Wigilia

...a więc dąb, akacja, brzoza, jabłoń, grab i buk, które trzeba spalić razem ze sobą w wigilię, żeby nominować terytorium hrabstwa dwóch wąskich okien – biforium chwilowej niepewności; mgnienia w oku, wstydu i zawahania. Fali brzóz z północnego lasu – miejsca naszych najdalszych wędrówek, wszystkich najszczęśliwszych wietrznych dni zagajnika. Jabłoni z sadu, którego nie zdołaliśmy ocalić, żeby stał się nasz (i stał się nasz). Twardych akcji wzdłuż traktu jaki łączy domy rodzinne i miasta. Buków z najwyższego widocznego stąd wzgórza i grabów, które sączyły wodę z cmentarza. To wszystko.

*

Słońce chowa się za bryłą parterowego domu w momencie górowania, w płaskie dni grudnia. Jego bryła staje się wówczas potężna i czuć od niej emanację chłodu - przedpole mchów, porostów, kamieni przebywających w cieniu wszechmocnego - ich ciało zostaje wyniesione ponad potęgę. Bezwzględne jak trudna pamięć o miejscach, o naszych bliskich - nie naszych - widać to w snach, kiedy przychodzą i zamiast usiąść przy stole siadają za stołem, jakby wycięci z kartonu – martwi równo wzdłuż swoich dawnych konturów. Tacy należą nie do nas.
Na początku przecież były dzieci, ale szybko przekonały się, że bardziej należą do świata. Dlatego trzeba podejrzewać, że i my musimy przy nich mimowolnie upodabniać się do pejzażu. Upodobnić się do pejzażu musi znaczyć nie mniej nie więcej tylko właśnie zostać rodzicem. Pochylić się w zarys sylwetki nad stołem, przy stole, za stołem albo zostać zauważonym jak ślady w śniegu za furtką w kierunku lasu. To proste – to brak konieczności bycia, brak małoistotnych obowiązków.