Generał Ziętek otwiera kampanię samorządową

Przed kilkoma tygodniami w moje ręce wpadł jeden z numerów lokalnie wydawanego tygodnika. Autor artykułu, na pierwszej stronie opisywał postać świętej pamięci generała Jerzego Ziętka. Był to rodzaj portretu, na który składały się cytowane wypowiedzi kilku lokalnych włodarzy, wszystkie osadzone na szkielecie własnych refleksji piszącego ów tekst dziennikarza. Sylwetka generała widziana weń była niejako "zza płota", oczyma jego sąsiadów. Z tej perspektywy można było dostrzec postać zgarbionego, starszego człowieka poruszające się z trudem, podpierającego się laską - "dziadka o kryce ". Z tonu dziennikarza emanawał swoisty żal i brak zrozumienia dla krzywdy jaką zadaje się pamięci generała, próbując dostrzec w nim także, czy raczej przede wszystkim, wysoko postawionego funkcjonariusza aparatu PRL.
Zabieg zderzenia ze sobą tych dwóch porządków - tego co lokalne, sąsiedzkie, z tym co narodowe, z tym co dyktuje narracja ośrodków podobnych do IPN, kreuje linię sporu - granicę, wobec której czytelnik musi opowiedzieć się po jakiej stronie barykady staje - to coś jak zbiorowy sąd (samosąd)nad wizerunkiem generała.
A więc po jednej stronie mamy postać, która jest członkiem Komitetu Centralnego PZPR, Zastępcą Przewodniczącego Rady Państwa w latach 1980 - 1985, z drugiej zaś "naszego Jorga", twórcę Górnośląskiego Centrum Rehabilitacji, sąsiada, a my czytelnicy pomiędzy tymi dwiema postaciami generałów musimy teraz zdecydować - czy okażemy się bardziej ludzcy, czy bardziej formalni, ale bezduszni. Ów wybór jednak, w swej istocie, do złudzenia przypomina wybór jaki stanął przed fredrowskim osiołkiem (z tym wyjątkiem, że tamten otrzymał jednak jakąś konkretną propozycję). Podejrzewam, że następstwa mogą być takie same.
Chcę tutaj pominąć fakt, że próba konfrontacji ze sobą tych dwóch, jakże odrębnych optyk i systemów wartości jest zabiegiem raczej odważnym, a w logice móglby zostać uznana jako błąd, a przynajmniej brak konsekwencji. Dzieli je głęboka różnica aksjologiczna - upraszczjąc - to dwa odrębne światy, podlegające zupełnie innym ocenom. Jednakże rzeczywistość zwykła wymykać się laboratoryjnym prawidłom profesjonalnego myślenia, a znana maksyma głosi, że w "polityce nie ma rzeczy niemożliwych" - wobec tego Arystoteles musi pozostawać człowiekiem bezradnym.
Zatem raz jeszcze: moim zdaniem zbliżająca się milowymi krokami kampania samorządowa swoją linię frontu będzie rozpościerać właśnie na tej osi - na zderzeniu tego co stanowi lokalną, sąsiedzką opowieść, z tym co stanowi "wielką" narrację historyczną. I oczywiście nie chodzi tutaj o postać generała, która w tej grze traktowana jest jak kukła.
Jestem przekonany, że w ustach kandydatów na urzędy pojawią się dużo częściej niz zwykle regionalizmy typu: "U nos", "Po noszemu", "Chop robotny, ze stąd" abo "Naszo gryfno frelko ". Nie dajmy się jednak zwieść temu anturarzowi - to nie będzie bynajmniej deklaracja uczciwej pracy u podstaw (jak mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka), ale pełnokontaktowa wojna ideowa (oczywiście głównie na własny użytek).

...swoją drogą i już zupełnie na marginesie - Kiedy przyglądam się popiersiu generała w Gornośląskim Centrum Rehabilitacji, które jest szpitalem jego imienia, zawsze przeżywam coś w rodzaju dysonansu poznawczego - pytam sam siebie: Jak to? Szpital im generała? A nie na przykład znanego lekarza, wynalazcy szczepionki albo jakiejś penicyliny? Zadaję sobie to pytanie, ale też niespecjalnie się przy tym obruszam. Raczej po prostu puszczam je mimo uszu i idę w swoją stronę spokojnie. Jednak gdyby wyobrazić sobie analogiczną sytuację, podczas wycieczki w którymś z miast byłego Związku Radzieckiego - dajmy na to np: "Szpital Kliniczny im.gen. Fiodora Aleksjejewicza", kiedy zostalibyśmy oderwani od własnego kontekstu lokalności, to wówczas, mimowolnie mogłaby narodzić się w człowieku niewybredna konstatacja typu: "Te Ruskie to są jednak cepy".
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Bynajmniej nie staram się tu wnioskować o zmianę patrona GCR-U. Chodzi mi raczej o to, żeby zamanifestować swoje zdumienie jak mocno tkankę naszego myślenia, postrzegania, języka przerosła postsowiecka doktryna i bardzo na co dzień nie zdajemy sobie sprawy. Żyjemy w przeświadczeniu, że okrucieństwa komunizmu nie dotknęły nas zbyt głęboko, że udało nam się "ich przechytrzyć", że ukryliśmy sìę bezpiecznie w "najweselszym baraku " byłego obozu, ale to nie jest prawda. W tym czasie kłamstwo stało się naszą naturą - kłamstwo określa naszą tożsamość, nieodwracalnie zrosło się z nami - jest w nas i jest nami. Nosimy w sobie szereg przeświadczeń wyniesionych z podręczników i książek pisanych ręką systemu. Często drzemie one w nas zupełnie nieużywane i takie są jeszcze bardziej niebezpieczne, bo w ukryciu nie są poddawane żadnej weryfikacji.
Taki też jest ten portret generała. Jego mechanizm jakim się karmi przypomina mi sytuację, kiedy w niewielkiej społeczności nagle wychodzi na jaw, że dobrodziej, człowiek poważany, ksiądz kanonik molestował seksualnie nieletnią. "To niemożliwe " - powtarzają wówczas wszyscy we wsi. "To musi być klamstwo" - próbują oczyścić siebie i jego z winy.
Trzeba pamiętać zawsze, że "beczkę soli zjesz a na człowieku się nie poznasz". Jednak nie należy pozbywać się z pamięci także faktu, że Gornośląskie Centrum Rehabilitacji powstało na zgliszczach podpalonego domu, że chorzowski Ogród Zoologiczny otwiera brama wyszabrowana z dogasającego pałacu - wyrwana z wrót czyjegoś domu, że kiedy generał dzieli władzę jego partyjni pobratyńcy deportują do Izraela resztki przeżyłej Holokaust ludności polskiej pochodzenia żydowskiego, a na "łączce "na Cmentarzu Powązkowskim potajemnie grzebane są zwłoki mordowanych w piwnicach żołnierzy Armii Krajowej. Tak, nasz świat został zbudowany na zgliszczach i zbyt wielu stało się ofiarą pod jego podwaliny. Jest zbyt drogi, przepłacony. Nie powinniśmy się wyrzekać tej prawdy.