Tarnowskie Góry - Portal Powiatu Tarnogórskiego  
  Tarnowskie Góry - Portal Powiatu Tarnogórskiego  

Zbigniew Markowski
RĘKOPIS ZNALEZIONY W INTERNECIE
poniższe teksty ukazały się także w tygodniku Gwarek
felietony 101 - 115   archiwum: felietony 1 -100
(książka elektroniczna pdf)

Witryna drogi

Pielgrzymka jest metaforą ludzkiego życia. Obrazuje drogę, którą każdy człowiek przechodzi od urodzenia do śmierci - mijając po drodze innych ludzi, emocje i wydarzenia. To także rodzaj wspólnoty dzielącej trudy, ale także wspólnoty wiary, bo i o nocleg, i o posiłek na trasie przecież nie tak trudno. Formę tę zna wiele religii (w niektórych jest wręcz obowiązkowa), zaś do miejsc świętych chodzono już w czasach starożytnych. Może dlatego grupa pielgrzymów przemieszczająca się niemal dokładnie tak samo jak pątnicy pół tysiąclecia temu kojarzy się z surową, dawną tradycją. I brakiem styczności z nowoczesną, sieciową technologią. Nieprawda - to już przeszłość.

Pielgrzymka bez teleinformatycznego wsparcia jest przeszłością już od kilku lat, jednak dopiero tegoroczne wakacje pokazały co udaje się zrobić przy pomocy Internetu i sieci GSM. A można sporo - po pierwsze: bez trudu można zlokalizować z dużą dokładnością gdzie konkretny pielgrzym się znajduje, bo jeden z operatorów komórkowych we współpracy z fundacją "Opoka" uruchomił odpowiedni system ze wsparciem na stronie www. Można więc śledzić z domowego stanowiska przy komputerze postępy na trasie każdej z grup.

Po drugie - na tym samym pielgrzymkowym portalu doszło do nieoczekiwanej zmiany ról - statystycznego pątnika zamieniono w fotoreportera. Na witrynę docierają bowiem (i to z prawdziwie internetową prędkością) MMS-y zawierające zdjęcia. Raz uczestników pielgrzymki, raz mijanych właśnie miejsc. Albo stałych fragmentów pątniczego życia: posiłków, odpoczynków czy modlitwy. Po trzecie - opisywana witryna e-pielgrzymka.pl zawiera też elementy życia społecznościowego: fora dyskusyjne czy znane z innych portali profile użytkowników z opisem ile też dana osoba ma do przejścia (i ile już przeszła). Nowi użytkownicy widoczni są na honorowym miejscu głównej strony - zupełnie tak samo jak na społecznościowych witrynach w rodzaju Naszej Klasy. Kwitnie wymiana doświadczeń taktyczno - technicznych oraz życie towarzyskie. Jest i krajowa mapa pielgrzymek - choć niestety jak na razie ogranicza się do sanktuarium częstochowskiego, a szkoda - bogactwo lokalnej tradycji pątniczej jest przecież przeogromne.

Zapędy komórkowo - internetowe hamuje nieco dział "komórkowy savoir-vivre" nakazujący wyłączenie telefonu także w czasie marszu, jednak nowoczesność pielgrzymowania z portalem nie podlega żadnym dyskusjom. Nawet sami autorzy strony z pewną dozą nieśmiałości tłumaczą się ze swojego przedsięwzięcia oraz argumentują na koniec: - Nowoczesne technologie na pielgrzymce? - Czemu nie? Kiedy dobrze zastanowić się na sensem całej operacji odpowiedź przychodzi sama. Skoro pielgrzymka ma być metaforą naszego życia to musimy zauważyć, że i życie zmieniło się w poważnym stopniu. W bardzo wielu przypadkach pełne jest komputerów, routerów, skanerów i wielu jeszcze innych erów w gąszczu których poruszamy się na co dzień. Pełne jest SMS-ów, MMS-ów, GPS-ów i GPRS-ów bez których kiedyś dało się działać, ale teraz jakoś już się nie daje. Internetowo - komórkowa pielgrzymka jest więc być może najlepszą metaforą życia internetowo - komórkowego.


Instrukcja

Wśród wielu form wypowiedzi słownej bogactwem możliwości wyróżnia się forma instrukcji użytkowania. Niżej podpisany miał zaszczyt przeczytać onegdaj instrukcję użytkowania sedesu przeznaczoną dla generałów wojska (w specjalnym i tajnym ośrodku wypoczynkowym dla generałów): dzieło obszerne, bogate w przymiotniki a nade wszystko wywołujące całą masę refleksji. Ostatnia z refleksji była taka, że na szczęście dla niżej podpisanego nie jest on generałem. W wojsku niejedno się od tego czasu zmieniło jednakowoż instrukcje powyższego typu dotarły ostatnio do Internetu.

Prym w kategorii "instrukcja roku" wiedzie bez wątpienia dokument nazwany "Instrukcja dla aplikacji do pobierania plików oraz przesyłania plików raportów do MSP przez serwer WWW" a wypełniać ją muszą obowiązkowo wszystkie firmy z udziałem kapitałowym Skarbu Państwa. Na początku trzeba się zalogować, a login jest prosty: podajemy regon podmiotu, który to regon ma 14 cyfr. Możliwe jest jednak, że jakiś wredny podmiot ma regon składający się nie z 14, a z 9 cyfr, ale i w tej sytuacji możemy sobie poradzić: dopełniając dziewięciocyfrowy regon pięcioma zerami. Hasło zdefiniowano jako ciąg znaków wybranych przez użytkownika, z wyjątkiem pierwszego logowania, kiedy to hasło jest dokładnie takie samo jak regon 14-cyfrowy, chyba że ktoś ma regon 9-cyfrowy, no ale wtedy wiadomo: dopełnia się zerami.

Następnie dowiadujemy się paru spraw na temat wiadomości: "wiadomości są w całości wyświetlane na ekranie, tzn. nie ma potrzeby ich "otwierania" aby zobaczyć treść wiadomości" oraz otrzymujemy odpowiedź na pytanie - co dzieli temat wiadomości od pozostałej treści. Otóż "temat wiadomości jest wytłuszczony i dzieli go od pozostałej treści linia odstępu". Z całą pewnością bez wytłumaczenia problemu linii oddzielającej użytkownik na pewno całkowicie by zgłupiał i zawiesił się bez możliwości restartu. Żeby utrzymać owego użytkownika w stanie podwyższonej formy intelektualnej system będzie za każdym razem wyświetlał całą listę wszystkich dotychczasowych wiadomości, jednak od czego mamy instrukcję: "Aby przy następnym zalogowaniu system nie rozpoczynał od wyświetlenia wszystkich przeczytanych już wiadomości należy na zakończenie czytania wiadomości nacisnąć przycisk <przeczytano> umieszczony na końcu ekranu z wiadomościami".

"Ekran" to ulubione słówko autora instrukcji, bo przecież "wysyłanie raportów i innych plików możliwe jest z ekranu uzyskiwanego po naciśnięciu przycisku <raporty>". W dalszej części dzieła opisano jeszcze jakie inne ekrany można uzyskać po naciśnięciu różnych przycisków. Zgrozę budzi kolejna sekwencja: "Na wskazany publiczny adres e-mail wysyłana jest tylko treść wiadomości, bez załączników. Dobrą praktyką jest zatem umieszczanie wszystkich informacji wyłącznie w plikach załączników". Ze zdania tego - zgodnie z zasadami logiki wynika, że dobra praktyka gwarantuje ze stuprocentową pewnością, że nic do adresata nie dotrze. Dociera za to kolejna refleksja: dobrze jest nie być generałem, ale prawdziwa rozkosz to odcięcie się od udziału kapitałowego Skarbu Państwa.


Vista wio

Niemal dwadzieścia lat temu pewien fanatyk związany ze środowiskiem komputera Amiga (a wiedzieć trzeba, że było to środowisko wrogie wszystkiemu co przypominało PC, zaś raczkujący dopiero system Windows w szczególności) stwierdził, że blaszana konkurencja oprogramowana przez Microsoft potrzebuje dwudziestu lat, by dogonić ową Amigę. Faktem jest, iż system operacyjny Amigi przerastał prehistoryczne okna o wiele, wiele długości - gadżecik w postaci oczu ulokowanych na belce narzędziowej (no i ma się rozumieć śledzących kursor) już wówczas nie był w niej niczym szczególnym.

Ponieważ kilkanaście miesięcy dzieli nas od polskiej premiery łaskawie panującej w świecie okien wersji Vista, powinniśmy pokusić się o próbę podsumowania. Po pierwsze więc - system na pewno jest stabilniejszy niż poprzednie wersje, pracuje sprawnie i lepiej radzi sobie ze sterownikami wszelkiego rodzaju urządzeń peryferyjnych. Jak zwykle ma znacznie wyższe wymagania sprzętowe: potrzebuje lepszego procesora, szybszej karty graficznej i znacznie więcej miejsca na dysku twardym. Jest estetyczniejszy - choć do tej pory specjalistom zatrudnionym w Redmont niespecjalnie z wyrafinowanym gustem graficznym było po drodze.

Bez wątpienia Vista jest systemem nakierowanym na użytkownika: świadczy o tym łatwość, z jaką wygrać można z komputerem w dołączone szachy (przy ustawieniach domyślnych). Pozbawia to nabywcę wszelkich kompleksów, choć nawet przy imponującej statystyce nie powinno się jednak siadać do szachownicy z Darkiem Świerczem. Vista to także zabawka dla gadżeciarzy: boczny pasek stanowi nieograniczone pole do popisu w ulepszaniu. Jednych zafascynują najnowsze wiadomości prosto na pulpit, innych kosz wielkości przeciętnego słonia, jeszcze innych podgląd z kamerki w miejscowości Kingston na Jamajce. Są i znane sprzed dwudziestu lat amigowe oczy śledzące ruchy myszką, co stanowi dobitny dowód, że to co gorsze wreszcie dogoniło coś, co było lepsze.

Sukces Windows jest nie tyle osiągnięciem informatycznym, ile marketingowym. Widać to wyraźnie na laptopach amerykańskiej armii (wymuskanych, w aluminiowych obudowach, z pamięciami flash zamiast twardych dysków) opatrzonych standardowo napisami "Dell" oraz "Windows", ale i w niemal każdym europejskim biurze. Także w biurach urzędników Unii Europejskiej, która - rzecz jasna - oficjalnie popiera konkurencyjnego i darmowego Linuxa. Lekcja udzielona światu przez Billa Gatesa zaczyna się od stwierdzenia, że nie sztuka zrobić, lecz sztuka sprzedać. Potem William mówi nam, że procesy zachodzące w świecie informatyki czy sieci mają swoją ciągłość, którą trzeba zrozumieć. Wykład kończy się stwierdzeniem, że najważniejsza na tym rynku jest determinacja. Właśnie z tych trzech powodów jesteśmy skazani na windowsowego bluesa, który mimo ewidentnych postępów wciąż mógłby być o wiele lepszy. Lepsza dwadzieścia lat temu Amiga skończyła na śmietniku historii, bo w porę nie wykorzystano serii szans. Bo ktoś, kto kupił dobrą firmę nie bardzo wiedział co z nią zrobić. I dlatego do przodu poszło coś zupełnie innego: poszło - wio.


Berdyczów

Miasta Ryga i miejscowości Berdyczów pozornie nic nie łączy. Pozornie, bo obydwa te skupiska ludzkie na trwałe weszły do potocznej, choć nieco już zapomnianej mowy. Powiedzonko "pisz do mnie na Berdyczów" pochodzi z XVIII wieku, gdy w miejscu owym organizowano przeliczne jarmarki, a co za tym idzie także tymczasowe kwatery, których tymczasowość uniemożliwiała skuteczne dostarczenie przesyłek listowych. Adresat powiedzonka miał więc w oględny sposób zrozumieć, że wymiana myśli z nim nie jest mile widziana, ma się odczepić, a mówiąc współcześnie - spadać.

Minęły wieki, komunikacja między ludźmi weszła za sprawą Internetu na orbitę poczty elektronicznej. Łatwej, szybkiej, prostej i wygodnej. Myli się jednak każdy, kto uważa, że obyczaj pisania na Berdyczów upadł: jeden z luminarzy kultury powiatu tarnogórskiego (na ten przykład) szczerze zachęca na swojej stronie www do kontaktów mailowych. Pisze, iż z radością czyta, czeka i tak dalej. No i z całą pewnością odpowie na wszystko, co tylko ludziska do niego napiszą. Sęk w tym, że nawet wyjątkowo dokładna analiza witryny wykazuje kompletny brak adresu pocztowego w jakimkolwiek miejscu.

Inny właściciel strony podaje swój adres w postaci zaszyfrowanej. Zamiast znaku @ umieszcza w eleganckim nawiasie słówko "at". Zmyła (jak sama nazwa wskazuje) ma służyć zmyleniu robotów spamowych dzień i noc penetrujących globalną sieć w poszukiwaniu jeleni zasypywanych później niechcianą pocztą reklamową. Adres taki maszyna zdobywa na stronie www lub innymi tajemnymi sposobami. Ale zmyła myli także mniej wyrobionych użytkowników sieci, którzy potem z uporem godnym lepszej sprawy próbują w polu adresu programu do wysyłania poczty wpisać owo "at" z czego wychodzi klasyczne pisanie na Berdyczów. Niestety - chytre automaty od spamu już dawno nauczyły się nowej sztuczki, więc one piszą jednak tam gdzie trzeba, a jeśli kogoś męczy spam powinien raczej zastanowić się nad porządnym filtrem na serwerze, a nie zastępować małpy nawiasem.

Na Berdyczów pisała też maile swego czasu Platforma Obywatelska: chodziło o bardzo poważną petycję w bardzo poważnej sprawie. Elektronicznych listów wysłano setki. Ujednoliconych, uprzejmych lecz stanowczych. W ferworze politycznych rękoczynów zapomniano jednakowoż, że adresat nie posiada nawet konta bankowego, a co dopiero mówić o obsłudze Outlooka. Politycy z górnych półek (od czasu do czasu pokazywani podczas naciskania klawisza enter, który - dajmy na to - inicjuje podpis elektroniczny) wpatrują się w ekran dziwnie nieprzytomnym wzrokiem. Od razu widać, że sprawy maili załatwiają asystenci, sekretarki lub gabinet polityczny.

"Pisz pan na Berdyczów" - takim tytułem nazwano jeden z działów jednego z miejskich forów. Formułka oznaczać ma sprawy nie wymagające odpowiedzi, nieistotne, bzdurne. Tytuł zgrabny, jeśli jednak spojrzy się na większość forów dyskusyjnych - można raczej dość do wniosku, że pasuje tam bardziej inne powiedzonko. To o Rydze.


Ekranowanie

Telewizyjny ekran starego typu ma proporcje 4 do 3: to pamiątka po czasach, gdy kineskopy były - jak to z większością lamp bywa - okrągłe. Na ekranach tych emitowano czasem panoramiczne kinowe westerny ściskając cały obraz. W związku z tym do dziś żyją ludzie, którzy uważają, iż Clint Eastwood jest chudy jak modliszka i ma trzy metry wzrostu. Ostatnimi czasy odbiorniki stały się znacznie bardziej panoramiczne, co powoduje zjawisko odwrotne: prezenter Kret wygląda jak gdyby miał kilka metrów obwodu, zupełnie jak dąb "Bartek". Lecz to wszystko nic z porównaniu problemami wyświetlania stron www.

Upraszczając nieco możemy przyjąć, iż komputery PC z rodziny 286 pracowały w rozdzielczości ekranu równej 640 pikselom na dłuższym boku. Gdy nastała era Pentium 200 obowiązywał standard mówiący o 800 pikselach; dziś - w dobie dwu- i czterordzeniowych rozwiązań dłuższy bok ekranu ma na ogół 1024 lub 1280 punktów. Autor strony internetowej, zwłaszcza w momencie gdy nie ma wyraźnie określonej większości użytkowników wybierających jakąś rozdzielczość ma więc trzy wyjścia: może zrobić ją z marginesami po lewej i prawej stronie, pozwolić by wystawała poza zasięg ekranu lub umożliwić automatyczne formatowanie tekstu oraz grafiki. Ostatnie z tych rozwiązań większość twórców odrzuca, bo nic ich tak nie razi, jak strona poza kontrolą graficzną; drugiego nienawidzą sami internauci, bo o ile łatwo jest przewijać stronę w górę i w dół, o tyle kierunek lewa - prawa wygodny nie jest.

Oczywiście - nie byłoby problemu, gdyby - wzorem większości aplikacji typowy język strony nie był podatny na zmianę rozdzielczości. Trudno jednak ukryć, że - mimo wielu zmian - html wciąż wygląda, jak gdyby zrobiony został na kolanie i do zupełnie innych celów. Mamy więc tysiące stron, które oglądane na innym komputerze nagle wzbogacone zostają o dziwne - czasem bardzo szerokie - marginesy. Czasem trafi się strona, która wystaje znacznie poza obrys okna przeglądarki. Czasem - a dotyczy to stron, które w nie zmienionej postaci działają od wielu lat - więcej jest pustego miejsca niż właściwej treści.

Żeby było weselej (i bardziej multimedialnie, bo przecież wiele osób ogląda przy pomocy swojego peceta filmy) mamy już monitory, których proporcja boków wynosi 16 do 9. Typowa strona www może więc dorobić się prawdziwie gigantycznych marginesów lub - na odwrót - zmuszać czytacza do ciągłego przewijania w pionie. Problemy te przypominają nieco przypadek pewnego radzionkowskiego przedsiębiorcy, który wielokrotnie żądał dodania bardziej czerwonego koloru do swojej strony ponieważ jego uszkodzony monitor wyświetlał tę barwę wyjątkowo słabo. Osiągnięto co prawda (stosując jako wzorzec jego monitor) zadowalający efekt, jednak cała reszta świata - posiadająca dobre monitory - wariowała z nadmiaru czerwieni. I jeśli jest w tej sprawie coś pocieszającego, to tylko to, że monitory zajmują nam na biurkach coraz mniej miejsca i stają się tak chude jak Clint Eastwood na starym, socjalistycznym telewizorze.


Łeb z wody

Gazetowa opowieść czasu ogórkowego zaczyna się tradycyjnie od spokojnej tafli wody, którą niespodziewanie mąci wynurzający się z głębin łeb potwora. W skali globalnej potworem jest oczywiście taki jeden z Loch Ness, choć funkcjonuje i wersja krajowa, gdzie rolę tajemniczego stwora pełni Paskuda z Zalewu Zegrzyńskiego - jak gdyby samo przebywanie w okolicach Zegrza nie było wystarczającą potwornością. Bieżący sezon w wodne potwory nie obrodził, jednakowoż w ich rolę wcielają się różnorakie zjawiska zaobserwowane przez żurnalistów w Internecie.

Pierwszy łeb wynurzył się już kilka tygodni temu, potworem zaś została strona internetowa wielkiego banku. W banku - jak to w banku - ktoś się pomylił i wierna widownia sieciowa zamiast tej co zawsze witryny ujrzała serwis użytku wewnętrznego z licznie reprezentowanymi danymi osobowymi. Rozległy się więc głosy o złamaniu ustawy o owych danych, pomstowanie oraz liczne proroctwa, iż teraz to już mamy Sodomę a nasze dane nieszczęsne dostępne będą dla każdego i zawsze. Problem - nawet jeśli jest - nie przekracza swoim ciężarem gatunkowym schowanej pod powierzchnią szkockiego jeziora Nessie: trudno dopatrzeć się w sprawie jakiejkolwiek afery. Szkody zaś - nawet jeśli były - zweryfikuje czas. Wszak nawet w tarnogórskim starostwie i to już cztery lata temu doszło do podobnego wypadku - stronę zewnętrzną ktoś zamienił na wewnętrzną, więc przez kilka godzin internauci buszowali po zarządzeniach starosty czy spisie telefonów. Wynikał z tego tylko jeden wniosek: nie wszystkie nazwiska urzędników napisano prawidłowo, zaś jedną z nagranych wówczas kopii dysponuje niżej podpisany (ostatnie zdanie napisano na użytek pani Majsterek, gdyby miała zamiar twierdzić, iż wcale tak nie było).

Drugi łeb z wody wynurzył się przybierając postać nowelizacji ustawy dotyczącej między innymi prawa autorskiego. Z plotek, pogłosek i przesłuchów ogólnopolski dziennik wysnuł przerażający wniosek - namierzeni, schwytani i napiętnowani z pirackiego paragrafu użytkownicy sieci będą mogli zostać ukarani zakazem użytkowania Internetu. Nie wiadomo co prawda jak mogłoby to w praktyce wyglądać, bo o ile da się kogoś odciąć od Protonetu, o tyle nie sposób wymagać od obsługi kawiarenek, by konfrontowała każdego odwiedzającego z krajowym rejestrem skazanych na odcięcie. Daleko zresztą polskiemu systemowi prawa do aż tak kreatywnych rozwiązań amerykańskich i tekstów o zakazie zbliżania się do kogoś na odległość mniejszą niż 50 stóp możemy sobie co najwyżej posłuchać na filmie "Szklana pułapka".

Ponieważ wakacje trwają w najlepsze, niejeden zapewne łeb sieciowy pojawi się na medialnej powierzchni. W związku z powyższym zaleca się zachowanie spokoju - w końcu to dzięki Internetowi kwitnie w kraju wewnętrzna turystyka, łatwiej nam poznać wszystko, co proponuje zagranica, a wczasowicze otrzymali tego roku ofertę bogatą jak nigdy dotąd. No i na prognozy pogody nie trzeba czekać aż do dziennika. Powierzchnia sieciowej wody jest płaska, równa oraz spokojna, nic do niej nie wpada, nic się nie wynurza. Można surfować.


W co nie grać

Każda porządna gazeta powinna od czasu do czasu opublikować recenzję jakiejś gry komputerowej. Robią to nawet opiniotwórcze tygodniki polityczne, miesięczniki dla ludzi sukcesu a nawet prasa kobieca. Recenzja powinna być w stylu babki, co to na dwoje wróżyła: produkcja jest niezła, ale ma wady; jest doskonała, ale trzeba coś poprawić. Wtedy ani wydawca się nie obrazi, ani gracz pretensji miał nie będzie. Ponieważ niniejszy tekst jest - w dziedzinie krytyczno - dżojstikowej debiutem niżej podpisanego, uprasza się o wyrozumiałość gdyby coś było nie tak jak trzeba.

Gra nazywa się "Detektyw Rutkowski", opakowana jest w miarę porządnie (folia), kosztuje 7 złotych i 50 groszy. Na tym jednakowoż kończą się dobre wieści, bo produkcja stanowi festiwal niewykorzystanych szans. Najważniejszą szansą były swojskie klimaty, których w grze ewidentnie brak. Zupełnie pominięto pobyt Krzysztofa Rutkowskiego w bytomskim areszcie, a przecież każdemu z nas zrobiłoby się cieplej na sercu mogąc zobaczyć na ekranie charakterystyczny budynek na rogu Powstańców Warszawskich. W końcu i "dziewiętnastka" tamtędy jeździ, i speed niebezpieczna prędkość 820 z Katowic też. Są za to jakieś oderwane od rzeczywistości misje: aresztowanie dilerów czy odbijanie zakładników.

Całkowicie pominięto w rozgrywce najważniejsze elementy pracy detektywa: występy w telewizji publicznej i komercyjnej, wywiady dla prasy, nakręcanie ostrych reportaży z akcji (bomba - gleba, gleba - bomba), sejmowe przemowy oraz - tak istotne w pracy dochodzeniowej - podkładanie swojego głosu w amerykańskim ( z niemieckimi podtekstami) filmie dla dzieci. Nie ma w grze ani słowa o zakładaniu szkół dla adeptów ochroniarstwa pod medialnym nazwiskiem. Ciekawy jest za to romantyczno - sentymentalny wydźwięk reprezentowany przez grafikę. Wielu osobom w podeszłym wieku przypomni zapewne miłe chwile spędzone nad grami "Wolfenstain 3D", "Doom" czy "Heretic" i w tym sensie produkcja stanowi wdzięczny powrót do przeszłości. W sferze tak zwanej grywalności (przyjemności czerpanej z prowadzenia gry) omawiany produkt plasuje się daleko w tyle za wymienionymi wcześniej. Cała przepaść - niestety na jego niekorzyść - dzieli go od obecnego w systemie Windows pasjansa (namiętnie i bezkrytycznie uprawianego we wszystkich biurach, sekretariatach i dyrektorskich gabinetach świata) czy nieśmiertelnego wisielca.

"Detektyw Rutkowski" nie ma szczególnych wymagań systemowych i idzie na czym się tylko da, korzystnie wygląda na półce czy w kontenerze z płytami CD - głównie za sprawą kreskówkowego wizerunku głównego bohatera K.R. trzymającego w dłoni dymiącą jeszcze spluwę. Widok ten może być powodem wielu ciekawych refleksji, także tej wyrażonej onegdaj w powiedzeniu "jakie czasy - tacy idole". Jeśli więc ktoś chce w Rutkowskiego zagrać (czyli w Rutkowskiego się wcielić) - polecamy tę grę, jeśli nie chce - stanowczo odradzamy. Ktoś powie, że to felieton na sezon ogórkowy. Może i tak, a może trzeba przemyśleć nowe powiedzenie - jacy idole - takie felietony.


Definicja

- A jak nazywa się twój kot? - Sokrates. - No, brawo - widzę, że interesujesz się brazylijskim futbolem. Cytat z komedii stanowi niezłą ilustrację zjawiska zmiany znaczenia różnych pojęć, wśród których pojęcia o internetowym rodowodzie wiodą prym. Na dźwięk słowa "portal" nawet dopiero co odhibernowany profesor historii architektury nie wyobraża już sobie ozdobnego obramienia drzwi, lecz napakowaną informacjami stronę web. W dodatku tendencja ta pogłębia się i wszystko wskazuje na to, iż w najbliższej przyszłości mieć będziemy co najmniej kilka dodatkowych regionalnych portali.

Portal regionalny to taki, którego tematyka krąży wokół spraw obszarowo powiązanych - tak mniej więcej - z województwem bądź krainą geograficzną. Portal lokalny zaś koncentruje się na sprawach miasta bądź powiatu. Dopiero co poczęte portale śląskie kierują więc obfitą korespondencję do portali miejsko - powiatowych wykazując przy tym sporą determinację. Pierwszy poczęty najpierw napisał e-mail, a gdy nie udzielono mu odpowiedzi - zadzwonił. Odpowiedzi nie udzielono mu, ponieważ łaskaw był w tak zwanej propozycji współpracy naopowiadać bzdur, iż jest jedyny tego typu oraz najwspanialszy, zaś prosta analiza jego treści wykazała coś zupełnie odwrotnego. Mamy przecież - i to od dawna - całkiem przyzwoity górnośląski portal MMSilesia, realizujący z dużym powodzeniem ideę dziennikarstwa obywatelskiego. Mamy Silesia Region, choć samorządowy, lecz całkiem sprawnie pracujący wortal Urzędu Marszałkowskiego. Wspaniałość nowego tworu także w znacznym stopniu odbiegała od przyjętych norm ideału. Później mail przysłała konkurencja z kolejnego powstającego portalu śląskiego. Przemiła pani Kowalska (my name is John Smith) zaproponowała powiatowemu portalowi bez ogródek: - Na początku nasza współpraca mogłaby polegać na promocji Państwa treści w naszym serwisie, aby to zrobić wystarczy umieścić odpowiedni kod przy artykule by umożliwić łatwe i szybkie jej dodanie.

Tłumacząc propozycję na ludzki język i porównując ją do nieco innych czynności można powiedzieć pani Kowalskiej, iż w ramach promocji otrzymuje właśnie możliwość bezpłatnego wypielenia ogródka niżej podpisanego (bo okropnie zarósł; ogródek, nie niżej podpisany), co może uczynić najlepiej natychmiast, przyjeżdżając ze stosownymi rękawicami i w stroju roboczym.

Propozycja trzeciego rodzącego się portalu nie została nawet do końca przeczytana, ponieważ już na początku zawierała podobne przechwałki bez pokrycia (mamy oglądalność) oraz propozycje ciężkiej pracy całkowicie za darmo. To że Internet gwałtownie się rozwija jest truizmem, ale widoczna wyraźnie działalność łowców treści pokazuje, że nadal mamy wielu amatorów łatwego i prostego zarobku. Dobry pomysł w sieci wart jest każdych pieniędzy. Niebezpieczeństwo jednak polega na tym, iż po jakimś czasie nieszczęsny zjadacz Internetu może złapać się na tym, że definicja portalu znowu się zmieniła i teraz brzmi mniej więcej tak: portal to strona, która zawiera w sobie kawałki innej strony, która także zawiera w sobie części innych stron www.


Kto to powiedział?

Felieton dedykowany jest wszystkim osobom, które w związku z konfliktem w tarnogórskiej Radzie Miejskiej mają szczery zamiar prowadzić anonimowe kampanie internetowe.

Nikt tak nie lubi dobitnych cytatów jak obywatele USA. Wykształcony Amerykanin posiada głowę nabitą różnymi powiedzeniami od szyi po najwyżej położony włos i rzuca nimi bez opamiętania. W wielu szkołach odbywa się odpytywanie polegające na tym, iż nauczyciel rzuca cytat, zaś zadaniem ucznia jest podanie autora oraz roku, w którym rzeczone słowa zostały wyrzeczone, na przykład - John Kennedy, 1961. Ponieważ Internet jest bez wątpienia wynalazkiem pochodzącym z kraju Waszyngtona, spróbujmy i my przeprowadzić quiz pod tytułem "kto to powiedział".

Cytat pierwszy - "Dzięki Internetowi dowiedziałem się ilu idiotów jest na świecie". Myśl jest - rzecz jasna - dość obraźliwa, jednak każdy kto czytał wypowiedzi komentujące artykuły w Wirtualnej Polsce czy Onecie co najmniej kilka razy w życiu pomyślał sobie coś podobnego. Cytat drugi: "Niemal od początku istnienia sieci zagustowali w niej twórcy, którzy realizowali się dotąd w publicznych toaletach. Nie ma wydarzenia, które nie byłoby przez nich komentowane i nie ma tak absurdalnego komentarza, który nie byłby skomentowany w jeszcze bardziej nonsensowny sposób. A na pewno bardziej wulgarny".

To twórcze rozwinięcie poprzedniej opinii uzupełnione o podejrzenie co też autorzy tak licznie obecni na forach dyskusyjnych porabiali w życiu gdy nie było jeszcze globalnej sieci. Cytat trzeci informuje nas o tym, że aktu wyborczego nie powinno się przeprowadzać przez Internet, ponieważ ludzie tam obecni w ogromnym stopniu podatni są na manipulacje. Istnieje ponadto podejrzenie, iż głosowanie takie odbywałoby się między jednym łykiem piwa a drugim w towarzystwie ściąganego właśnie pornograficznego filmu.

Wszystkie trzy cytaty mają swoją historię, wszystkie trzy wywołały sieciowe burze o różnym natężeniu. Dla poprawy samopoczucia internautów należy jednoznacznie stwierdzić, iż w sieci Anno Domini 2008 nie ma już - i nigdy nie będzie - socjologicznie wyodrębnionej grupy użytkowników sieci. To nie "oni - sieciowcy", lecz my - Polacy. Od najmłodszego do najstarszego, od najbrzydszego do najpiękniejszego, od pozbawionego wykształcenia po profesora pięciu fakultetów, od bankruta po posiadacza konta bankowego z kilkunastoma znakami przed przecinkiem. Dla podniesienia wartości cyberserferów trzeba stwierdzić, że - mimo wszystko - najliczniejsza w sieci jest milcząca większość. Większość zrównoważona i pozbawiona kompleksów, która nie czuje potrzeby odreagowania bólu codzienności. Dla równowagi musimy też dodać, iż nadal słowo "sex" dominuje wśród wyrażeń wpisywanych w pola wyszukiwarki, zaś erotyczny biznes w sieci ma się coraz lepiej. I także dla równowagi uznać trzeba, że we wszechoceanie sieci na bzdurę natknąć się jest wyjątkowo łatwo. A rozwiązanie quizu? Proszę bardzo: Stanisław Lem, Krystyna Bochenek oraz Jarosław Kaczyński.


Kto jest kim

Dziennikarstwo uczestniczące upadło. Niegdyś Günter Wallraff - lewicujący niemiecki żurnalista - po stosownej charakteryzacji - złośliwie penetrował redakcję Bild Zeitung. Na Śląsku mieliśmy Mariana Bijocha z redakcji "Panoramy" pasjami przebierającego się a to za robotnika budowlanego, a to sprzedawcę w katowickim domu handlowym. Z operacji takich powstawały ciekawe relacje o odśrodkowych mechanizmach, których nie sposób wyśledzić obserwując jedynie z zewnątrz. Wydawać by się mogło, że anonimowy, przesycony ludźmi i treścią Internet jest idealnym środowiskiem do takowych poczynań. Niestety - nie.

Co prawda kilka lat temu dziennikarze krajowej "Wyborczej" z wypiekami na twarzy logowali się na erotycznych czatach, by później napisać jak fajnie było, gdy on udawał atrakcyjną dziewczynę, a ona - nie mniej atrakcyjnego młodzieńca. Na tym jednak się skończyło. Fundacje specjalizujące się w społeczeństwie sieciowym zamiast udawać petentów piszą do urzędników wprost i uczciwie, że ten oto mail ma na celu sprawdzanie, czy też jedno starostwo z drugim odpowiada na korespondencję elektroniczną. Dziennikarz zamiast sprowokować na forum dyskusyjnym ciekawą sytuację anonsuje się wprost pisząc, że właśnie tworzy artykuł i potrzebuje tak zwanych cytatów.

Pozornie dziwna sytuacja ma jednak proste wytłumaczenie, które jako żywo przypomina scenę z pewnego filmu, kiedy na jednym balu tańczy kilkudziesięciu gości przebranych w identyczne stroje Zorro. Można bowiem robić za Zorro, jednakowoż traci to sens, gdy Zorro może być każdy. Fałszywa tożsamość jest często w sieci normą. Nawet jeśli na forum dyskusyjnym odezwie się jakiś prominent (na przykład pan Wilk) wcale nie mamy pewności, że to on - równie dobrze możemy czytać wynurzenia dowcipnisia, który pokłada się ze śmiechu czytając kolejne wpisy. Banki już dawno zaprzestały korespondencji sieciowej z klientami z tego samego powodu: fałszywy Zorro wysyła ciągle jakieś prośby o logowanie oraz (na wszelki wypadek) prosi o podanie pięciu kolejnych numerów zdrapek. Pod fałszywą banderą na sieciowym oceanie unoszą się dziesiątki stron, które udają kogoś innego. Klub dyskusyjny chorych na przewlekłą chorobę okazuję się być witryną przedsiębiorstwa farmaceutycznego wciskającego swój towar wszelkimi sposobami.

Wirtualne qui pro quo z całą wyrazistością dotarło też ostatnio do niżej podpisanego, który w czasie czata posła Tomasza Głogowskiego z przyczyn zawodowych rozmowę moderował. Kilkanaście godzin po fakcie pewien młody, a uczestniczący w pogawędce człowiek zadał za pośrednictwem poczty elektronicznej znamienne pytanie - czy poseł był prawdziwy? Fakt - ktoś mógł podłożyć posła fałszywego, podrobionego na Tajwanie i o niższej niż nominalna wartości. W związku z tym uprzejmie informuje się całą publiczność, iż - w miarę skromnych możliwości sprawdzenia tożsamości posła Głogowskiego - tego na czacie uznaliśmy za oryginalnego. I na tym chyba polega prawdziwa internetowa ekstrawagancja - gdy wszystko jest prawdziwe.


Showinizm

Podobno tylko jeden rodzaj szowinizmu zasługuje na pochwałę - szowinizm językowy. Mamy w końcu ustawę o języku polskim, która stoi na straży i obcych naleciałości nie wpuszcza - przynajmniej teoretycznie. Co począć jednak z językiem narodu średniej wielkości, który żyjąc na skrzyżowaniu Europy (a ostatnio nawet cyberświata) tak bardzo podatny jest na naleciałości, że nawet słowo "dom" wziął sobie od starożytnych Rzymian (Romani ite domum). Z początkiem ery elektryczności poprzychodziły od strony zachodzącego słońca różne zicherungi i sztromy, które z czasem udało się zastąpić. Ale nawet kibel sztromu to nic w porównaniu z natłokiem komputerowego słownictwa.

Nawet z pozornie prostym listem elektronicznym mamy poważny problem. Email, emajl, e-mail, eMail, majl, mail czy niby jak? Sprawę udało się załatwić Radzie Języka Polskiego, która zebrawszy się na posiedzeniu plenarnym doszła do wniosku, że najlepiej jest używać słowa e-mail, ale w potocznej mowie dopuszczalna jest forma majl. Potem wyskoczyła archiwizacja, czyli kopiowanie plików w celu ich zabezpieczenia przed zniszczeniem. Słowo wygląda nieźle, ale w słowniku Doroszewskiego napisano jak byk "archiwalizacja", "archiwizacji" zaś tam ani na lekarstwo. I znów przedstawiciel Rady tłumaczy, iż uważa wyraz "archiwizacja" za poprawny, zaś w roku 1952 (kiedy powstawał wymieniony słownik) używano tego pojęcia w zupełnie innym znaczeniu. Jeszcze później wyskoczył problem nazw stron internetowych: otóż należy je pisać tak jak tytuły prasowe - wszystkie wyrazy z dużej litery (z wyjątkiem spójników i przyimków, występujących wewnątrz tych nazw; jeśli nazwa się nie odmienia, wielką literą należy zapisać tylko pierwszy wyraz).

Świat komputerów i Internetu traktowany jest wśród językowych guru bardzo liberalnie - w odróżnieniu od świata marketingu czy reklamy. Jeden z profesorów zapytany przez piarowca (forma poprawna) jak odmieniać "event" odparł z trudem hamując wściekłość, że nie zna takiego słowa. Nawet zasadniczy profesor Miodek, który stoi na straży lepiej niż wszystkie ustawy razem wzięte stanowczo broni laptopa, plotera, kompakta a nawet dżojstika. Mówi że używane powszechnie potrafią dobrze dostosować się do reguł gramatycznych języka polskiego. Tak samo jak Rada Języka wspomina o prawdziwym zagrożeniu tłumaczeniami dosłownymi. Od czasu do czasu - zwłaszcza po artykułach językoznawców w wysokonakładowej prasie - z włożonego w mrowisko kija wyskakuje pocisk. Jedni oburzają się na e-mail: w końcu polskie wyrazy nie zawierają w sobie myślnika. Poza tym piszemy "rajd" a nie "raid", więc z końcówki "il" należy koniecznie zrezygnować. Jeszcze inni twierdzą, że "poczta elektroniczna" oraz "list elektroniczny" pisać należy i basta. Na branżowych forach dyskusyjnych obwody rozgrzały się do czerwoności, zaś argument gonił argument. Wrócił nawet odwieczny problem obywateli Aachen, którzy nie mają bladego pojęcia, że mieszkają w Akwizgranie.

Nie wydaje się jednak, by problemy z pisownią miały być zakałą polskiego Internetu. Wszak to właśnie globalna sieć daje dostęp do niezliczonych poradni, artykułów, opinii: nawet Microsoft prowadzi własną poradnię językową, co tłumaczyć może liczne błędy w zasadniczym produkcie firmy zwanym Windows - tak się pracownicy rozochocili językowo, że nie mają czasu na swoją robotę. Językowy pies pogrzebany jest (hund begraben) zupełnie gdzie indziej. W masie wciąż tworzonych nowych treści bardzo często widać pośpiech. Widać brak czasu wyrażający się rezygnacją ze sprawdzenia poprawności kilku napisanych zdań, lenistwo owocujące już nie jedną błędną formą, ale całym stekiem liter wywołujących spazmatyczny śmiech czytelników. Widać zacietrzewienie, które na forum uzewnętrznia się używaniem wyłącznie otwartego "u" oraz "ż" z kropką. Widać fanatyzm zwolenników wyłącznie małych liter i dinozaurów nie uznających znaków narodowych. Problemem Internetu nie jest to, jak napisać słowo "e-mail", ale to, jak napisać e-mail i sprawdzić jego poprawność.


Codzienny prorok

"Prorok Codzienny" - tak nazywa się gazeta z filmu o Harrym Potterze. Za sprawą magii fotografie w dzienniku poruszają się w animowany sposób ilustrując artykuły dziennikarzy świata czarodziejów. Gazeta robi wrażenie: zapewne w skrytości ducha każdy z papierowych wydawców marzy o takich ruchomych zdjęciach. Ale wystarczy przejść do realiów Internetu, by zobaczyć dokładnie to samo - dziś każda strona www (także gazetowa) ma identyczne rozwiązanie - wszystko porusza się, miga, wabi, na dodatek posługuje się dźwiękiem, emituje filmiki czy spoty reklamowe.

To właśnie elementy multimedialne ilustrują w - nomen omen - obrazowy sposób rozwój sieci. Na początku były skromne, animowane gify: ze swojej natury ograniczone do 256 kolorów, czasem trochę toporne, a jeśli już wyrafinowane graficznie - wtedy niemiłosiernie wielkiej objętości. Później nastała technologia flash: wpierw jako ciekawostka, później - obowiązkowy element każdej przeglądarki internetowej. Jeszcze później otrzymaliśmy dobrodziejstwo transmisji strumieniowych, filmów w przeróżnych formatach, stacji radiowych on line - także bez użycia komputera. Ale ponieważ nawet w wirtualnym świecie trudno o czary, wkrótce okazało się więc, że ta pozorna magia ma swoją cenę, którą trzeba zapłacić i to trzy razy.

Po pierwsze - zarówno streaming, jak i duże multimedialne pliki rozsyłane tradycyjnymi metodami - wymagają dużych szybkości przesyłania danych. Nawet proste flashowe przenikanie bociana Tymka w podziemia Kopalni Zabytkowej na stronie Urzędu Miejskiego w Tarnowskich Górach warte jest bowiem kilkadziesiąt kilobajtów. Pięć minut filmu w rozsądnej jakości (choć niewielkim rozmiarze 320 na 240 pikseli) kosztuje nas kilkadziesiąt megabajtów. Filmy w formacie DVD oznaczają już konieczność pobrania gigabajtów. A ponieważ użytkowników sieci przybywa (zaś wielu z nich chce zobaczyć i bociana, i filmy) - eksperci zaczynają nas straszyć korkami na infostradzie. Operatorzy sieci - zwłaszcza ci pracujący na dużych obszarach - przymierzają się do wymiany protokołów, urządzeń i okablowania, bo przy obecnym rozwoju ruchu internetowego oraz aktualnym stanie infrastruktury totalna blokada grozi nam już za dwa - trzy lata.

Po drugie - od twórców stron www czy projektantów systemów prezentacji danych coraz częściej wymaga się oszczędności także z powodu reakcji odbiorców. Witryna z dziesiątkami migających reklam, odtwarzanymi automatycznie filmami czy dźwiękiem anonsów może robi wrażenie, ale nade wszystko denerwuje. Szary zjadacz Internetu nie wchodzi do niego, by oglądać reklamy - interesuje go treść, a jeśli nie potrafi jej odnaleźć - rezygnuje i raczej do przybytku migotania już nie wróci. Okienko pop - up ma swoją wartość w złotówkach, które wpłyną na konto portalu, ale inną i bolesną ceną będzie spadek oglądalności. Jest sprawą oczywistą, że działalność komercyjna służy rozwojowi witryn, odbiór reklamy w sieci jest jednak zupełnie inny niż w tradycyjnych mediach: granica podatności na reklamę jest tu bowiem znacznie wyższa, dodatkowo działają nawyki i przyzwyczajenia. Szata graficzna Google AdSense dla wielu osób po jakimś czasie staje się przezroczysta - omijają anonse automatycznie, niemal ich nie widząc.

Po trzecie wreszcie - za sprawą terrabajtów i migotania widać wyraźnie, że globalna sieć stała się liczącym graczem w świecie reklamy. Na polskim gruncie w ubiegłym miesiącu okazało się, że - jeśli chodzi o wartość zamówionych reklam - Internet może wylegitymować się lepszymi wynikami finansowymi niż radio. Z tego samego powodu sieć zaczyna się polaryzować: wielcy będą jeszcze więksi, mali zmaleją, aż wreszcie znikną. A wszystko to wywnioskować można z małych, migoczących prostokącików, choć prawdę powiedziawszy, w dziedzinie futurologii Internetu mądrych po prostu nie ma. Do określenia kierunków rozwojowych, tendencji, mód trzeba byłoby znacznie lepszego proroka niż ten codzienny z filmu o Harrym Potterze.


Drugie życie

Nie tak dawno temu był sobie (a na satelitarnych mapach Google to jest i dziś) pewien samolot konstrukcji Antonowa. Stał spokojnie między Strzybnicą a Hanuskiem stanowiąc dowód, iż po pierwszym życiu można mieć drugie. Najpierw wylatał tysiące godzin razem z pilotami wpatrującymi się w oznakowane cyrylicą przyrządy, później - po reinkarnacji - stał się restauracją, przystankiem spragnionego kierowcy oraz atrakcją dla dzieci. Drugie życie nie jest udziałem każdego, ale obserwując to, co wyprawia się w Internecie można dojść do wniosku, że los taki spotkał stare, poczciwe blogi.

Projektowano je onegdaj jako pamiętniki, miały za zadanie cierpliwie czekać aż właściciel co jakiś czas skrobnie łaskawie kilka sympatycznych zdań. Miały być proste w obsłudze, przyjemne, intuicyjne; z założeń takich powstało bardzo ciekawe narzędzie, które umożliwia prezentowanie treści w skali globalnej. Nagle okazało się, że znaczenie słowa "blog" zaczyna się zmieniać. Z pamiętnika na cokolwiek tekstowo - zdjęciowego, z formuły na mechanizm teleinformatyczny, z wynurzeń osobistych na środek masowego przekazu. Bogactwo formalne widać chociażby w konkursie Onet-u (w którym nota bene tarnogórzanka Grażyna Bodora zajęła eksponowane miejsce): sądząc po kategoriach blog może więc być osobisty, profesjonalny, intymny, fotograficzny, literacki czy zwariowany. Są i wideoblogi oraz blogi pisane przez telefon komórkowy. Są szkoły wyższe, które nakazują studentom prowadzenie blogów w celu utrzymania z nimi łączności oraz prezentowania tak zwanych postępów w nauce.

Aby zaspokoić wszystkie wyrafinowane sposoby wyrażania samego siebie musiały powstać ogromne i skomplikowane systemy, które połączyły w jedną całość trzy elementy: serwer na którym jest strona, domenę pod którą ta strona występuje oraz mechanizm tworzenia witryny. Paradoksalnie więc zwykły zjadacz pamiętników otrzymał w sieci znacznie więcej niż przedsiębiorca, który musi sobie to wszystko kupić (czasem w oddzielnych kawałkach). Jednym prostym ruchem blog załatwia wszystko: od a do z. W tym miejscu zaczęło się drugie istnienie sieciowych pamiętników, bo wiele osób zorientowało się, że w prosty sposób może tworzyć swoją stronę www. Do wniosku takiego doszedł autor witryny o Tarnowskich Górach - Krzysztof Gierak, który z powodzeniem wykorzystuje system blox.pl. Podobne doświadczenie spotkało organizatorów tarnogórskiego Dnia Kultury Ulicznej funkcjonujących w blogowej formule na blogspot.com. Podobnie zachował się młodociany (i bardzo ortodoksyjny) twórca setnej już chyba strony poświęconej historii miasta. Ostatnia z wymienionych osób dobrze zresztą ilustruje sieciowy rozwój: po kilku miesiącach działania bloga autor zamienił ją na bardziej elastyczny system cms, a kiedyś - być może - z przedsięwzięcia zrodzi się coś znacznie poważniejszego. Są w powiatowym Internecie operacje, które aż proszą się o zastosowanie blogowego narzędzia: strona obrońców rezerwatu "Segiet" (zwykła statyczna strona przytulona kątem do witryny Suchogórskiego Towarzystwa Społecznego) czy prezentacja Dni Radzionkowa (wykorzystująca mechanizm Joomla).

Blog dobry jest także dlatego, że bez żadnych inwestycji (tak zwane środki finansowe) można to i owo sprawdzić, pozyskać jedną lub druga umiejętność. Można bez przeszkód testować na organizmach żywych internautów czy sprawa którą chcemy się zająć jest nośna społecznie czy też nie. Jeśli się uda - można pójść o krok dalej i zacząć wydawać pieniądze (bo do zarabiania jeszcze długa droga); jeśli się nie uda - system umożliwia ciche i eleganckie wycofanie się oraz posprzątanie sieci po swoich wyczynach. Drugie życie blogów to także metafora działania całego Internetu gdzie niemal wszystko rozwija się żywiołowo, samorzutnie i często młotkiem zaprojektowanym do wbijania gwoździ ludzie potrafią (po owinięciu w szmatkę) polerować drogie limuzyny. Tylko tego samolotu szkoda.


Moneta

Jeden z fundamentalnych eksperymentów psychologii społecznej polegał na pokazywaniu badanym krążków wielkości monety, później zaś samych monet. Udowodniono wówczas, że osoby biedne widzą pieniążek większym niż jest on w rzeczywistości, a bogatsi potrafią prawidłowo porównać wielkość tekturowego krążka i monety. Mimo wszystko - zdecydowana większość społeczeństwa (czego przykładem może być przypowieść o wdowim groszu) nie ma problemu z właściwym podejściem do drobnej waluty. Czasem jednak problem taki pojawia się i eksploduje. A oto przykłady.

Śląski Teatr Tańca z Bytomia postanowił promować się w Internecie, sięgnął więc do wypróbowanej metody rozdawania bezpłatnych zaproszeń. Zwrócił się uroczyście do tarnogórskiego portalu, by za jego pośrednictwem dotrzeć do widzów. Portal ucieszył się, bo odwiedzający lubią dostać coś za darmo, ustalono więc zasady i wylosowano co trzeba. Zaraz po losowaniu okazało się jednak, iż Teatr chce od każdego laureata otrzymać 2 złote tytułem podatku VAT. Powstała więc nowa (przypominająca nieco wojskowe dowcipy) definicja bezpłatnego zaproszenia - to takie - jak sama nazwa wskazuje - które kosztuje 2 złote.

Portal natychmiast uniósł się honorem, przelał na konto teatru cały VAT za osiem osób po czym pięć razy poinformował o przelewie wymieniony Teatr, wyszedł bowiem z założenia, iż skoro obiecał za darmo, to widz jednak powinien wejść za darmo. Pani z teatru odpisała, iż wiadomość o wysłanych pieniądzach przyjęła, wyraziła też żal, że nie można całkiem za darmo. Finały sprawy są dwa. Po pierwsze - nie wiedzieć dlaczego przy wejściu na spektakl od osób, które wylosowały darmochę owe 2 złote jednak pobrano. Po drugie - decyzją zarządu Śląskiego Teatru Tańca - losowania na portalu zostały jednak zwolnione z opłaty, można więc domniemywać, iż cała reszta opisywanych wydarzeń potoczy się mnie więcej w dobrą stronę.

Przykład drugi: bardzo fajna Spółdzielnia Mieszkaniowa "Chemik" z Tarnowskich Gór (bo przecież każda spółdzielnia jest fajna) łaskawa była opublikować na swojej stronie www informację pod znamiennym tytułem "Ile są nam winni lokatorzy mieszkający w naszych zasobach". Z załączonego dokumentu świat dowiaduje się, iż jacyś godni napiętnowania obywatele mieszkający w Krupskim Młynie przy ulicy Dąbrowskiego numer 5 zalegają z opłatami czynszowymi na kwotę jeden złoty trzy grosze. Swoje trzy grosze Spółdzielnia wciska też lokatorom z tejże Krupy - ulica Słowackiego 3 - ponieważ nie uregulowali zadłużenia w wysokości 3 złote 7 groszy. Są rzecz jasna osoby znacznie bardziej zadłużone - komplet sum dostępny jest na witrynie Spółdzielni "Chemik".

Naturalną rzeczą jest spłacanie zobowiązań i nikt nie neguje konieczności uregulowania opłat: problem jednak w tym, iż złotówka (i trzy skrupulatnie wyliczone grosze) może stać się - za sprawą ochrony danych osobowych oraz łatwego do przewidzenia wyniku procesu - najdroższą złotówką w dziejach Spółdzielni, zaś kogo z imienia i nazwiska należy pozwać - także wypisano na stronie www - w dziale "władze spółdzielni". Rejestry dłużników są obecne w Internecie - podlegają jednak szczegółowym regulacjom prawnym: z całą pewnością na listy takie nie trafia złotówkowa zaległość.

Każda złotówka jest ważna i o każdą trzeba dbać. Od kiedy jednak Fenicjanie wymyślili pieniądz, dziwaczne prawo psychologii finansowej zdaje się mówić, iż użyta w złym kontekście moneta nagle zyskuje na negatywnej wartości. Zamienia się w dziesiątki niepotrzebnych pytań, setki wątpliwości, czasem - tysiące zbędnych problemów. W dysponowanie zasobami pieniężnymi wkrada się co jakiś czas zgrzyt z przedrostkiem "mało". Ktoś wychodzi na małostkowego czy małodusznego. Podczas obracania tysiącami i milionami tracimy niekiedy prawidłowy obraz jednego małego pieniążka - jak w eksperymencie sprzed lat.


Londynu nie ma

Wielopokoleniowa rodzina pogrążyła się w zadumie, bo też problem był potężny: co zrobić ze starym, choć sprawnym dziecięcym wózkiem? Wyrzucić szkoda, używać - cóż - obciach. Wreszcie babcia przerwała ciszę: - Wiem! Wyślemy go Emilce do Londynu! Dla pokoleń, które zetknęły się z przychodzącymi z Niemiec paczkami, darami z Francji czy innymi formami charytatywnej pomocy świadczonej przez bogatą Europę jej polskim, ubogim krewnym zjawisko wysyłanie byle czego do Londynu może stanowić niezły szok. Ale to dopiero początek, bo niemal wszystko, co związane z niewiarygodnym desantem polskim na Wyspy Brytyjskie może przyprawić o zawrót głowy, zaś obowiązkowym elementem życia emigranta stał się Internet.

Najpierw za pośrednictwem sieci trzeba znaleźć robotę, później wymienić uwagi na temat pracodawcy, bo przecież po to są fora internetowe i czaty. Jeżeli zatrudnienie ma się odbywać w grupie, grupa ta często powstaje za sprawą Internetu. Potem należy odwiedzić witryny poradnikowe: co z sobą zabrać, gdzie szukać mieszkania, które dzielnice są lepsze, a które gorsze. Następnie należy zarezerwować w teleinformatycznym systemie bilet i już można lecieć. Przed wyjazdem (jeśli ktoś nie załatwił tej sprawy wcześniej) obowiązkowo musimy zapoznać się z oprogramowaniem: standardem są skype, gadu-gadu, warto opanować dodatkowy program obsługujący kamery internetowe.
Za pomocą sieci, software'u i ludzkich działań tworzy się zupełnie nowa rzeczywistość. Dziadkowie w Polsce zachowują się jak zwykle: rozmawiają, sprzątają, czytają, oglądają telewizję, ale co jakiś czas któreś z nich podchodzi do komputera i zerka w obraz przekazany przez sieć. W innym pokoju, kilka tysięcy kilometrów na zachód, swoimi samochodzikami bawi się mocno nieletni wnuk. Kiedy syn wróci z pracy, powie "dzień dobry" nie tylko żonie i dziecku, ale także przyklejonym do monitora rodzicom.

Później zajmie się życiem społecznym: trzeba przecież wybrać burmistrza Londynu. Przed majowymi wyborami duża grupa Polaków działała w organizacji "Poles for Ken" popierając kandydata Kena Livingstone'a, inna grupa zachęcała do głosowania w ogóle pokazując jak wielki wpływ emigracyjna społeczność może mieć na życie miasta. Potem emigrant uda się gdzieś do centrum, by uczestniczyć w życiu kulturalnym: posłuchać najnowszych piosenek polskich grup, obejrzeć wystawę czy pogadać z kumplami. Polskie życie artystyczne Londynu może powalić na kolana bogactwem, jakością, a nade wszystko związkami z życiem społecznym: to w Zjednoczonym Królestwie, a nie nad Wisłą powstała pierwsza pieśń o wydarzeniach z Nangar Khel.

Kiedy nad Tamizą zapada zmrok emigrant siada przed komputerem, by przejrzeć portale tworzone dla niego i przez niego. Jedno z najważniejszych sieciowych miejsc nazywa się "Londynek". Dopiero w Londynku widać, jak ważna jest sieć: z jakim problemem emigranci muszą się zderzyć, z czym się zgadzają, a z czym nie. Nie zgadzają się z doniesieniami polskiej prasy mówiącymi o fali powrotów do kraju. Nie zgadzają się z teorią trudnego życia w obcym kraju. Nie zgadzają się z opinią, iż życie składa się wyłącznie z pracy. Swój świat dzielą na trzy części: Wielką Brytanię, Irlandię i Polskę. Piszą artykuły dyskutują, udzielają sobie porad, dostarczają rozrywki i żyją tak, jak gdyby opiewane w literaturze emigracyjne tęsknoty Mickiewicza były jakimś kosmicznym stworem. Polskę mają w końcu na wyciągnięcie myszy, otwarcie komunikatora, względnie krótki lot z Luton do Pyrzowic. Całymi latami śmialiśmy się z barejowskiej baby w filmie "Miś", która twierdziła, że - w związku z brakiem w urzędowym wykazie - miasta Londyn nie ma. Dziś - także za sprawą globalnej sieci - musimy przyznać jej rację. Nie ma szanowna pani Londynu, nie ma. Jest Londynek.


Zbigniew Markowski


zawartość niniejszej strony dostępna jest także przez połączenie z telefonu komórkowego - możesz czytać felietony z dowolnego miejsca - szczegóły


PORTAL POWIATU TARNOGÓRSKIEGO
www.tg.net.pl -
www.tarnowskiegory.net.pl
e-mail | redakcja Portalu Powiatu Tarnogórskiego
www.gornyslask.net.pl
Tarnowskie Góry 2008