Przedwyborczy margines - na co mamy szanse?

Trudno nie odnieść wrażenia, że od pewnego czasu czołowi polscy politycy nagle odzyskali pamięć i przypomnieli sobie o Śląsku, o istnieniu krainy: „Nigdzie nigdzie”.
Ponoc to tu, w opinii przedwyborczych specjalistów z TV, ma przebiec oś rozgrywki – decydujące starcie o rząd dusz, „batalia”, „bitwa” (wojenna nomenklatura była i jest w Polsce jedynym obowiązującym językiem. Amerykańskie sportowe kalki takie jak np: „wyścig do białego domu” nie mają tutaj racji bytu i kulturowego uzasadnienia.) a także intratne posady oficjeli (głównych beneficjentów tego starcia).
Czy zatem dzięki tej „frontowej lokalizacji” (jakkolwiek określic położenie tzw:”szarych obywateli”) staniemy się wreszcie beneficjantami demokracji i naszych wiernych obywatelskich postaw? … patrząc w przeszłośc trudno podsycać w sobie tę nadzieję. Raczej należy pragmatycznie wyzbyc się złudzeń i zaufac dobrze znanej maksymie: „Chcesz liczyc - licz na siebie”. Więc myślę, że nic chyba nie będzie w tym nieprzyzwoitego gdybym przed wyborami dokonał prostej kalkulacji: co ja z tego całego cyrku mogę otrzymać dla siebie? Jaki ochłap ma realna szansę spaść w moim kierunku z „pańskiego stołu”?

Cóż jeśli moje myślenie może wydac się nieco egotyczne? Trzeba jednak pamiętać, że tuż po wyborach obietnice zwykły uciekać w niepamięć. Dlatego postawy egotyczne jak najbardziej mogą mieć swoje realne uzasadnienie.

Co więc ma szanse spłynąć do mnie z wielkich budżetów i równie ogromnych perspektyw rozwoju gospodarczego Polski, Europy i Świata. Co może spaść tutaj – w te małe miejsce na ziemi gdzie właśnie stoję ja, moja rodzina i szorstki kundel Burek (czy kto co tam ma innego)? Co może spaś jeszcze (prócz pierwszego śniegu) na margines tego małego świata?


Bez przebaczenia

To jedno z miejsc, gdzie przełamuje się garb i kończy się intensywna zabudowa miasteczka - rozrzedza się w parki, ogródki działkowe lub pola. Wtedy da się powiedzieć, że to jest nasz nowy dom. Rozsypac między drzewami szczyptę „ziemi świętej”, przywiezionej przez znajomą z wycieczki do Jerozolimy. Inne przejawy podróży, jej synonimy, zmuszają godzic się ze stratą. Tylko wycieczki pozwalają zachowac; zabrać ze sobą wszystko.

*

Podobno przyszła najwłaściwsza pora żeby przycinac gałęzie drzew owocowych. Więc nawet kiedy wkrótce wytną sad zrobiliśmy dużo prosząc o jego ocalenie. Teraz jest nasz i chyba będzie naszym dalej mimo wszystko. To przymierze daje nam tę gwarancję. Choc owo posiadanie ma zgoła inny charakter niż to zawarte powszednim aktem notarialnym, ale nie pozostaje bez znaczenia. Widzę, że już mimowolnie zaczęliśmy przemieszać się dużo swobodniej między zapamiętanymi punktami w miastach oraz miasteczkach, gdzie zachowały się skupiska drzewa owocowych, a także pojedyncze śliwy i rozłożyste orzechy włoskie.

*

Pogłębiam się w tym nowym domu, moje sny mają przeważnie teraz zrąb praktycznej perspektywy łowcy – śni mi się drewno i ogień. Wszystkie w słodkim umiłowaniu detalu, w jego powtarzalności i ornamentacjach (złożonych, nieregularnych). Tym spojrzeniem nie omiata się pobieżnie zagajnika łasząc się tylko na pracujące w nim światło. Raczej bliżej mu do klasyfikacji gatunków i systematyk suchości lub postępu butwienia. W tym języku drzewo znaczy prosto - drzewo, rzeka jest rzeką, ryba to ryba.

*

Dziś rano zorientowałem się, że nie wiem gdzie pozostawiłem telefon komórkowy. Przedtem natrętnie co jakiś czas dotykałem ubrania w miejscu gdzie zwykłem go trzymac. Chyba opuścił mnie ten rodzaj uspokajającego nawyku – ciągłego upewniania się, że gdzieś żyje inny człowiek.

*

Wymuszam pierwszeństwo przechodząc przez jezdnie po pasach udając, że jestem przekonany, iż to kierowca przepuścił mnie z własnej woli i panującej tu powszechnej uprzejmości. Robię tak nie dlatego, żeby coś manifestować albo stosować wobec niego pedagogiczne triki czy metodologie. Nic podobnego. Chcę tyko szybko mieć tę koniecznośc za sobą i nie mieszac krwi. Może to podłe, ale nie mam nawet specjalnych wyrzutów sumienia, że nie patrzę mu wówczas w oczy. Powiem więcej staram się nawet przez moment nie spostrzec nawet fragmentu jego twarzy. Myślę, że tak być powinno. Wszyscy mają swoje prawo do intymności. Wszyscy jej potrzebują. Nawet jeśli żyją tutaj – nad Wisłą.

*

Zaglądam w lustro – patrzę w lewo, w prawo, patrzę prosto. Żadna z tych twarzy nie przypominam Jacka Nicholsona w „Lśnieniu”. Jedynie głębokie zakola i upięcie skóry na żyłach czoła, ale te drugie są raczej przywilejem Estwooda w filmie: „Bez przebaczenia”.


Godzina „W” na deptaku w Nałęczowie – pocztówka z raju

Dzieciństwo musi być okresem bardzo samotnym, podobnie jak pisanie. Płacz niemowlęcia szczelnie wypełnia wewnętrzne kontury mieszkania jakby tylko ten fragment na zawsze miał należeć do niego – nic więcej prócz ciepłej plamy słońca na politurze i otwartych drzwi (jasności o prawie zupełnie nieznanej funkcji i przeznaczeniu).
Chyba to dobrze dla ludzi, że na ten stan…, że na dzieciństwo nie przychodzi decydować się własnowolnie.

Chcę pozdrowić dziś czytelnika Tg.netu z Nałęczowa – krainy w swojej istocie idyllicznej. Można powiedzieć: z enklawy dawno już porzuconych wyobrażeń. Ze zdroju, z jądra ciemności tych myśli, które chcieliśmy pomyśleć o sobie, świecie, czy też Polsce („słowie zupełnie pozbawionego przyszłości”).

Pozdrawiam i ślę serdeczności.




Boże ciało Bytomia, miasto; intymność

Znane mi katolickie cmentarze są raczej skwarne i trudno na nich schować się w cieniu. Łatwiej znaleźć tu wdowca, czułego hodowcę rododendronów, niż zaznać spokoju. Jednak czego bardziej pożądać od czułości i troski?
Od pewnego czasu „małe grobki” budzą we mnie obawę, że dusza może stać się po prostu zła, tak jakby na wskroś i do końca była w stanie się zmienić na gorsze.

*

Dzielnicę zamyka komin krematorium – to nie wiersz – tu tak żyją ludzie. Przedsiębiorstwo pogrzebowe spełnia rolę monopolisty i potentata (jak mówią). W sumie to niewielka dzielnica, ale zdolna pomieścic siedem cmentarzy północnego Bytomia – jeden nowoczesny tuż za kopalnią (z kamerami monitoringu) i pozostałych sześć starych (w tym jeden ewangelicki, jeden kirkut, jeden pospołu komunalny i żołnierzy radzieckich). Wszystkie są nadal czynne i przyjmują do siebie. Groby lwowiaków często przypominają kartę tytułową książki z czasów, kiedy pisywało się wpsomnienia z Karpat Wschodnich. Groby cyganów są z czarnego granitu i tak jak u ruskich na granicie widnieją ich twarze. W Dzień Zaduszny przypominają małe kwiaciarnie; cukiernie kwiatów żałobnych, w których można zjeść, a przede wszystkim napić.
W całej dzielnicy nie ma ani jednego banku czy bankomatu. Nie ma tu niczego co byłoby nieprawowierne - tylko lombardy, zakłady blacharzy samochodowych, kamieniarze, kwiaciarnie i kramy ze zniczami, zamknięte i podupadłe sklepy warzywne, które próbują sprzedawac alkohol. Jeszcze ubogie budki z maszynami do gry i kilka lokali gastronomicznych (dobrych na stypę lub pogrzeb). Mnóstwo tu kalek – młodych, starych i dzieci.
Ostateczność, nie daje im innej możliwości jak tylko żyć. Żyć życia wymiarem zapomnianym. Wymiarem chłodnej radości, kiedy już nie podąża się za pragnieniem sukcesu. Kiedy opuszcza się splendor, moc aktywnych zabiegów o swoje miejsce w tym świecie.
W istocie, ta dzielnica, to chyba jest kurort – odsłonięcie tego wszystkiego czego można było się przedtem obawiać. Tego co chciało się ułożyć, usystematyzować, okiełznać. Poprzez miarowość, poprzez systematyczność sanatoryjnych zabiegów, poprzez równy rytm spożywania wód zdrojowych. To miejsce to kurort – nie ma innej, bardziej dorzecznej i wyższej spośród nielicznych nagrody.

*

W słońcu jak nic przypominasz Niniwę, miasta nie muszą przetrwać, żeby być wieczne. Kamienie, stożki hierarchii winny być tylko poddawane wszelkiej próbie zasiedlenia - zdegradowane przez intymność. Drobna inicjatywa kupców, każdy przejaw zabawnej prywaty musi nieustanie kalać tę nieskazitelność i potęgę. W projekcie można dostrzec doskonałość tylko wtedy, kiedy pozwala na to by obracał się sam w perzynę. Może nie wszystko musi spełniać te zasadę i może nie każde z miast musi to potrafić, ale chyba tylko te (posiadające tę umiejętność), tylko te podniecają naprawdę. Stanowią wyzwanie; doświadczenie i cios. Niektóre z miast mają uroczą zdolność do homeostazy – przyciągają wówczas tłumy naiwnych turystów. Najczęściej są to niemieccy emeryci oraz studenci (ci drudzy nie posiadają nawet narodowości). Homeostaza przyciąga ich z tej samej prostej przyczyny jaka musi byc powodem przetrzymywania w bankach prawdziwych fortun przez zbutwiałe staruszki – ciąg ku nieśmiertelności. Ale to, wbrew pozormom, właśnie ocala te miasta. Wiara w homeostazę stanowi podły ratunek, przeciwwagę - rzadko demaskowana kpinę. To przynosi tym miastom zbawienie. Przynosi gorycz oraz zwątpienie (kiedy odkryją w sobie intymność; Niniwę).




Arancio Amore, to co było ulicą

Z rzadka zdarzają się momenty, w których powodem spotkania staje się jeden krótki wiersz, chwilowa ekspozycja emocji, myśli, obrazów. Idylla słodkiego życia w majowe wieczory, bankiety - „Arancio Amore, to co było ulicą”, to tryumf miłości mimo wszystko.

Interpretować recytatorsko mój tekst będzie Pani Gabriela Mankiewicz. Gabriela Mankiewicz jest laureatką wielu konkursów recytatorskich, pedagogiem i animatorem kultury

Zapraszamy na dziedziniec „Innego Śląska” (Tarnowskie Góry, ul. Karola Miarki 2). Piątek, 22. maja, godzina 20:30 (na minutę przed zachodem słońca). W razie deszczu termin może ulec zmianie.




Edward Baczyński, pożegnanie

Dziś, szóstego lutego w samo południe, w Kościele Parafialnym w Miasteczku Śląskim, żegnamy Pana Edwarda Baczyńskiego – poetę, kabareciarza, ojca poety Michała Baczyńskiego, męża i dziadka. Pana Edwarda, który mnie dał się poznać jako człowiek prawy, szczery, człowiek dla którego rzeczą oczywistą i jak najbardziej naturalną było pomóc drugiemu. I nie przychodził taki dla zasady (choć był człowiekiem honoru i zasad – przed oczami staje mi jego zdjęcie, na którym pręży pierś w mundurze), …nie przychodził taki na pokaz, On zwyczajnie i po prostu przychodził taki i już. Kiedy dziękowało mu się, machał ręką i intonował wstydliwie (ale po męsku) westchnienie rezygnacji, którym przenosił ten swój gest pośród byle błahostki – jakby mówił „daj spokój” - jak by śmiał się serdecznie nad naiwnością i przesadą młodości.
Takim przyszło mi dziś Cię zapamiętać. Odpoczywaj w pokoju Panie Edwardzie. Do zobaczenia




nowe narracje dla śląska

Wrzucam link do najnowszego numeru czasopisma "Anthropos?", który poświęcony został nowym narracjom dla Górnego Śląska. Debiutuję w nim jako "eseista", ale prócz mojego tekstu można znaleźć tam kilka ważnych tekstów autorów z dużo większym dorobkiem. Polecam wszystkim zainteresowanym tematem.

http://www.anthropos.us.edu.pl/texty/tomanek.htm


strona :  1 |  2 |  3 |  4 |