co na ziemi dla UNESCO?

Nawet o tej porze roku…, a może przede wszystkim teraz, kiedy spłowiałe źdźbła (ukiszone pod płytkim śniegiem łany wysokich traw) opinają wszystko z dużą dokładnością, są śmiertelnie obcisłe; anorektyczne – taki czas sprzyja surowemu spojrzeniu, które z łatwością przenika i natrafia na samą tylko konstrukcję; na przemyślany koncept albo na odcisk fanaberii (koleinę po krzywym kole kultury).
Przedwiośnie, bo chyba coraz śmielej można orzekać o tym, że tego roku nadeszło wcześniej, to chwila kiedy odosobniona myśl zimy zaczyna wolno rozszczepiać się w towarzyski charakter ciepłego powietrza. Coraz częstsze spotkania; niby przypadkowe uliczne pogaduszki oraz rosnąca liczba przekąsek i płynów spożywanych na świeżym powietrzu (doprawdy w tych przelotnych miejskich spotkaniach niewiele w istocie jest z przypadku).
Właśnie czas przeistoczenia dzikiej i odosobnionej analizy w gwarną i głodną afiliacji pobieżność, niedbałość, niedokładność, które to wszystkie jako takie pozwalają na spojrzenie zdolne pomieścić całą wielość i różnorodność (przymioty pozbawione precyzji) – brak rozsądku zdaje się być koniecznym atrybutem dla polifonii zmysłowego doznawania świata.
Teraz właśnie przychodzą dawno już niewidziani ludzie oraz zapachy dla których zimne powietrze nigdy nie bywa przychylnym mediatorem.
Ten świat odsłonięty, pokryty tylko przeźroczystą skórą jaką na skroniach mają wątłe dzieci, ten świat znajdujemy na pograniczu miasta – miasta, które kończy się polem od południa, miejsca uosobienia krótkiej pory roku i myśli. Nigdy nie wierzyłem bardziej niż teraz, że przestrzeń miewa swoje apogea, swoje święta, że odkąd dotknął ją człowiek tak mocno uczestniczy w jego rytuale czasu.

Tę przestrzeń na południe od miasta tutaj dzieli w pół ulica Gliwicka. Po jej zachodniej stronie pole faluje łagodnie, obszernie – uspokaja. Podzielone jest na ojczyste kwartały - krzyżujące się drogi wyznaczają prawo do wędrówek, prawo pierwsze i starsze niż miedza.
Krzyż daje się obserwować z oddalenia, z okalających go gładkich wzniesień (kiedyś stała nad nim jabłoń). Kilka subtelnych zagajników wyraźnie odciętych od pola, dalej ściana niezmierzonego lasu. W przeważającej mierze buki oraz dęby o nie tutejszej ciemnej karnacji i rosłej sylwetce. Zapewne obce drzewa zostały introdukowane tu tylko po to by zapewnić tęsknotę za podróżą. Z oddalenia zapadają się w głąb wody, sadzawki – tak jakby zawsze były w wilgotnym powietrzu i mgle nostalgii – to przestrzeń dworska, przestrzeń najlepsza dla ucieczki i polowań.
Druga część – wschodnia (na przeciwległym brzegu ulicy Gliwickiej) – rozpoczyna się ulicą Szczęść Boże, która ciasno zmieliła wokół siebie domy i posesje. To osiedle jest prawie reprezentatywne dla przedmieścia – szare chałupy, wokół których gospodarstwa stopniowo traciły na znaczeniu, aż rozparcelowano je pod nowych ludzi i ich jaskrawą zabudowę oraz aspiracje. Coraz tu ciaśniej i ciaśniej, aż ta ewolucyjna segmentacja musiała w końcu zaowocować krótkimi seriami deweloperskich szeregowców (często brzydkich jak noc, jakby proces rozdrabniania gruntu obrócił się przeciwko człowiekowi i temu o co walczył). Potem znowu zaczyna się pole, ale zupełnie inne niż po drugiej stronie asymetrii. Tutaj z kolei szybka amplituda fałdowania, doły i zapadliska i kanał melioracyjny, który zastępuje drogę. Przypomina to trochę pejzaż angielski, to odczucie wzmaga niepokojąca obecność domu na wzgórzu – płaskiego monumentu surowości wobec karłowatych krzewów głogu. Wszystko jest w jakiś sposób karłowate i mniejsze – może po prostu częstsze (nadnaturalnie nagromadzone w pierwotnym stanie pustki jaką powinno być pole). Dlatego nie wychodzimy tutaj na otwartą przestrzeń ale raczej czujemy się jak w pomieszczeniu (wchodzimy do „otwartej przestrzeni”, gdzie słowo: „otwartej” staje się rodzajem reliktu; artefaktu, a nie znaczenia) – to przestrzeń głęboko dotknięta ręką człowieka, który ją tworzył – przestrzeń podporządkowana jego wczesnemu przemysłowi, kiedy nie mógł jeszcze antycypować wszystkich konsekwencji i następstw swojego działania – mikro pestka; moment zarania śląskiego pejzażu. O ileż bardziej musiał poruszać się po omacku ten człowiek? Jak mocno kierował nim tylko doraźny pragmatyzm i instynkt przetrwania? Z jak silną nadzieją dążył do spełnienia swoich ambicji i założeń?