyłem książkę „Prowadził nas los” Kingi Choszcz i Radosława „Chopina” Siudy. Tak, to o nich kiedyś czytałem.

„Prowadził nas los” to relacja z tej wyprawy. Kinga i Chopin zaczęli swoją podróż od wylądowania 7 października 1998 roku w Nowym Jorku. Od tego czasu przez kolejne pięć lat podróżowali, głównie autostopem. W trakcie wyprawy prowadzili bloga, w oparciu o który powstała książka.

„Prowadził nas los” nie jest typową książką podróżniczą. Nie dowiemy się z niej wiele o odwiedzanych miejscach, nieczęsto poczytamy o ludziach, których Kinga i Chopin spotkali (szkoda, bo to chyba najciekawsze fragmenty książki!). W tej książce najważniejszy jest ruch, pokonywanie dystansu.

Za dużo w tej książce Kingi i Chopina, chociaż ich relacja nie ma nic wspólnego z agresywną egocentryczną narracją Cejrowskiego (ukułem sobie termin „egograficzny” na potrzeby określenia jego książek), ani z opowiadaniem „poprzez siebie” w jakim lubuje się Stasiuk. Autorzy „Prowadził nas los” są niestety mniej ciekawi niż wymienieni  pisarze. Gdy teraz pomyślę o Kindze, to od razu widzę surowe jedzenie, a gdy o Chopinie, to przed oczami staje mi posąg Buddy. W życiu tyle się nie naczytałem o wegańskim i wegetariańskim jedzeniu. Kilka razy w trakcie lektury miałem ochotę iść na porządnego schabowego. I nie chcę się czepiać osób, które wybrały taką a nie inną dietę, chodzi mi o to, że problemy ze znalezieniem surowego jedzenia nie są fascynujące.  Ale pewnie są osoby, które – tak jak autorka – noszą koszulki z napisem „Peace, love and vegetables” i lubią czytać o organicznych rodzynkach.

Równie często jak „wegańskie jedzenie” padają w książce Kingi i Chopina słowa „los”, „marzenia”, „Duch Opiekuńczy”. Wchodzą one najczęściej w skład tak zwanych życiowych mądrości, którymi jesteśmy raczeni od początku do końca książki. Przeczytamy np., że „[…] trzeba po prostu nie tracić cierpliwości, nie ponaglać wydarzeń i wierzyć”(s. 58 ); „Przeznaczenie bawi się nami, prowadząc nas swoimi niewyjaśnionymi dróżkami, rzucając nas w pewne miejsca o odpowiedniej godzinie i minucie” (s. 84). Dałoby się jeszcze te odkrywcze prawdy znieść, gdyby nie były tak nachalne. Cóż, „Prowadził nas los” to taki podróżniczy Paulo Coelho.

Mimo to relacja Kingi i Chopina jest w jakiś sposób fascynująca. Nie ukrywam podziwu dla tych globtroterów.  Zresztą ich opowieść wraz z kolejnymi latami w drodze staję się coraz lepsza. Czym dalej, tym mniej gadania o marzeniach, a więcej rasowej podróżniczej relacji (ale jakby komuś brakowało życiowych mądrości, to są zebrane na końcu książki!). Lepiej jednak taka relacja sprawdza się na blogu (jest jak serial – z niecierpliwością oczekujemy kolejnego odcinka), ale rozumiem, że została również wydana w formie książkowej. W końcu nie samą podróżą człowiek żyje. Szczególnie po powrocie do domu.


Strona Kingi i Chopina: http://www.geocities.com/kingachopin/

Kinga & Chopin, Prowadził nas los, wyd. „Bernardinum”, 2004.



Nie taki "Święty Wrocław" świetny

Książka „Święty Wrocław” Łukasza Orbitowskiego leżała sobie na bibliotecznej półce z napisem „Nowości”. Leżała i mówiła: pewnie nie jestem na tyle dobra, żeby ustawiały się po mnie kolejki, ale może ktoś się zlituje i sprawdzi jak jest ze mną naprawdę?  Nazwisko autora było mi znane, a tytuł intrygujący, więc wypożyczyłem. I przeczytałem. Żałuję? Nie, chociaż powieść Orbitowskiego mnie nie zachwyciła. Ale jest to książka na tyle dobra, że nie powinna  leżeć niechciana na bibliotecznej półce.

Akcja książki Łukasza Orbitowskiego obraca się wokół osiedla Polanka we Wrocławiu. Pewnego dnia ściany bloków na tym osiedlu zaczynają zamieniać się w czarną, gorącą powierzchnię. Ludzie, którzy wchodzą do tych budynków, już nie wracają. Przy osiedlu powstaje „czarne miasteczko”, które tworzą grupy wyznawców Świętego Wrocławia – najpierw mieszkańcy miasta, a później już pielgrzymi z całej Polski.

Historię „Świętego Wrocławia” opowiada nam dziwny kronikarz, którego stan psychiczny – chociaż bezpośrednio nieokreślony – może nas niepokoić. Narrator skupia się na kilku osobach, których losy połączyły wydarzenia na dziwnym wrocławskim  osiedlu. Irytować jednak może to, że każdej z przedstawionych osób kronikarz nie poświęca tyle samo miejsca. Dopiero po pewnym czasie wyłaniają się najważniejsi bohaterowie. Wśród nich jest Małgosia, zbuntowana nastolatka przed maturą, jej ojciec Tomasz oraz chłopak Michał. Małgosia za sprawą swoich koleżanek znika w Świętym Wrocławiu. Na ratunek wyruszają jej ojciec i chłopak, którzy muszą przezwyciężyć wzajemną niechęć do siebie.

Konwencja horroru – za którą nie przepadam - posłużyła autorowi między innymi do scharakteryzowania współczesnego społeczeństwa. Orbitowski – co dla niego właściwe – przedstawia środowisko młodych ludzi, którzy wkraczają w dorosłość, ukazuje też problemy dorosłych, związane z życiem małżeńskim, z dziećmi, z własnymi słabościami. Ponadto przedstawia proces tworzenia się nowego kultu, proces irracjonalny, a tym samym niepokojący. Samo miasto nie ma tutaj jednak większego znaczenia. Miejsce akcji charakteryzuje całą Polskę, o czym zresztą możemy przeczytać: „Czarne miasteczko przypominało Tomaszowi  obóz uchodźców, czy raczej Polskę w miniaturze. […] tu grano w karty i modlono się na przemian, tu brzmiały kłótnie małżeńskie, niósł się jęk szybkiej miłości, rozlewano zupę z garnków […]” (s. 223). Problem w tym, że autor nie ukazuje nam nic, czego nie znamy z telewizji czy też z własnego doświadczenia.

„Święty Wrocław” ma jednak coś, co nie jest charakterystyczne dla horrorów, i na co nie zwracają uwagi krytycy. Chodzi o humor. Trudno się na przykład nie uśmiechnąć, gdy się czyta o pielgrzymach, którzy nabożnie śpiewają piosenki Ich Trojga i Feela.

Orbitowski nie tylko charakteryzuje  społeczeństwo. Jeśli pokusimy się o trochę głębszą interpretację, to możemy uznać, że autor próbuje również  tłumaczyć zachowania Polaków, polską mentalność. W piwnicy czarnego bloku bohater, schodząc coraz niżej, odnajduje między innymi: „tłuściocha o twarzy partyjnego aparatczyka”, żołnierza, hipisa, milicjanta, zakonnicę, niemiecki czołg typu Tygrys, niemieckich żołnierzy, królów wśród panien i rycerzy, smoka. Czy nie są to obrazy polskich archetypów? W śnie K. G. Junga archetypy również znajdowały się w piwnicy domu. A jak wiemy z jego teorii, archetypy to wspólny dla ogółu ludzi dziedziczny wzorzec reagowania i postrzegania świata.
Ale tutaj znowu nie dowiadujemy się niczego nowego. „Święty Wrocław” – na co zwraca również uwagę większość krytyków literackich -  to przede wszystkim sprawnie napisana książka, której czytanie sprawi sporo satysfakcji niezbyt wymagającemu odbiorcy.


Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław, Wyd. Literackie, 2009.


Mankell w Afryce. "Comedia infantil"

Znowu Mankell. Ale tym razem nie jako autor powieści kryminalnych, ani powieści dla młodzieży. „Comedia infantil” to mistrzowsko napisana powieść o wojnie domowej w Mozambiku, o samotności, odrzuceniu, walce o przetrwanie, marzeniach. I nie tylko o tym.
Narratorem w powieści jest piekarz Jose Antonio Maria Vaz. To on pewnego dnia na scenie teatru przylegającego do piekarni  odnajduje postrzelonego dziesięciolatka. Zabiera chłopca na dach, gdzie się nim opiekuje i przez dziewięć nocy wysłuchuje jego opowieści. Po śmierci Nelia piekarz wyrusza z misją opowiedzenia historii niezwykłego chłopca. Rok po tych wydarzeniach opowiada tę historię nam.
Dowiadujemy się, że wioska Nelio została spalona przez bandytów, matka uprowadzona, malutka siostra  zatłuczona w moździerzu. Nelio, aby przeżyć, musiał  zabić swojego kuzyna. Wybrał jednak inne rozwiązanie: strzelił w stojącego nad nim bandytę i uciekł. Trafił do miasta, gdzie w końcu został przywódcą bandy młodocianych bezdomnych.
Książki Mankella charakteryzuje melancholia i pesymizm. Tak jak  w jego kryminałach, tak i w „Comedia infantil” pada pytanie o pochodzenie zła: „Wciąż próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, skąd się bierze ludzkie zło. Dlaczego barbarzyństwo ma zawsze ludzką twarz? Dlaczego czyni je ona tak nieludzkim?” (s. 83).
Dużo by można jeszcze o „Comedia infantil” napisać. Widać w niej fascynację Mankella Afryką (pisarz ponoć mieszka na przemian w Szwecji i Mozambiku). W tej powieści wyraźnie jest zderzenie tradycji afrykańskich plemion z cywilizacją. Wiara w duchy, spokój, prostota i szlachetność, rodzina – te wartości rdzennych mieszkańców Mozambiku zderzają się z miejskim zgiełkiem, przestępstwami, pogonią za pieniędzmi, niesprawiedliwością społeczną, tragedią niewinnych i bezbronnych osób. Taki kraj zobaczył Henning Mankell w trakcie swojego pobytu w afrykańskim kraju? Takie tragiczne historie usłyszał? Czy uznał, że – podobnie jak powieściowy piekarz – musi o nich opowiedzieć? Warto  jego opowieści wysłuchać.


Henning Mankell, Comedia infantil, przeł. Anna Topczewska, Wyd. W.A.B., Warszawa 2008.


Reggae, reggae radioooooo

W piątek wystąpił w TCK zespół Maleo Reggae Rockers. Chociaż nigdy nie fascynowała mnie muzyka reggae,  postanowiłem wybrać się na koncert. W końcu nie za często pojawia się u nas jakiś bardziej znany i powszechnie ceniony zespół.
Przed koncertem zapoznałem się z utworami z nowej płyty Maleo Reggae Rockers, zatytułowanej „Addis Abeba”. Mimo że już wcześniej słyszałem niektóre piosenki tego zespołu oraz wywiady z wokalistą Dariuszem Melajonkiem, to po przesłuchaniu nowego krążka grupy byłem pozytywnie zaskoczony.
Addis Abeba to bogata płyta. Bogata to dobre słowo, określające zarówno muzykę, jak i słowa; dobrane trochę intuicyjnie. Nie odważę się napisać porządnej recenzji płyty, brak mi do tego chociażby wiedzy teoretycznej. Podoba mi się jednak pozytywna energia jaka płynie z muzyki Maleo, to, że ich płyta nie nudzi się po kilkakrotnym przesłuchaniu oraz że chrześcijańskie (a zarazem uniwersalne) przesłanie, które zawarte jest w tekstach, nie jest nachalne i nikogo nie powinno drażnić. I tak chyba jest. Przejrzałem różne strony internetowe i nie spotkałem się z negatywnymi czy złośliwymi komentarzami na temat  płyty „Addis Abeba”. Pomyślałbym, że to wina małego zainteresowania tym zespołem, ale przecież nowy krążek Maleo Reggae Rockers jest przez wielu uważany za najlepszą płytę reggae zeszłego roku, a sam zespół uchodzi za prekursorów reggae w Polsce.
A jeśli chodzi o sam koncert, to, moim zdaniem, był udany.  Zawsze się zastanawiam, czy zespół, grając dla niewielkiej grupy ludzi – mówiąc kolokwialnie – nie oleje sobie koncertu. Na szczęście Maleo Reggae Rockers, na ile to mogę stwierdzić, wykazali się profesjonalizmem. Wśród publiczności przeważała młodzież w wieku gimnazjalnym, która już przy pierwszym utworze wybiegła ze swoich miejsc i bawiła się pod sceną.
Zastanawiam się, dlaczego przyszło tak mało osób. Małe zainteresowanie tego typu muzyką? Na większość innych wydarzeń kulturalnych też nie przychodzi za dużo ludzi. Powodem tego jest brak informacji? Brak zainteresowania kulturą w ogóle? Lenistwo? Brak czasu i pieniędzy? W to ostanie trudno uwierzyć. Lokale w centrum miasta nie świecą pustkami.

Zorganizowanie koncertu Maleo Reggae Rockers w środku zimy to był dobry pomysł. Gorące jamajskie rytmy potrafią rozgrzać... Bo zima trzymaaaaaa…









Dalej o książkach... "Chłopak z Birmy"

Biyi Bandele, nigeryjski pisarz, mieszkający od 1990 roku w Londynie, przenosi nas w swojej książce do roku 1944. Czternastoletni Nigeryjczyk, Ali Banan, ukrywając  swój wiek, za swoimi starszymi kolegami zgłasza się do wojska. Odbywa szkolenie w Bombaju, a następnie – nie bez przeszkód – trafia do Birmy, do jednostki czinditów.  Czindici była to specjalna jednostka (składająca się z Nigeryjczyków, Brytyjczyków, Gurkhów), stworzona przez generała Orde Charles Wingate’a  do partyzanckich działań na tyłach wojsk japońskich okupujących Birmę.
Naiwny Banan trafia do kraju, w którym króluje śmierć pod postacią upałów, japońskich snajperów, tropikalnych chorób. Uczucie podniecenia u nowo przybyłych do Birmy żołnierzy szybko znika pod paraliżującym strachem. Śmierć wrogów nie robi na małym bohaterze jeszcze takiego wrażenia. Co innego śmierć najbliższych towarzyszy.  Nikt z tej wojny nie wróci takim, jakim był przed wyjazdem: „Podczas trwającego sekundy nalotu z wysokości czubków drzew zera zdołały zabić tylko dwóch ludzi i trzy muły, okaleczyć paru żołnierzy, paru innych tak nastraszyć, że zapragnęli ukryć się z powrotem w macicach matek […]; jeszcze innym zera odebrały ochotę do oglądania wszelkich wojen, paru zaś ludzi nalot tak rozwścieczył, że dla nich istnienie – może nieświadomie – sprowadzało się już tylko do tego, żeby zabijać lub dać się przy tym zabić” (s. 130-131).  Walka jest dla nich tym cięższa, im mniej się widzi w niej sensu. Co mógł z tej wojny rozumieć nastoletni Banan? „Był żołnierzem piechoty walczącym w jakiejś niesamowitej wojnie, której nawet dobrze nie rozumiał. Nie wiedział, po co król Jerzy toczy wojnę w Birmie, tak Dalego od Angli” (s. 177).
„Chłopak z Birmy” to dobra książka. Sprawnie napisana, z interesującym bohaterem (jeśli mielibyśmy mówić o jakiejś oryginalności, to byłaby ona w dużej mierze zasługą właśnie postaci czternastoletniego żołnierza). Zwraca uwagę też humor, raz lekki (choćby zabawne nazwisko bohatera) , innym razem ciężki, podkreślający okropność wojny, jak choćby w tym fragmencie: „Dendźa uważał za świństwo ze strony Japończyków, że tak tłumnie dali się pozabijać akurat w Bagnie. Dendźa z utęsknieniem czekał na codzienną kąpiel, jedyny luksus, na jaki może liczyć w White City, a teraz tę niewymyślną w końcu przyjemność odebrały mu wzdęte trupy. To po prostu nieładnie” (s. 140).
„Chłopak z Birmy” nie jest książką, która może pełnić rolę środka przeciwbólowego, ale nie jest to też tekst, który jakoś szczególnie nami wstrząsa (ile razy to już czytaliśmy o okrucieństwach wojny? ). To raczej przypomnienie tych niezwykłych jednostek czinditów i hołd złożony ich bohaterstwu, a w tym hołd złożony ojcu pisarza, który uczestniczył w kampanii birmańskiej.


Biyi Bandele, Chłopak z Birmy, przeł. W. Brydak, wyd. Rebis, Poznań 2009.


"Wroniec"

Dostałem niedawno książkę Jacka Dukaja  pt. „Wroniec”. Dawno już nie odczuwałem takiej przyjemności z trzymania, czytania i oglądania jakiejś książki. Jeden z najwybitniejszych polskich młodych pisarzy wraz z ilustratorem Jakubem Jabłońskim stworzyli niezwykłą baśń o stanie wojennym.
Akcja książki rozgrywa się pewnej zimy, gdy „brzydcy panowie zastąpili w telewizji także niedzielną bajkę” (s.10) i „zamknięto szkoły, a nawet niektóre przedszkola” (s.11).
Mały Adaś mieszkał z rodzicami, siostrzyczką, babcią i wujkiem. Pewnej nocy Adasia obudziły hałasy.
W pokoju rodziców zobaczył wielkiego Wrońca, który ranił jego matkę, a później porwał ojca.  Chłopca uratował sąsiad, pan Jan. Mama Adasia trafiła do szpitala, a babcia i siostra do komisariatu MOMO.
Mały bohater postanowił uratować swoich bliskich. Nie było to jednak łatwe zadanie. Nad miastem unosiła się Wieża Wrońca. Po niebie latały jego sługi: Kruki i Puchacze. Po mieście chodzili Milipanci, Wojacy-Wroniacy, Bubecy, Podwójni Agenci, Tajniaki, a co rusz można było dostrzec ostre ostrze Szpicla. Ludzie stawali się coraz bardziej szarzy, musieli uciekać przed GAZ-em, znikać z ulic przed Godziną Kruka. Ale Adaś mógł liczyć na pomoc pana Jana, Księdza, panów Opornego, Oporniejszego, Najoporniejszego i wąsatego pana Najnajnajoporniejszego („Pan Najnajnajoporniejszy mógł być tylko Elektrykiem” – s. 180) oraz innych Pozycjonistów.
„Wroniec” ma najważniejsze cechy baśni, takie jak na przykład obecność fantastycznych postaci i zdarzeń, ale  w odróżnieniu od klasycznej baśni książka Dukaja nie jest czystym wytworem wyobraźni, ani nie jest oparta na ludowych podaniach, legendach. To raczej zintelektualizowany (te gry językowe!), przetworzony przez dziecięce oczy obraz wspomnień z wydarzeń końca 1981 roku (Jacek Dukaj urodził się w 1974 roku).
Oprócz samej warstwy językowej na uwagę zasługują jeszcze dwa elementy: wydanie „Wrońca” i całe „zamieszanie” pozaliterackie związane z książką Dukaja.
Wydanie „Wrońca” jest wyjątkowe przede wszystkim dzięki ilustracjom. Jak zaznacza w jednym z wywiadów ich autor, Jakub Jabłoński, Jacek Dukaj chciał, żeby te obrazy nawiązywały do stylistyki PRL-u. Jednak tamta stylistyka (jeśli w ogóle można mówić o stylistyce) była wg ilustratora tak  smutna i straszna, że nie nadawała się na bajkę. Dlatego też w książce znajdziemy trochę przerażające, trochę śmieszne ilustracje, jakby z dziecięcego koszmaru. Przypominają w pewnym stopniu obrazy z filmów Hayao Miyazakiego.
Jak wspominał sam Dukaj w jednym ze swoich felietonów, czytelnik, za odbiorcami filmów i muzyki, coraz częściej otrzymuje książkę z całą oprawą marketingową, ze stosem recenzji i opinii.
W przypadku „Wrońca” ta oprawa jest imponująca, m. in. animacje z książkowymi postaciami, piosenki (których teksty znajdziemy w książce) zaśpiewane przez Kazika Staszewskiego, tapety, wygaszacze ekranu, gra planszowa (większość dostępna na stronie lub ze strony Jacka Dukaja: www.dukaj.com )
Dobrze że ta cała otoczka ma nie tylko walory marketingowe ale także edukacyjne. Premierze książki towarzyszyła akcja edukacyjna „Pamiętaj o 13 grudnia”, mająca na celu „przybliżenie tematyki stanu wojennego za pomocą języka współczesnej kultury”.

A tak na marginesie… Jak grzmiało w zeszłym roku wielu intelektualistów, wiedza młodych ludzi jest na żenującym poziomie. Tomasz Stawiszyński w swoim artykule (Newsweek, 3/2010) pisze, że wiemy niewiele, czytamy jeszcze mniej i w ogóle mało co nas interesuje (ale i tak radzimy sobie w życiu coraz lepiej).  We wczorajszym Dzienniku Zachodnim przeczytałem tekst Katarzyny Piotrowiak o planach MEN dotyczących zmniejszenia wymagań z zakresu wiedzy o historii dla uczniów niezainteresowanych tym przedmiotem.  A może zamiast mniej wymagać od uczniów postarać się przekazywać im tę wiedzę w ciekawszy sposób? Ale to już wymaga pewnego wysiłku i nakładów finansowych, a przede wszystkim chęci…

Jacek Dukaj, Wroniec, Wyd. Literackie, Kraków 2009. 



Marzenia o przyszłości naszego miasta?

Dostałem niedawno e-mail od pana Grzegorza (niestety pan Grzegorz nie napisał, kim jest). Treść wiadomości dotyczyła konkursu organizowanego w Tomaszowie Mazowieckim. Myślę że to ciekawy konkurs, który może zainteresować nie tylko mnie, dlatego poniżej wklejam treść e-maila i załączam regulamin oraz kartę zgłoszenia.

REWITALIZACJA ARTYSTYCZNA
W TOMASZOWIE MAZOWIECKIM
Festiwal Kultury Młodych "TOMOFFAN 2010"
7 - 9 maja 2010 roku

Stowarzyszenie TOMOFFAN, Młodzieżowy Dom Kultury w Tomaszowie
Mazowieckim, grupa www.centrala.org.pl zapraszają młodych i twórczych
ludzi z całej Polski na jedyny w swoim rodzaju festiwal artystyczny,
promujący ich marzenia o przyszłości własnego miasta.

"Życie" przestrzeni miejskiej traktujemy, jako metaforę. Przestrzeń
miejska, jako miejsce w przestrzeni fizycznej gdzie koncentruje się
aktywność człowieka nabiera cech wartości przestrzennej.

Celem festiwalu, jest ukazanie ludzkiej aktywności, która tę odmienność
i wyjątkowość możliwie najlepiej wydobywa.

Zapraszamy młodych ludzi, grupy i organizacje młodzieżowe do twórczej
wypowiedzi w czterech formach artystycznych:

-Film amatorski
-Komiks wszystkie informacje dotyczące konkursu na komiks   dostępne są
na stronie: www.centrala.org.pl
-Fotografia
-Praca plastyczna

wyrażonych wspólnym tematem: "Moje miasto - rewitalizacja przestrzeni"

Szczegóły dotyczące konkursów dostępne na stronie: www.mdk.tomaszow.com

Biuro festiwalu:
MDK w Tomaszowie Mazowiecki
ul. Prezydenta Ignacego Mościckiego 3;
tel.: 044 724 63 34
e-mail: emdek@neostrada.pl
www.mdk.tomaszow.com

Regulaminu i karty zgłoszenia nie udało mi się załączyć, więc jeśli ktoś zainteresowany nie znajdzie ich na stronie organizatorów konkursu, to proszę o kontakt.

strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |  6 |  7 |  8 |  9 |  10 |  11 |