Łączenie klas w szkołach

Jak szeroko informowały media, niedawno rodzice uczniów Szkoły Podstawowej nr 10 nie zostali dopuszczeni do zabrania głosu na sesji Rady Miejskiej, gdzie chcieli wyrazić swoje niezadowolenie z łączenia klas IV-tych. Sam fakt odmowy udzielenia głosu jest oburzający, ale chyba taka postawa Przewodniczącego Rady Miejskiej wielką niespodzianką raczej nie jest (przynajmniej dla każdego, kto trochę zna pana przewodniczącego...). Trudno mi jednak pogodzić się z takim postępowaniem, bo nawet jeśli miasto nie miało zamiaru zmienić decyzji, to należało udzielić głosu mieszkańcom, zwłaszcza, że dopuszczanie do głosu osób spoza rady jest standardową procedurą. No ale cóż…
Przechodząc do meritum sporu - dobrze rozumiem rodziców uczniów SP nr 10, ponieważ moja córka stała się ofiarą takich samych działań w ubiegłym roku w SP nr 3, gdzie z czterech klas trzecich utworzono trzy czwarte (była to oczywiście decyzja miasta, a nie szkoły). Tak samo mieliśmy wówczas do czynienia z brakiem chęci dialogu ze strony miasta, w szczególności z ironicznymi wypowiedziami pani wiceburmistrz, która oznajmiała, że rodzice od początku powinni liczyć się z takimi działaniami urzędu miejskiego...
Ale dlaczego...? Czy Tarnowskie Góry są naprawdę aż w tak złej sytuacji, znacznie gorszej niż prezentuje to oficjalna propaganda, że muszą oszczędzać na dzieciach? Kilka lat temu parlament wprowadził maksymalną liczbę 25 dzieci w klasach 1-3; nie wprowadziliśmy tego zapisu w odniesieniu do klasach wyższych, głównie dlatego, że nikt nie przypuszczał, że samorządy wykorzystają brak takich regulacji i będą tworzyć liczne klasy czwarte. Jest to praktyka bardzo rzadko stosowana. Nie robią tego ani gminy małe, z dużo gorszym budżetem niż tarnogórski, ani duże miasta. Tarnowskie Góry są niechlubnym wyjątkiem.
Efekt w szkole mojej córki był taki, że powstały duże, ponad trzydziestoosobowe klasy, z bardzo dużym przedziałem wiekowym - bo różnica pomiędzy dziećmi przekraczała dwa lata. Oczywiście dzieciaki, które poszły do szkoły jako 6-latki nadal miały lepsze wyniki, gdyż zaczęły edukację w optymalnym dla siebie wieku, ale pojawiło się wiele negatywnych czynników. Zostały rozbite więzi, które tworzyły się w klasie przez trzy lata, dzieci skarżyły się na hałas w klasie podczas lekcji itp.
Koniec końców już w marcu podjęliśmy z żoną decyzję, że przenosimy naszą córkę do szkoły w Nakle Śląskim. Jesteśmy zadowoleni z tej decyzji (podobnie jak córka), mimo oczywistych utrudnień związanych z codziennym jej dowożeniem.
Powtórzę raz jeszcze pytanie: czy sytuacja w mieście jest naprawdę tak zła, że trzeba oszczędzać na oświacie? Czy też bardziej chodzi tu o udowodnienie czegoś przez urząd miejski (piszę to pamiętając koszmarne zachowanie pani wiceburmistrz, gdy z budżetu państwa gminy zaczęły dostawać środki na zajęcia dodatkowe w przedszkolach, a ona była z tego niezadowolona) ? Mocno wątpię też w wyliczenia miasta, wg których każda klasa to koszt 110 tys. rocznie (nawet jeśli, nie jest to jakaś wielka kwota). Przecież jeśli w klasie V tygodniowo dzieci mają 29 lekcji, jest to 1,5 etatu nauczyciela. Skąd więc 110 tysięcy ?!?!?