Spotkanie z przedszkolakami

Przedszkolaki poznają obecnie różne nietypowe zawody. Również i takie, których nazwy od niedawna mają żeńską formę. Tak jest m.in. z kucharzem czy pisarzem. Pani wychowawczyni grupy, do której uczęszcza dziecię zaprosiła mnie abym opowiedziała dzieciom jak powstaje książka, a innym razem abym poczytała chwilę dzieciom zgodnie z akcją: Cała Polska czyta dzieciom. Przy tej okazji wyszło, że nadal wiele nazw nie ma żeńskiej formy. Oczywiście dla dzieci w tym wieku jest to na razie trudne do zrozumienia tym niemniej gdy wychowawczyni powiedziała: - To jest nasz gość - zrozumiałam, że nie ma żeńskiej formy tego określenia. No bo jak? To jest nasza gościówa? Albo też: gościna? Z pisarzami czy literatami jest podobnie. Niby są pisarki ale jest związek pisarzy albo literatów. Literatka kojarzy się raczej z czymś wesołym i wysoko procentowym. Gdyby tak poszukać to zapewne okazałoby się, że to literaci odkryli urok w/w małej szklaneczki. Wracając jednak do dzisiejszego spotkania z dziećmi to muszę się przyznać, że przygotowywałam się dokładniej do niego niż do spotkań z dorosłymi. Dzieci są bardziej ciekawe i dociekliwe i od razu zadają pytania na interesujące je tematy. Należy im też bardzo szczegółowo odpowiadać. Wychowawczyni już wcześniej zasugerowała mi aby np. pokazać jak robi się korektę, więc przyniosłam kopię drugiej korekty Opowiadań. Dzieci otrzymały po jednej kartce i bardzo chętnie i z zaangażowaniem przeglądały gdzie były zaznaczone poprawki i dokładnie te miejsca zakreślały. Ciekawiło je jak się składa książkę ale też wyjaśniłam im, że obenie tekst danej książki wypala się na płytce i przekazuje do drukarni, w której też pracuje się na komputerach. Doszliśmy nawet do czasów, w których książki składało się ręcznie, szyło i przygotowywało okładki nawet drewniane z tak zwaną benedyktyńską cierpliwością. Oczywiście przede wszystkim pisało się piórem. Aby taka książka pięknie wyglądała pisano kaligraficznie. Dzieci interesowały się nawet skąd bierze się papier. Kilkoro zadeklarowało się też, że zostaną pisarzami. Poleciłam im więc portal bajkopisarzy ( dlaczego nie bajkopisarki?) )gdzie przy pomocy rodziców mogą stworzyć swoją pierwszą bajkę, a późnie zobaczyć ją w internecie, a nawet kupić. Oczywiście pochwaliłam się dzieciom końcowym efektem czyli książka w księgarni, a na koncie bankowym przelew za sprzedane egzemplarze ( w moim przypadku na razie z poprzedniego wydawnictwa). Nic dzisiaj nie obywa się bez reklamy toteż odczytałam dzieciom związany z tym e-mail, który otrzymałam z wydawnictwa informujący mnie dokąd wysłali ksiąźki z prośbą o reklamę czyli napisanie o książce lub opowiedzenie o niej na antenie radia. Na marginiesie dodam, że ze swej strony też "pukam" o reklamę w dzienniku i radiu.
Dla mnie to spotkanie było wielką przygodą bo mogłam podpatrzeć zachowanie i reakcje sześcioletnich dzieci. Na koniec otrzymałam z małych rączek przedszkolaków śliczny bukiecik kawiatków w wiosenych kolorach zrobionych z kolorowego papieru krepowego. Dzieci są szczere więc powiedziały mi, że to pani zrobiła te kwiatki. Już stoją w wazoniku.


Koncert dla kobiet

W Tarnowskich Górach znów zaśpiewał i zatańczył "Śląsk". Tym razem dla kobiet ale również dzięki zakładowi Intergaz. Właściwie to dzięki prezesowi tego zakładu p. Zygmuntowi Trąbie, co potwierdził sam Burmistrz witając wspaniały Zespół jak i panie. Jestem pod wrażeniem występu "Śląska". Po pierwszej części wykonanej przepięknie zostaliśmy zaskoczeni całkiem innym programem w drugiej części. Przydał się łyk szampana aby we wspaniałym nastroju przejśc do części, w której były wykonywane wielkie standardy muzyki światowej. Gdy popłynęła muzyka filmowa z Nocy i Dni, a z nią w tańcu panowie i eleganckie panie dziecię wstało i zawołało: - łał! Takie to było dla niej niespodziewane i piękne. Podziwialiśmy też piekny taniec do przeboju Bregowicia ( piszę fonetycznie). Oraz między innymi przepięknie zaśpiewane arie operetkowe przez trzech tenorów ze "Śląska". Uważam, że inni tenorzy mogą im pozazdrościć brzmienia i czystości głosów ( zastanawiam się czy to nie jest takie troszkę chałturzenie przez taki Zespół, bo można popaść w manierę ale dzięki temu mogliśmy podziwiać i słyszeć jak wielkie są możliwości artystów). Cały późny wieczór brzmią mi w uszach słowa: wielka sława to żart, książę błazna jest wart, złoto toczy się w krąg ...( Baron cygański. J.Strauus) albo nawet Berliner luft, spiewany przez cały zespół. Było cudnie. Na koniec abyśmy my kobiety poczuły się wybrankami losu każdej wręczono kwiat czerwonej, wręcz karminowej, róży. Będzie więc co wspominać.


Olimpiada i malkontenci

Mamy, my czyli nasz kraj, sześć medali olimpijskich, w tym wspaniałe ale w wielkim wysiłku zdobyte złoto i nieoczekiwany brąz panczenistek. Sport nawet taki skomercjalizowany niesie wiele pozytywnych emocji i niespodzianek. Taki jest właśnie i na szczęście, sport. Piszę tak bo ciągle słychać o tym, że jak zawodnicy/czki nie potrafią to niech nie jadą bo trwoni się na nich niepotrzebnie pieniądze. Uważam tak i zapewne mam rację ( mój mąż biegał), że zawodnicy aby popjechać na Olimpiadę muszą zdobyć wcześniej wyniki dające im szansę pokazania się ( czyt. walki o jak najlepsze miejsca) na Olimpiadzie. Według niektórych osób, to z naszych zawodników powinni pojechać tylko Kowalczyk i Małysz. Wyobraźmy sobie taką karykaturalną imprezę, w której biorą udział tylko Ci, którzy mają zaklepane medale. Nic nie ujmując naszym mistrzom, jestem pełna podziwu dla harówy naszej złotej olimpijki. W dodatku biega bez wspomagania bo nie choruje na astmę. Ciekawi mnie to, muszę się przyznać jak to jest z tą astmą u zawodników. Sama choruję na astmę nabytą ( z innej choroby żle leczonej inaczej nierozpoznanej prawidłowo), chwała Bogu, że dość łagodną bo jestem dobrze podleczona ale wiem co to jest astma. Nie jestem z tego powodu rencistką bo tak też się nie czuję. Ciekawi mnie jednak co lekarze na to mówią, ale tacy, którzy sami chorują i mogą to odczuć na sobie. Wydaje mi się, że jeśli zawodnik z jakiegoś powodu choruje to może zostać trenerem, działaczem sportowym, a nie szkodzić swojemu zdrowiu. Oczywiście piszę to z pozycji całkowitej dyletantki sportowej. Wiem tylk, że chory na astmę przy takim wysiłku musiałby wziąć dużo większą ilość dawek leków. Oczywiście, że moim największym wyczynem były marszobiegi w harcerstwie, kilka pielgrzymek i biegi na wuefie na studiach ze stadionu w okolicach Studenckiego Miasteczka na Kopiec Kościuszki i z powrotem (koszmar). Wysiłek jaki dają z siebie zawodnicy znam z opowiadań męża. Jest lepszy jednak niż podnoszenie kufla piwa. Wszystkie dyscypliny sportu należy więc propagować, a najlepszą kazją jest właśnie Olimpiada, która daje nadzieje, tym którzy zamierzają dopiero trenować którąś z dyscyplin sportowych na to, że kiedyś i oni mogą pojechać na Olimpiadę i walczyć o jak najlepsze miejsca. Uszczknąć sporo piłkarzom, a dać na zaplecze do treningów dla innych sportowców. Na koniec taka nasza domowa anegdotka: - mamusiu, a ta pani co tak mocno biegła to dostanie medal, tak? - pyta dzięcię patrzące wyjątkowo na tv na koniec ferii. - Tak. - Tak na leżąco? - Nie gdy wstanie. - Ja bym też tak chciała ale jeszcze bym chciała czekoladkę. - Też byś dostała - po tych słowach pokazują "naszą Justynę" jak z uśmiechem wcina batonik. - O widzisz dostałabyś. - Tu chodzi o bilans energetyczny - wtrąca trochę obrażony mąż, bo nie wypytujemy się go o szczegóły.
Na koniec prawie ad rem: kupiłam sobie nową klawiaturę przystosowaną do długiego pisania, taką podzieloną i falowaną. Na razie nie potrafię na niej pisać a jedynie wyszukuję litery aby coś poskładać. Facet w sklepie się mnie pyta: - potrzebna pani do długiego pisania bo pani księgowa? - Nie. - A to bilans pani pisze?



www.rostkowska.art.pl

Moja strona prywatna już działa, na razie najlepiej wyszukuje ją netsprin WP. Portal Tarnogórski dodał też baner do strony na mój blog, a ja wreszcie napisałam kilka, no może kilkanaście zdań o Segiecie, który jest widoczny w tle na mojej stronie. Infrmacja o dzisiejszym Rezerwacie Segiet też będzie dodana do mojej strony gdyż to w Portalu TG zamówiłam tą usługę. Dzięki temu mam bardzo ułatwiony początek pracy na stronie. Jako ciekawostkę dodam tutaj, że zgodnie z zachowanym dokumentem z 1900 roku jednej z moich prababek to zamieszkiwała ona w tym czasie w Segiecie.
Odezwało się też Wydawnictwo LSW, które wreszcie dodało moją książkę do ich sklepu internetowego. Zapowiadają też jeszcze promocję przez kilka czasopism i w kilku radiach. Cieszy mnie to bardzo. Ja natomiast poinformowałam ich, że skontaktowałam się z naszym Gwarkiem, który w tym tygodniu napisał o wydaniu sagi przez LSW. Wydaje mi się, że Pani redaktor ujęła całą rzecz bardzo trafnie chociaż uważam, że jest to kobieca saga ale nie tylko dla kobiet (nie wydaje mi się abym była malkontentką). Mam nadzieję, że napisze też coś o mojej książce Dziennik Zachodni.Co tu dużo mówić, o promocję jest dzisiaj bardzo trudno bo chociaż książka jest sprzedawana przez księgarnie Matras i Hurtownię Azymut to na półkach w księgarniach trudno jest wyłowić daną książkę.
Szkoda, że nasz Urząd Miejski nie był w stanie wysłupłać pieniędzy na choćby kilkanaście książek do bibliotek w mieście i powiecie. Wydawnictwo LSW z własnej inicjatywy wysłało pismo polecające do Burmistrza Miasta ale otrzymało odpowiedź, że Miasto nie ma pieniędzy. No cóż? Dla mnie nie byłyby to wielkie pieniądze, a jedynie uznanie ( odpowiedniego słowa nie potrafię w tej chwili znaleźć). Obiecałam mężowi, że o tym nie napiszę ale nie wytrzymałam. Nie jest to w końcu nic takiego. W każdym razie jestem zadowolona z mojej strony. Będę musiała promować też jakoś moją stronę w sieci. Polecam się więc wszystkim, proszę zaglądać jak najczęściej.


Emocje

W ostatnich wpisach nagderałam się tyle, że zapas złego humoru wyczerpałam na czas dłuższy. Dzisiaj nie zdołało mnie nawet wytrącić z równowagi dziecię, które postanowiło sprawdzić swoją garderobę przed wiosną i wyrzuciło wszystko z szafy na tapczanik po czym wszystko z wielkim wdziękiem skotłowało. Jeszcze pozostało mi trochę do uprzątnięcia. Co prawda po reprymendzie samo zaczęło układać ubranka w szafie ale bardziej to przypominało kulki niż kostki, więc w trosce o swoje samopoczucie zaczęłam jej pomagać. Jutro sprzątnę resztę bo przecież musiałam obejrzeć bieg Justyny Kowalczyk. Dawno tyle nie oglądałam zawodów sportowych ( chyba na ostatniej Olimpiadzie) jak obecnie i dawno nie przeżywałam tyle emocji. Przynajmniej są to dobre emocje i, że tak się wyrażę: wygodne. O wiele przyjemniej jest emocjonować się przed telewizorem niż ciężko pracować tak jak zawdodniczki, które przecież również się emocjonują. W każdym razie cieszę się z medalu naszej zawodniczki tak jakbym to ja go zdobywała. Muszę też przyznać, że dzisiejszy medal ma dla mnie większą wartość niż srebrny gdyż był trudniej zdobyty. Przecież kilkakrotnie w dłuższych odcinkach Justyna Kowalczyk prowadziła w pięknym stylu, a tu te niedobre Norweżki się na nią uwzięły i biegły i biegły ( to są moje myśli). Jest jednak medal. Tak więc podczas tak ważnych występów naszych zawodników już się nie ruszam z miejsca bo wczoraj Sikora był czwarty gdy wyszłam tylko na chwilę, a gdy wróciłam już był siódmy ( sama z siebie się śmieję ale emocje biorą górę). O Adamie Małyszu nic nie piszę gdyż na skoki nigdy bym się nie zdobyła. Co prawda w dzieciństwie budowaliśmy zimą skocznie ale jeżdżąc przede wszystkim na sankach miało się po tych skoczniach jedynie obolałe siedzenie. Poza tym Małysz zawsze potrafi się zebrać w odpowiednim czasie i pokazać klasę, no i medal. Oglądam też i starty innych naszych zawodników, którzy nie zdobywają jeszcze medali ale też pokazują swoje duże umiejętności. Podziwiam ich zwinność, upór w dążeniu do celu i ich wytrenowanie, a przy okazji kanadyjskie krajobrazy. Przy okazji zdobywam różne informacje na temat zimowych dyscyplin sportu, jest to fascynujące.
Z drugiej strony emocjonuję się dodawaniem różnych tesktów i zdjęć do mojej strony www ( przy pomocy p. Markowskiego), której jeszcze w przeglądarkach nie widać ale istnieje. Jako, że na winiecie jest widoczny Segeit (zapomniałam jeszcze zapytać z jakiego okresu czasu), to postanowiłam napisać kilka zdań na ten temat i dołączyć opis do mojej strony. Chyba zrobię to w zakładce Nowości obok anonsu: Nad czym obecnie pracuję. Na razie dodam kilka zdjęć z Segietu i Parku repeckiego do tematu: Śląsk. Zdjęcia te udostępnił mi p. Markowski z programu Harmider. Tak więc emocji sporo, a moja nowela posuwa się zbyt wolno do przodu. W dodatku ogarniają mnie coraz większe wątpliwości co do tematu. Będę jednak musiała wątpliwości wyrzucić bo tylko wtedy mogę mieć jeszcze trochę czasu na inny temat.


O innych draństwach

Jeśli już napisało się a to trzeba by i napisać b.
Tak uważam, że donosiciele i autorzy anonimów to jest kategoria ludzi zawistnych. Nie piszę tutaj o zgłoszeniu czegoś np. wypadku, kradzieży, bójki itd., itd... , czyli czegoś co powoduje lub może spowodować uszczerbek na zdrowiu i meniu.
Są jeszcze ludzie zajmujący się np. grzebaniem w cudzych listach.Na początku mojej przygody z tym blogiem pisałam, że chyba zdominuje go temat pocztowców. Nie wiem jak to się stało, może listonoszka dała się podejść (nasza listonoszka była chyba w tym czasie na urlopie). Sama wiedzę jak w niektórych domach listonoszka przebywa po kilkanaście minut i dłużej. Kilka dni temu mąż otrzymał list za doręczeniem z Banku Gospodarki Krajowej oczywiście z Warszawy. Gdy chciał go otworzyć wieczorem i schować do teczki gdyż spodziewał się ważnych dokumentów okazało się iż ktoś go już uprzednio bardzo sprytnie otworzył. Krótszy bok listu był rozcięty i tak sprytnie lekko przygięty w środek, że na pierwszy rzut oka wyglądało to jak zagniecenie. Na szczęście niczego nie brakowało. Z duplikatami byłby duży kłopot.
W zasadzie nas to już nie dotyczy gdyż państwo nasze zapewne nie tworzy tak szybko kasy na 100% spłaty majątków, raczej spadkobierczyni czyli córki.

I tu na marginesie chcę dodać, że państwo polskie czuje się dłużnikiem tych, którzy sami walczą o ponad to co im się należy i oczywiście oddaje im wszystko z naddatkiem, mam tu na myśli zwrot majątków niemieckich i kościelnych. Nie poczuwa się natomiast do odpowiedzialności za zabrane majątki bywateli polskich.



Uprzejmie donoszę ....

Podobno donosi większość Polaków, a z tych najwięcej na źle zaparkowane auta, przeczytałam dzisiaj na Interii.pl, która to podaje za prasą. Może niektórzy wspomagają w ten sposób swoją firmę? Doświadczyłam tego od razu na sobie. Zachciało mi się nowych firanek i dzisiaj miałam je odebrać ( właściwie wczoraj ale dziecię zachorzało, chrypi, skrzypi, z noska kapie, temperatura rośnie i nie miałam ją z kim zostawić), więc udałam się w okolice Krakowskiej. Nie ma gdzie zaparkować. Gdy objeżdżałam drugi raz Plac Żwirki i Wigury oraz Piastowską zauważyłam,że wreszcie jakieś auto się ruszyło. Zatrzymałam się szczęśliwa. Krótko. Odebrałam tylko zapłacone już firanki i idę do auta zadowolona gdy powitał mnie patrol policyjny. Ktoś już zdążył donieść, że stoję na przejściu dla pieszych, a on chciał przejść na drugą stronę i musiał obejść samochód. - Jak to? - dziwię się - przecież przejście jest za moim samochodem. W jaki sposób chciał przejść na drugą stronę chodnika i to właśnie w tym miejscu gdzie jest stwardniała pryzma śniegu? Na przeciw stoi wysokie auto typu kombi więc jak chciał przejść? Chciał iść środkiem ulicy? Dlaczego nie doniósł na tamto auto? Chodnik jest odśnieżany na prawie całą szerkość wzdłuż Piastowskiej, więc wszyscy chodzą tamtędy i te kilka metrów wcześniej skręcają na chodnik z krzyżującą się ulicą, a ja stałam za wejściem do Żabki (ok. 2 -3 m). - Trudno ale jest znak - pokazano mi ręką. Faktycznie. Nie widziałam tego wstrętnego znaku gdy z radością parkowałam w wolnym miejscu. Od czego tu się odwoływać gdy nie przemawiają argumenty podane przeze mnie. Jeśli nie mogą dać tylko pouczenia? Może donosiciel miałby na nich haka? Zachciało mi się śmiać. Akurat otrzymałam pieniądze z My Book i już mam je na co wydać. Miałam jak zwykle zaparkować przy Hali ale się spieszyłam. Zadałam na koniec pytanie: - na kogo należy donieść, że drogi są ledwo przejezdne i ledwo przechodne i nie ma gdzie parkować, a śnieg nie jest uprzątany? - Z tym już do Urzędu Miejskiego.
Tak więc zaczęłam realizować moje postanowienia noworoczne, jestem lżejsza o stówę ale otrzymałam jeden punkt, mój pierwszy.
Co śmieszniejsze dla mnie dzisiaj właśnie chciałam pisać o grzeczności kierowców względem siebie w tych bardzo trudnych zimowych warunkach. Jeden drugiemu daje wolną drogę, zwłaszcza na uliczkach osiedlowych, na których dwa samochody nie miną się jeśli nie znajdą wjazdu na posesję lub miejsca do parkowania. Nie krzyczą na siebie, nie trąbią, przepuszczają się. A może ten donosiciel to nie kierowca?
Za komuny delikatnie mówiąc nie cierpiało się donosicieli ale teraz są inne czasy.

Tak na marginesie to należałoby się zastanowić nad naszą komunikacją miejską. Autobusy przez centrum miasta jeżdżą właściwie tylko dwoma ulicami. Reszta musi poruszać się na piechotę lub autami. Przed kilku laty spotkałam w przychodni na Lipowej rozmowną pacjentkę z Piekar Śl. dobrze "wnerwioną" na naszą komunikację. Powiedziała wtedy m.in., że gdyby w Piekarach autobusy jeździły tylko jedną drogą z dala od przychodni i nnych urzędów to ludzie zrobili by z tym porządek.

Odpowiednie powiedzonka:
Moja kanadyjska koleżanka powiedziała mi gdy nabluzgał na nas kierowca wymuszający na nas skręt w prawo: -Nie denerwuj się, ja w takich przypadkach mówię, spotkamy się jeszcze, a jak dobrze pójdzie to przy stole operacyjnym. Ja niestety nie mogę tak się odgryźć, też trzeba odpowiedzieć po hamsku, wtedy taki się szybciej opamięta. Wiedzą, że kobiety są uważniejsze i nie klną tylko płaczą więc sobie pozwalają.
Moja stryjeczna babka (gross tante) mawia: przyjdzie czas, przyjdzie rada.
Jedna z moich prababek mawiała: pamiętajcie dzieci, krzywda się mści.


strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |  6 |  7 |  8 |  9 |  10 |  11 |  12 |  13 |  14 |  15 |  16 |  17 |  18 |  19 |  20 |  21 |  22 |  23 |  24 |