Przedwyborczy margines - na co mamy szanse?

Trudno nie odnieść wrażenia, że od pewnego czasu czołowi polscy politycy nagle odzyskali pamięć i przypomnieli sobie o Śląsku, o istnieniu krainy: „Nigdzie nigdzie”.
Ponoc to tu, w opinii przedwyborczych specjalistów z TV, ma przebiec oś rozgrywki – decydujące starcie o rząd dusz, „batalia”, „bitwa” (wojenna nomenklatura była i jest w Polsce jedynym obowiązującym językiem. Amerykańskie sportowe kalki takie jak np: „wyścig do białego domu” nie mają tutaj racji bytu i kulturowego uzasadnienia.) a także intratne posady oficjeli (głównych beneficjentów tego starcia).
Czy zatem dzięki tej „frontowej lokalizacji” (jakkolwiek określic położenie tzw:”szarych obywateli”) staniemy się wreszcie beneficjantami demokracji i naszych wiernych obywatelskich postaw? … patrząc w przeszłośc trudno podsycać w sobie tę nadzieję. Raczej należy pragmatycznie wyzbyc się złudzeń i zaufac dobrze znanej maksymie: „Chcesz liczyc - licz na siebie”. Więc myślę, że nic chyba nie będzie w tym nieprzyzwoitego gdybym przed wyborami dokonał prostej kalkulacji: co ja z tego całego cyrku mogę otrzymać dla siebie? Jaki ochłap ma realna szansę spaść w moim kierunku z „pańskiego stołu”?

Cóż jeśli moje myślenie może wydac się nieco egotyczne? Trzeba jednak pamiętać, że tuż po wyborach obietnice zwykły uciekać w niepamięć. Dlatego postawy egotyczne jak najbardziej mogą mieć swoje realne uzasadnienie.

Co więc ma szanse spłynąć do mnie z wielkich budżetów i równie ogromnych perspektyw rozwoju gospodarczego Polski, Europy i Świata. Co może spaść tutaj – w te małe miejsce na ziemi gdzie właśnie stoję ja, moja rodzina i szorstki kundel Burek (czy kto co tam ma innego)? Co może spaś jeszcze (prócz pierwszego śniegu) na margines tego małego świata?