Projekt KineDok w Galerii Sztuki „Inny Śląsk”

Galeria Sztuki „Inny Śląsk” została zaproszona do udziału w międzynarodowym projekcie o nazwie KineDok. KineDok to unikalny międzynarodowy klub filmowy oraz alternatywna platforma dystrybucyjna skupiająca zarówno miłośników, jak i twórców kina dokumentalnego. W ramach tego projektu nieodpłatnie będą pokazywane wybrane przez selekcjonerów KineDok europejskie filmy dokumentalne. Zobaczymy filmy prezentowane i nagradzane na polskich festiwalach filmowych, takie jak „Efekt domina” Eweliny Niewiery i Piotra Rosołowskiego, „Toto i jego siostry” Alexandra Nanau, „Na zakręcie” Gábora Hörchera, ale też filmy premierowe, które dopiero rozpoczynają swoje życie festiwalowe.
Wszystkie pokazywane tytuły to produkcje z lat 2014 i 2015, prezentowane zatem będzie najnowsze kino dokumentalne z szerokim przekrojem tematycznym i wyrazistymi bohaterami. Pokazy odbędą się w 25 miejscach w Polsce – w dużych i zupełnie małych miastach, potrwają do końca roku. Dużą atrakcją projekcji będę także spotkania z twórcami i gośćmi związanymi z tematyką filmu, a także różnorodne wydarzenia towarzyszące.
Projekt jest realizowany od 2015 roku, inicjatorem oraz głównym organizatorem jest Instytut Filmu Dokumentalnego z siedzibą w Pradze, a koordynatorem w Polsce jest Krakowska Fundacja Filmowa, organizator jednego z najstarszych w Europie festiwali filmowych – Krakowskiego Festiwalu Filmowego. W 2016 projekt KineDok realizowany jest w Czechach, Rumunii, Chorwacji, Polsce, Norwegii, na Słowacji oraz na Węgrzech.
Galeria Sztuki “ Inny Śląsk” 22 marzec 2016r. godz. 20.00
- School Time for Miss Roma - Miss Romów reżyseria Vesna Cudic
Dokument, nakręcony w romskiej osadzie na głębokiej prowincji Chorwacji, kreśli intymny portret żeńskiej społeczności, podkreślając konflikt między marzeniami kobiet i brakiem możliwości ich realizacji.




Nabór do nowopowstającego chóru mieszanego

W poniedziałek 21. marca w tarnogorskiej Galerii Sztuki Inny Śląsk odbędą się przesłuchania kandydatów do nowopowstajacego mieszanego zespołu wokalno-tanecznego ( chór ). Od kandydatów wymagamy przede wszystkim zaangażowania. Nie jest wymagane doświadczenie czy wykształcenie muzyczne, a także kryterium w ocenie kandydatów nie będą stanowić tzw. predyspozycje wrodzone. Poszukujemy osób w różnym wieku, ogólnej kondycji i formie. Zapraszamy do współtworzenia śmialego projektu artystycznego. Dla zapracowanych istnieje także mozliwość przesłuchań telefonicznych. Zapraszamy serdecznie


co na ziemi dla UNESCO?

Nawet o tej porze roku…, a może przede wszystkim teraz, kiedy spłowiałe źdźbła (ukiszone pod płytkim śniegiem łany wysokich traw) opinają wszystko z dużą dokładnością, są śmiertelnie obcisłe; anorektyczne – taki czas sprzyja surowemu spojrzeniu, które z łatwością przenika i natrafia na samą tylko konstrukcję; na przemyślany koncept albo na odcisk fanaberii (koleinę po krzywym kole kultury).
Przedwiośnie, bo chyba coraz śmielej można orzekać o tym, że tego roku nadeszło wcześniej, to chwila kiedy odosobniona myśl zimy zaczyna wolno rozszczepiać się w towarzyski charakter ciepłego powietrza. Coraz częstsze spotkania; niby przypadkowe uliczne pogaduszki oraz rosnąca liczba przekąsek i płynów spożywanych na świeżym powietrzu (doprawdy w tych przelotnych miejskich spotkaniach niewiele w istocie jest z przypadku).
Właśnie czas przeistoczenia dzikiej i odosobnionej analizy w gwarną i głodną afiliacji pobieżność, niedbałość, niedokładność, które to wszystkie jako takie pozwalają na spojrzenie zdolne pomieścić całą wielość i różnorodność (przymioty pozbawione precyzji) – brak rozsądku zdaje się być koniecznym atrybutem dla polifonii zmysłowego doznawania świata.
Teraz właśnie przychodzą dawno już niewidziani ludzie oraz zapachy dla których zimne powietrze nigdy nie bywa przychylnym mediatorem.
Ten świat odsłonięty, pokryty tylko przeźroczystą skórą jaką na skroniach mają wątłe dzieci, ten świat znajdujemy na pograniczu miasta – miasta, które kończy się polem od południa, miejsca uosobienia krótkiej pory roku i myśli. Nigdy nie wierzyłem bardziej niż teraz, że przestrzeń miewa swoje apogea, swoje święta, że odkąd dotknął ją człowiek tak mocno uczestniczy w jego rytuale czasu.

Tę przestrzeń na południe od miasta tutaj dzieli w pół ulica Gliwicka. Po jej zachodniej stronie pole faluje łagodnie, obszernie – uspokaja. Podzielone jest na ojczyste kwartały - krzyżujące się drogi wyznaczają prawo do wędrówek, prawo pierwsze i starsze niż miedza.
Krzyż daje się obserwować z oddalenia, z okalających go gładkich wzniesień (kiedyś stała nad nim jabłoń). Kilka subtelnych zagajników wyraźnie odciętych od pola, dalej ściana niezmierzonego lasu. W przeważającej mierze buki oraz dęby o nie tutejszej ciemnej karnacji i rosłej sylwetce. Zapewne obce drzewa zostały introdukowane tu tylko po to by zapewnić tęsknotę za podróżą. Z oddalenia zapadają się w głąb wody, sadzawki – tak jakby zawsze były w wilgotnym powietrzu i mgle nostalgii – to przestrzeń dworska, przestrzeń najlepsza dla ucieczki i polowań.
Druga część – wschodnia (na przeciwległym brzegu ulicy Gliwickiej) – rozpoczyna się ulicą Szczęść Boże, która ciasno zmieliła wokół siebie domy i posesje. To osiedle jest prawie reprezentatywne dla przedmieścia – szare chałupy, wokół których gospodarstwa stopniowo traciły na znaczeniu, aż rozparcelowano je pod nowych ludzi i ich jaskrawą zabudowę oraz aspiracje. Coraz tu ciaśniej i ciaśniej, aż ta ewolucyjna segmentacja musiała w końcu zaowocować krótkimi seriami deweloperskich szeregowców (często brzydkich jak noc, jakby proces rozdrabniania gruntu obrócił się przeciwko człowiekowi i temu o co walczył). Potem znowu zaczyna się pole, ale zupełnie inne niż po drugiej stronie asymetrii. Tutaj z kolei szybka amplituda fałdowania, doły i zapadliska i kanał melioracyjny, który zastępuje drogę. Przypomina to trochę pejzaż angielski, to odczucie wzmaga niepokojąca obecność domu na wzgórzu – płaskiego monumentu surowości wobec karłowatych krzewów głogu. Wszystko jest w jakiś sposób karłowate i mniejsze – może po prostu częstsze (nadnaturalnie nagromadzone w pierwotnym stanie pustki jaką powinno być pole). Dlatego nie wychodzimy tutaj na otwartą przestrzeń ale raczej czujemy się jak w pomieszczeniu (wchodzimy do „otwartej przestrzeni”, gdzie słowo: „otwartej” staje się rodzajem reliktu; artefaktu, a nie znaczenia) – to przestrzeń głęboko dotknięta ręką człowieka, który ją tworzył – przestrzeń podporządkowana jego wczesnemu przemysłowi, kiedy nie mógł jeszcze antycypować wszystkich konsekwencji i następstw swojego działania – mikro pestka; moment zarania śląskiego pejzażu. O ileż bardziej musiał poruszać się po omacku ten człowiek? Jak mocno kierował nim tylko doraźny pragmatyzm i instynkt przetrwania? Z jak silną nadzieją dążył do spełnienia swoich ambicji i założeń?


obowiązki przedszkolne

Przed kilkoma miesiącami, podczas jazdy autobusem, moja córka bawiła się plastikowym słoniem. Zabawka upadła na podłogę i wraz z żoną postanowiliśmy nie dawać jej już z powrotem. Podłoga w autobusie była brudna. Nasze dziecko jednak uparcie domagało się zwrócenia zabawki. Płacz i marudzenie zwabił małego chłopca, który zza sąsiedniego oparcia fotela zaczął przyglądać się zajściu. W pewnym momencie chłopiec wydał komendę mojej żonie, która trzyma w ręku słonika. Jednoznacznie wypowiedział się slowami: „Daj jej” i uczynił czytelny dla nas gest, którym wskazał czynność jakż mamy zrealizować. Moja żona, kapitulując wobec jego stanowczości i przekonania o słuszności wydanego nam polecenia powtórzyła ów gest oddając naszej córeczce zabawkę.
Wówczas po raz pierwszy dotarło do mnie, że nasze dzieci bardziej należeć mogą do swego pokolenia niż do nas samych, że nasza rola, choć zapewne istotna, może być rolą drugoplanową w perspektywie życia naszego malca. W ten sposób zrozumiałe dlaczego kiedy czyta się „Dzieci z Bullerbyn” rodzice sa tam zaledwie tłem – workowatym łonem świata; krajobrazem dla myśli i pierwszych kroków głównych bohaterów życia. To, nam dorosłym, zabiera przekonanie o dawnej sile i obecności - to nas anihiluje i przyzwyczaja do nieodzownej perspektywy jaką mieć musimy przed sobą. Taki jest naturalny i bezwzględny porządek rzeczy, który odnajduje się w nas bez naszej woli i winny. To pozwala mi podejrzewać, że wcale to nie musi być prawda, iż na śmierć trzeba być gotowym – szczególnie na własną. Takie chwile po prostu przychodzą i wychowują nas same – myślę, że błyskawicznie potrafimy ustawić się na płasko kiedy tylko dotknie nas słabość.
Na co nas stać? – choć słowo „stać”, to chyba nie jest najlepsze słowo, bo posiadanie dziecka jest raczej uczestnictwem (uczestnictwem niezasłużony), niż przywilejem. Wszyscy musimy wzrastać, ale ten proces wcale nie musi być niezwisły i może podlegać degradacji i rozmaitym wpływom. Jako rodzina jesteśmy wobec tego samotni. Wszelkie ustalenia, dyrektywny, socjalizujące rozporządzenia i afiliacyjne instynkty są wobec tej samotności czymś zewnętrznym i koniecznym, i przez ta konieczność stają się coraz mniej obce. Jednak nigdy nie należy zapominać, że nie tego chcieliśmy na początku – czas, w którym ojciec i matka porzucają swoje dzieci i oddają je szkołom, później zakładom pracy jest czasem przez nich upragnionym, ale nigdy nie przestanie być czasem rozstania. Kiedy jesteśmy na to gotowi?




Wigilia

...a więc dąb, akacja, brzoza, jabłoń, grab i buk, które trzeba spalić razem ze sobą w wigilię, żeby nominować terytorium hrabstwa dwóch wąskich okien – biforium chwilowej niepewności; mgnienia w oku, wstydu i zawahania. Fali brzóz z północnego lasu – miejsca naszych najdalszych wędrówek, wszystkich najszczęśliwszych wietrznych dni zagajnika. Jabłoni z sadu, którego nie zdołaliśmy ocalić, żeby stał się nasz (i stał się nasz). Twardych akcji wzdłuż traktu jaki łączy domy rodzinne i miasta. Buków z najwyższego widocznego stąd wzgórza i grabów, które sączyły wodę z cmentarza. To wszystko.

*

Słońce chowa się za bryłą parterowego domu w momencie górowania, w płaskie dni grudnia. Jego bryła staje się wówczas potężna i czuć od niej emanację chłodu - przedpole mchów, porostów, kamieni przebywających w cieniu wszechmocnego - ich ciało zostaje wyniesione ponad potęgę. Bezwzględne jak trudna pamięć o miejscach, o naszych bliskich - nie naszych - widać to w snach, kiedy przychodzą i zamiast usiąść przy stole siadają za stołem, jakby wycięci z kartonu – martwi równo wzdłuż swoich dawnych konturów. Tacy należą nie do nas.
Na początku przecież były dzieci, ale szybko przekonały się, że bardziej należą do świata. Dlatego trzeba podejrzewać, że i my musimy przy nich mimowolnie upodabniać się do pejzażu. Upodobnić się do pejzażu musi znaczyć nie mniej nie więcej tylko właśnie zostać rodzicem. Pochylić się w zarys sylwetki nad stołem, przy stole, za stołem albo zostać zauważonym jak ślady w śniegu za furtką w kierunku lasu. To proste – to brak konieczności bycia, brak małoistotnych obowiązków.


Posłańcy bogów

Mam wrażenie, że kiedy myśleć pragmatycznie, nawet posłańcom bogów przypada w udziale rola donosicieli lub co najwyżej szpiclów. Tak to się dzisiaj przekłada na polszczyznę, choć kiedy przyjrzeć się temu bliżej rzadko kto potrafi jednoznacznie i w sposób zdecydowany opowiedzieć się po stronie własnego wyznania i ideologii. Naprawdę trudno znaleźć człowieka o zadawalającej klasie intelektu, który przy tym nie posiadałby wyraźnego interesu żeby wierzyć, a byłby zdolny zapamiętale poddać się i zapatrzeć, aż po łzę w jaskrawy wdzięk idei. Mimo to jednak szczerych wyznawców nie brakuję co tylko wciąż upewnia, że głód i tęsknota wciąż są szczere i czyste. Trzeba przyznawać to ze wstydem, a nie w zachwycie.
Dlatego zdrajca i posłaniec bogów są potrzebni, żeby móc swobodnie porzucać szereg nieludzkich zobowiązań. Opuszczać strumień rzęsistego światła i kierować się ku szeptowi, kierować się do sprzymierzonego ucha. Wyostrzać kontur twarzy, zmarszczki i bruzdy. Tak, by, jak to mówią, charakter mógł wyjść człowiekowi na twarzy i w ten czas stanąć już zupełnie gotowym, razem na zgromadzeniu podobnych w tym zmięciu i odcieniu szarości – wciąż szczerym i czystym wymiarze tęsknoty i głodu.



Targowisko

Pani Janina pokazuje mi kilkanaście skrzynek z warzywami. „Niczego nie kupuję na giełdzie, nie o to przecież chodzi” – chwali się.
„Jak zmieścimy się teraz z tym wszystkim w małym kramiku?” – wyraża swoją obawę. „Ten nowy projekt był chyba robiony zza biurka”– żali się. Pośród codziennych problemów wskazuje: brak toalet i zbyt wczesne gaszenie latarni. „Rankiem musimy rozpakowywać się po omacku” – mówi. „Jeśli otoczą plac parkanem nie będzie można tu wjechać. Wszystko trzeba będzie przenosić z ulicy i blokować jezdnie.” – załamuje ręce. „Tutaj wystarczyłoby położyć dobry bruk” – kwituje. Na całym placu nie znajduję ani jednego sprzedawcy, który wyrażałby się z aprobatą o nowym projekcie.
Nowa koncepcja placu targowego nie podoba się także wielu społecznikom. Do jej przeciwników należy Tarnogórska Fundacja Kultury i Sztuki. Pan Krzysztof Mazik, przewodniczący fundacji, podkreśla, że „Stary projekt, którego realizacja została już przecież rozpoczęta, uwzględniał zarówno interesy sprzedawców jak i historyczny charakter miejsca. Jego powstanie poprzedzały półroczne konsultacje z kupcami. Pracowali przy nim architekci”.
Profesor Werner Lubos, malarz i wykładowca, nie kryje swojego rozżalenia. W sposób szczególny bulwersuje go wycinka drzew na tym placu. „Wycinkę powinny poprzedzać konsultacje społeczne, a nie pozwala się nam nawet wyrazić opinii” - oświadcza.
Podobnie Pani Barbara Dziuk, poseł na sejm. Jej zdaniem: „Bardzo ważne jest, żeby godnie zadbać o pamięć historyczną. Poza tym w pierwszej kolejności należy słuchać osób bezpośrednio zainteresowanych – tych, którzy na co dzień prowadzą tutaj swoją działalność.”
Targowisko i inne części miasta, nie powinny być wytworem pojedynczej wyobraźni – to musi być wypadkowa wielu doświadczeń. Stary projekt, o którym mówimy, jest może mało fotogeniczny. Jego wartością jest przede wszystkim wartość dialogu (jakże istotna w tym miejscu i chyba przecież w każdym innym także? ).




strona :  1 |  2 |  3 |  4 |