Witryna drogi
Pielgrzymka
jest metaforą ludzkiego życia. Obrazuje drogę,
którą każdy człowiek przechodzi od urodzenia
do śmierci - mijając po drodze innych ludzi,
emocje i wydarzenia. To także rodzaj wspólnoty
dzielącej trudy, ale także wspólnoty wiary, bo
i o nocleg, i o posiłek na trasie przecież nie
tak trudno. Formę tę zna wiele religii (w niektórych
jest wręcz obowiązkowa), zaś do miejsc świętych
chodzono już w czasach starożytnych. Może
dlatego grupa pielgrzymów przemieszczająca się
niemal dokładnie tak samo jak pątnicy pół
tysiąclecia temu kojarzy się z surową, dawną
tradycją. I brakiem styczności z nowoczesną,
sieciową technologią. Nieprawda - to już
przeszłość.
Pielgrzymka
bez teleinformatycznego wsparcia jest przeszłością
już od kilku lat, jednak dopiero tegoroczne
wakacje pokazały co udaje się zrobić przy
pomocy Internetu i sieci GSM. A można sporo -
po pierwsze: bez trudu można zlokalizować z dużą
dokładnością gdzie konkretny pielgrzym się
znajduje, bo jeden z operatorów komórkowych we
współpracy z fundacją "Opoka" uruchomił
odpowiedni system ze wsparciem na stronie www. Można
więc śledzić z domowego stanowiska przy
komputerze postępy na trasie każdej z grup.
Po
drugie - na tym samym pielgrzymkowym portalu
doszło do nieoczekiwanej zmiany ról -
statystycznego pątnika zamieniono w
fotoreportera. Na witrynę docierają bowiem (i
to z prawdziwie internetową prędkością) MMS-y
zawierające zdjęcia. Raz uczestników
pielgrzymki, raz mijanych właśnie miejsc. Albo
stałych fragmentów pątniczego życia: posiłków,
odpoczynków czy modlitwy. Po trzecie -
opisywana witryna e-pielgrzymka.pl zawiera też
elementy życia społecznościowego: fora
dyskusyjne czy znane z innych portali profile użytkowników
z opisem ile też dana osoba ma do przejścia (i
ile już przeszła). Nowi użytkownicy widoczni są
na honorowym miejscu głównej strony - zupełnie
tak samo jak na społecznościowych witrynach w
rodzaju Naszej Klasy. Kwitnie wymiana doświadczeń
taktyczno - technicznych oraz życie
towarzyskie. Jest i krajowa mapa pielgrzymek -
choć niestety jak na razie ogranicza się do
sanktuarium częstochowskiego, a szkoda -
bogactwo lokalnej tradycji pątniczej jest
przecież przeogromne.
Zapędy
komórkowo - internetowe hamuje nieco dział
"komórkowy savoir-vivre" nakazujący wyłączenie
telefonu także w czasie marszu, jednak
nowoczesność pielgrzymowania z portalem nie
podlega żadnym dyskusjom. Nawet sami autorzy
strony z pewną dozą nieśmiałości tłumaczą
się ze swojego przedsięwzięcia oraz argumentują
na koniec: - Nowoczesne technologie na
pielgrzymce? - Czemu nie? Kiedy dobrze zastanowić
się na sensem całej operacji odpowiedź
przychodzi sama. Skoro pielgrzymka ma być
metaforą naszego życia to musimy zauważyć, że
i życie zmieniło się w poważnym stopniu. W
bardzo wielu przypadkach pełne jest komputerów,
routerów, skanerów i wielu jeszcze innych erów
w gąszczu których poruszamy się na co dzień.
Pełne jest SMS-ów, MMS-ów, GPS-ów i GPRS-ów
bez których kiedyś dało się działać, ale
teraz jakoś już się nie daje. Internetowo -
komórkowa pielgrzymka jest więc być może
najlepszą metaforą życia internetowo - komórkowego.
Instrukcja
Wśród
wielu form wypowiedzi słownej bogactwem
możliwości wyróżnia się forma instrukcji
użytkowania. Niżej podpisany miał zaszczyt
przeczytać onegdaj instrukcję użytkowania
sedesu przeznaczoną dla generałów wojska (w
specjalnym i tajnym ośrodku wypoczynkowym dla
generałów): dzieło obszerne, bogate w
przymiotniki a nade wszystko wywołujące całą
masę refleksji. Ostatnia z refleksji była taka,
że na szczęście dla niżej podpisanego nie
jest on generałem. W wojsku niejedno się od
tego czasu zmieniło jednakowoż instrukcje
powyższego typu dotarły ostatnio do Internetu.
Prym
w kategorii "instrukcja roku" wiedzie
bez wątpienia dokument nazwany "Instrukcja
dla aplikacji do pobierania plików oraz
przesyłania plików raportów do MSP przez
serwer WWW" a wypełniać ją muszą
obowiązkowo wszystkie firmy z udziałem
kapitałowym Skarbu Państwa. Na początku trzeba
się zalogować, a login jest prosty: podajemy
regon podmiotu, który to regon ma 14 cyfr.
Możliwe jest jednak, że jakiś wredny podmiot
ma regon składający się nie z 14, a z 9 cyfr,
ale i w tej sytuacji możemy sobie poradzić:
dopełniając dziewięciocyfrowy regon pięcioma
zerami. Hasło zdefiniowano jako ciąg znaków
wybranych przez użytkownika, z wyjątkiem
pierwszego logowania, kiedy to hasło jest
dokładnie takie samo jak regon 14-cyfrowy, chyba
że ktoś ma regon 9-cyfrowy, no ale wtedy
wiadomo: dopełnia się zerami.
Następnie
dowiadujemy się paru spraw na temat wiadomości:
"wiadomości są w całości wyświetlane na
ekranie, tzn. nie ma potrzeby ich
"otwierania" aby zobaczyć treść
wiadomości" oraz otrzymujemy odpowiedź na
pytanie - co dzieli temat wiadomości od
pozostałej treści. Otóż "temat
wiadomości jest wytłuszczony i dzieli go od
pozostałej treści linia odstępu". Z
całą pewnością bez wytłumaczenia problemu
linii oddzielającej użytkownik na pewno
całkowicie by zgłupiał i zawiesił się bez
możliwości restartu. Żeby utrzymać owego
użytkownika w stanie podwyższonej formy
intelektualnej system będzie za każdym razem
wyświetlał całą listę wszystkich
dotychczasowych wiadomości, jednak od czego mamy
instrukcję: "Aby przy następnym
zalogowaniu system nie rozpoczynał od
wyświetlenia wszystkich przeczytanych już
wiadomości należy na zakończenie czytania
wiadomości nacisnąć przycisk
<przeczytano> umieszczony na końcu ekranu
z wiadomościami".
"Ekran"
to ulubione słówko autora instrukcji, bo
przecież "wysyłanie raportów i innych
plików możliwe jest z ekranu uzyskiwanego po
naciśnięciu przycisku <raporty>". W
dalszej części dzieła opisano jeszcze jakie
inne ekrany można uzyskać po naciśnięciu
różnych przycisków. Zgrozę budzi kolejna
sekwencja: "Na wskazany publiczny adres
e-mail wysyłana jest tylko treść wiadomości,
bez załączników. Dobrą praktyką jest zatem
umieszczanie wszystkich informacji wyłącznie w
plikach załączników". Ze zdania tego -
zgodnie z zasadami logiki wynika, że dobra
praktyka gwarantuje ze stuprocentową
pewnością, że nic do adresata nie dotrze.
Dociera za to kolejna refleksja: dobrze jest nie
być generałem, ale prawdziwa rozkosz to
odcięcie się od udziału kapitałowego Skarbu
Państwa.
Vista wio
Niemal
dwadzieścia lat temu pewien fanatyk związany ze
środowiskiem komputera Amiga (a wiedzieć
trzeba, że było to środowisko wrogie
wszystkiemu co przypominało PC, zaś raczkujący
dopiero system Windows w szczególności)
stwierdził, że blaszana konkurencja
oprogramowana przez Microsoft potrzebuje
dwudziestu lat, by dogonić ową Amigę. Faktem
jest, iż system operacyjny Amigi przerastał
prehistoryczne okna o wiele, wiele długości -
gadżecik w postaci oczu ulokowanych na belce
narzędziowej (no i ma się rozumieć
śledzących kursor) już wówczas nie był w
niej niczym szczególnym.
Ponieważ
kilkanaście miesięcy dzieli nas od polskiej
premiery łaskawie panującej w świecie okien
wersji Vista, powinniśmy pokusić się o próbę
podsumowania. Po pierwsze więc - system na pewno
jest stabilniejszy niż poprzednie wersje,
pracuje sprawnie i lepiej radzi sobie ze
sterownikami wszelkiego rodzaju urządzeń
peryferyjnych. Jak zwykle ma znacznie wyższe
wymagania sprzętowe: potrzebuje lepszego
procesora, szybszej karty graficznej i znacznie
więcej miejsca na dysku twardym. Jest
estetyczniejszy - choć do tej pory specjalistom
zatrudnionym w Redmont niespecjalnie z
wyrafinowanym gustem graficznym było po drodze.
Bez
wątpienia Vista jest systemem nakierowanym na
użytkownika: świadczy o tym łatwość, z jaką
wygrać można z komputerem w dołączone szachy
(przy ustawieniach domyślnych). Pozbawia to
nabywcę wszelkich kompleksów, choć nawet przy
imponującej statystyce nie powinno się jednak
siadać do szachownicy z Darkiem Świerczem.
Vista to także zabawka dla gadżeciarzy: boczny
pasek stanowi nieograniczone pole do popisu w
ulepszaniu. Jednych zafascynują najnowsze
wiadomości prosto na pulpit, innych kosz
wielkości przeciętnego słonia, jeszcze innych
podgląd z kamerki w miejscowości Kingston na
Jamajce. Są i znane sprzed dwudziestu lat
amigowe oczy śledzące ruchy myszką, co stanowi
dobitny dowód, że to co gorsze wreszcie
dogoniło coś, co było lepsze.
Sukces
Windows jest nie tyle osiągnięciem
informatycznym, ile marketingowym. Widać to
wyraźnie na laptopach amerykańskiej armii
(wymuskanych, w aluminiowych obudowach, z
pamięciami flash zamiast twardych dysków)
opatrzonych standardowo napisami "Dell"
oraz "Windows", ale i w niemal każdym
europejskim biurze. Także w biurach urzędników
Unii Europejskiej, która - rzecz jasna -
oficjalnie popiera konkurencyjnego i darmowego
Linuxa. Lekcja udzielona światu przez Billa
Gatesa zaczyna się od stwierdzenia, że nie
sztuka zrobić, lecz sztuka sprzedać. Potem
William mówi nam, że procesy zachodzące w
świecie informatyki czy sieci mają swoją
ciągłość, którą trzeba zrozumieć. Wykład
kończy się stwierdzeniem, że najważniejsza na
tym rynku jest determinacja. Właśnie z tych
trzech powodów jesteśmy skazani na windowsowego
bluesa, który mimo ewidentnych postępów
wciąż mógłby być o wiele lepszy. Lepsza
dwadzieścia lat temu Amiga skończyła na
śmietniku historii, bo w porę nie wykorzystano
serii szans. Bo ktoś, kto kupił dobrą firmę
nie bardzo wiedział co z nią zrobić. I dlatego
do przodu poszło coś zupełnie innego: poszło
- wio.
Berdyczów
Miasta
Ryga i miejscowości Berdyczów pozornie nic nie
łączy. Pozornie, bo obydwa te skupiska ludzkie
na trwałe weszły do potocznej, choć nieco już
zapomnianej mowy. Powiedzonko "pisz do mnie
na Berdyczów" pochodzi z XVIII wieku, gdy w
miejscu owym organizowano przeliczne jarmarki, a
co za tym idzie także tymczasowe kwatery,
których tymczasowość uniemożliwiała
skuteczne dostarczenie przesyłek listowych.
Adresat powiedzonka miał więc w oględny
sposób zrozumieć, że wymiana myśli z nim nie
jest mile widziana, ma się odczepić, a mówiąc
współcześnie - spadać.
Minęły
wieki, komunikacja między ludźmi weszła za
sprawą Internetu na orbitę poczty
elektronicznej. Łatwej, szybkiej, prostej i
wygodnej. Myli się jednak każdy, kto uważa,
że obyczaj pisania na Berdyczów upadł: jeden z
luminarzy kultury powiatu tarnogórskiego (na ten
przykład) szczerze zachęca na swojej stronie
www do kontaktów mailowych. Pisze, iż z
radością czyta, czeka i tak dalej. No i z
całą pewnością odpowie na wszystko, co tylko
ludziska do niego napiszą. Sęk w tym, że nawet
wyjątkowo dokładna analiza witryny wykazuje
kompletny brak adresu pocztowego w jakimkolwiek
miejscu.
Inny
właściciel strony podaje swój adres w postaci
zaszyfrowanej. Zamiast znaku @ umieszcza w
eleganckim nawiasie słówko "at".
Zmyła (jak sama nazwa wskazuje) ma służyć
zmyleniu robotów spamowych dzień i noc
penetrujących globalną sieć w poszukiwaniu
jeleni zasypywanych później niechcianą pocztą
reklamową. Adres taki maszyna zdobywa na stronie
www lub innymi tajemnymi sposobami. Ale zmyła
myli także mniej wyrobionych użytkowników
sieci, którzy potem z uporem godnym lepszej
sprawy próbują w polu adresu programu do
wysyłania poczty wpisać owo "at" z
czego wychodzi klasyczne pisanie na Berdyczów.
Niestety - chytre automaty od spamu już dawno
nauczyły się nowej sztuczki, więc one piszą
jednak tam gdzie trzeba, a jeśli kogoś męczy
spam powinien raczej zastanowić się nad
porządnym filtrem na serwerze, a nie
zastępować małpy nawiasem.
Na
Berdyczów pisała też maile swego czasu
Platforma Obywatelska: chodziło o bardzo
poważną petycję w bardzo poważnej sprawie.
Elektronicznych listów wysłano setki.
Ujednoliconych, uprzejmych lecz stanowczych. W
ferworze politycznych rękoczynów zapomniano
jednakowoż, że adresat nie posiada nawet konta
bankowego, a co dopiero mówić o obsłudze
Outlooka. Politycy z górnych półek (od czasu
do czasu pokazywani podczas naciskania klawisza
enter, który - dajmy na to - inicjuje podpis
elektroniczny) wpatrują się w ekran dziwnie
nieprzytomnym wzrokiem. Od razu widać, że
sprawy maili załatwiają asystenci, sekretarki
lub gabinet polityczny.
"Pisz
pan na Berdyczów" - takim tytułem nazwano
jeden z działów jednego z miejskich forów.
Formułka oznaczać ma sprawy nie wymagające
odpowiedzi, nieistotne, bzdurne. Tytuł zgrabny,
jeśli jednak spojrzy się na większość forów
dyskusyjnych - można raczej dość do wniosku,
że pasuje tam bardziej inne powiedzonko. To o
Rydze.
Ekranowanie
Telewizyjny
ekran starego typu ma proporcje 4 do 3: to
pamiątka po czasach, gdy kineskopy były - jak
to z większością lamp bywa - okrągłe. Na
ekranach tych emitowano czasem panoramiczne
kinowe westerny ściskając cały obraz. W
związku z tym do dziś żyją ludzie, którzy
uważają, iż Clint Eastwood jest chudy jak
modliszka i ma trzy metry wzrostu. Ostatnimi
czasy odbiorniki stały się znacznie bardziej
panoramiczne, co powoduje zjawisko odwrotne:
prezenter Kret wygląda jak gdyby miał kilka
metrów obwodu, zupełnie jak dąb
"Bartek". Lecz to wszystko nic z
porównaniu problemami wyświetlania stron www.
Upraszczając
nieco możemy przyjąć, iż komputery PC z
rodziny 286 pracowały w rozdzielczości ekranu
równej 640 pikselom na dłuższym boku. Gdy
nastała era Pentium 200 obowiązywał standard
mówiący o 800 pikselach; dziś - w dobie dwu- i
czterordzeniowych rozwiązań dłuższy bok
ekranu ma na ogół 1024 lub 1280 punktów. Autor
strony internetowej, zwłaszcza w momencie gdy
nie ma wyraźnie określonej większości
użytkowników wybierających jakąś
rozdzielczość ma więc trzy wyjścia: może
zrobić ją z marginesami po lewej i prawej
stronie, pozwolić by wystawała poza zasięg
ekranu lub umożliwić automatyczne formatowanie
tekstu oraz grafiki. Ostatnie z tych rozwiązań
większość twórców odrzuca, bo nic ich tak
nie razi, jak strona poza kontrolą graficzną;
drugiego nienawidzą sami internauci, bo o ile
łatwo jest przewijać stronę w górę i w
dół, o tyle kierunek lewa - prawa wygodny nie
jest.
Oczywiście
- nie byłoby problemu, gdyby - wzorem
większości aplikacji typowy język strony nie
był podatny na zmianę rozdzielczości. Trudno
jednak ukryć, że - mimo wielu zmian - html
wciąż wygląda, jak gdyby zrobiony został na
kolanie i do zupełnie innych celów. Mamy więc
tysiące stron, które oglądane na innym
komputerze nagle wzbogacone zostają o dziwne -
czasem bardzo szerokie - marginesy. Czasem trafi
się strona, która wystaje znacznie poza obrys
okna przeglądarki. Czasem - a dotyczy to stron,
które w nie zmienionej postaci działają od
wielu lat - więcej jest pustego miejsca niż
właściwej treści.
Żeby
było weselej (i bardziej multimedialnie, bo
przecież wiele osób ogląda przy pomocy swojego
peceta filmy) mamy już monitory, których
proporcja boków wynosi 16 do 9. Typowa strona
www może więc dorobić się prawdziwie
gigantycznych marginesów lub - na odwrót -
zmuszać czytacza do ciągłego przewijania w
pionie. Problemy te przypominają nieco przypadek
pewnego radzionkowskiego przedsiębiorcy, który
wielokrotnie żądał dodania bardziej czerwonego
koloru do swojej strony ponieważ jego uszkodzony
monitor wyświetlał tę barwę wyjątkowo
słabo. Osiągnięto co prawda (stosując jako
wzorzec jego monitor) zadowalający efekt, jednak
cała reszta świata - posiadająca dobre
monitory - wariowała z nadmiaru czerwieni. I
jeśli jest w tej sprawie coś pocieszającego,
to tylko to, że monitory zajmują nam na
biurkach coraz mniej miejsca i stają się tak
chude jak Clint Eastwood na starym,
socjalistycznym telewizorze.
Łeb z wody
Gazetowa
opowieść czasu ogórkowego zaczyna się
tradycyjnie od spokojnej tafli wody, którą
niespodziewanie mąci wynurzający się z
głębin łeb potwora. W skali globalnej potworem
jest oczywiście taki jeden z Loch Ness, choć
funkcjonuje i wersja krajowa, gdzie rolę
tajemniczego stwora pełni Paskuda z Zalewu
Zegrzyńskiego - jak gdyby samo przebywanie w
okolicach Zegrza nie było wystarczającą
potwornością. Bieżący sezon w wodne potwory
nie obrodził, jednakowoż w ich rolę wcielają
się różnorakie zjawiska zaobserwowane przez
żurnalistów w Internecie.
Pierwszy
łeb wynurzył się już kilka tygodni temu,
potworem zaś została strona internetowa
wielkiego banku. W banku - jak to w banku - ktoś
się pomylił i wierna widownia sieciowa zamiast
tej co zawsze witryny ujrzała serwis użytku
wewnętrznego z licznie reprezentowanymi danymi
osobowymi. Rozległy się więc głosy o
złamaniu ustawy o owych danych, pomstowanie oraz
liczne proroctwa, iż teraz to już mamy Sodomę
a nasze dane nieszczęsne dostępne będą dla
każdego i zawsze. Problem - nawet jeśli jest -
nie przekracza swoim ciężarem gatunkowym
schowanej pod powierzchnią szkockiego jeziora
Nessie: trudno dopatrzeć się w sprawie
jakiejkolwiek afery. Szkody zaś - nawet jeśli
były - zweryfikuje czas. Wszak nawet w
tarnogórskim starostwie i to już cztery lata
temu doszło do podobnego wypadku - stronę
zewnętrzną ktoś zamienił na wewnętrzną,
więc przez kilka godzin internauci buszowali po
zarządzeniach starosty czy spisie telefonów.
Wynikał z tego tylko jeden wniosek: nie
wszystkie nazwiska urzędników napisano
prawidłowo, zaś jedną z nagranych wówczas
kopii dysponuje niżej podpisany (ostatnie zdanie
napisano na użytek pani Majsterek, gdyby miała
zamiar twierdzić, iż wcale tak nie było).
Drugi
łeb z wody wynurzył się przybierając postać
nowelizacji ustawy dotyczącej między innymi
prawa autorskiego. Z plotek, pogłosek i
przesłuchów ogólnopolski dziennik wysnuł
przerażający wniosek - namierzeni, schwytani i
napiętnowani z pirackiego paragrafu użytkownicy
sieci będą mogli zostać ukarani zakazem
użytkowania Internetu. Nie wiadomo co prawda jak
mogłoby to w praktyce wyglądać, bo o ile da
się kogoś odciąć od Protonetu, o tyle nie
sposób wymagać od obsługi kawiarenek, by
konfrontowała każdego odwiedzającego z
krajowym rejestrem skazanych na odcięcie. Daleko
zresztą polskiemu systemowi prawa do aż tak
kreatywnych rozwiązań amerykańskich i tekstów
o zakazie zbliżania się do kogoś na
odległość mniejszą niż 50 stóp możemy
sobie co najwyżej posłuchać na filmie
"Szklana pułapka".
Ponieważ
wakacje trwają w najlepsze, niejeden zapewne
łeb sieciowy pojawi się na medialnej
powierzchni. W związku z powyższym zaleca się
zachowanie spokoju - w końcu to dzięki
Internetowi kwitnie w kraju wewnętrzna
turystyka, łatwiej nam poznać wszystko, co
proponuje zagranica, a wczasowicze otrzymali tego
roku ofertę bogatą jak nigdy dotąd. No i na
prognozy pogody nie trzeba czekać aż do
dziennika. Powierzchnia sieciowej wody jest
płaska, równa oraz spokojna, nic do niej nie
wpada, nic się nie wynurza. Można surfować.
W co nie grać
Każda
porządna gazeta powinna od czasu do czasu
opublikować recenzję jakiejś gry komputerowej.
Robią to nawet opiniotwórcze tygodniki
polityczne, miesięczniki dla ludzi sukcesu a
nawet prasa kobieca. Recenzja powinna być w
stylu babki, co to na dwoje wróżyła: produkcja
jest niezła, ale ma wady; jest doskonała, ale
trzeba coś poprawić. Wtedy ani wydawca się nie
obrazi, ani gracz pretensji miał nie będzie.
Ponieważ niniejszy tekst jest - w dziedzinie
krytyczno - dżojstikowej debiutem niżej
podpisanego, uprasza się o wyrozumiałość
gdyby coś było nie tak jak trzeba.
Gra
nazywa się "Detektyw Rutkowski",
opakowana jest w miarę porządnie (folia),
kosztuje 7 złotych i 50 groszy. Na tym
jednakowoż kończą się dobre wieści, bo
produkcja stanowi festiwal niewykorzystanych
szans. Najważniejszą szansą były swojskie
klimaty, których w grze ewidentnie brak.
Zupełnie pominięto pobyt Krzysztofa
Rutkowskiego w bytomskim areszcie, a przecież
każdemu z nas zrobiłoby się cieplej na sercu
mogąc zobaczyć na ekranie charakterystyczny
budynek na rogu Powstańców Warszawskich. W
końcu i "dziewiętnastka" tamtędy
jeździ, i speed niebezpieczna prędkość 820 z
Katowic też. Są za to jakieś oderwane od
rzeczywistości misje: aresztowanie dilerów czy
odbijanie zakładników.
Całkowicie
pominięto w rozgrywce najważniejsze elementy
pracy detektywa: występy w telewizji publicznej
i komercyjnej, wywiady dla prasy, nakręcanie
ostrych reportaży z akcji (bomba - gleba, gleba
- bomba), sejmowe przemowy oraz - tak istotne w
pracy dochodzeniowej - podkładanie swojego
głosu w amerykańskim ( z niemieckimi
podtekstami) filmie dla dzieci. Nie ma w grze ani
słowa o zakładaniu szkół dla adeptów
ochroniarstwa pod medialnym nazwiskiem. Ciekawy
jest za to romantyczno - sentymentalny wydźwięk
reprezentowany przez grafikę. Wielu osobom w
podeszłym wieku przypomni zapewne miłe chwile
spędzone nad grami "Wolfenstain 3D",
"Doom" czy "Heretic" i w tym
sensie produkcja stanowi wdzięczny powrót do
przeszłości. W sferze tak zwanej grywalności
(przyjemności czerpanej z prowadzenia gry)
omawiany produkt plasuje się daleko w tyle za
wymienionymi wcześniej. Cała przepaść -
niestety na jego niekorzyść - dzieli go od
obecnego w systemie Windows pasjansa (namiętnie
i bezkrytycznie uprawianego we wszystkich
biurach, sekretariatach i dyrektorskich
gabinetach świata) czy nieśmiertelnego
wisielca.
"Detektyw
Rutkowski" nie ma szczególnych wymagań
systemowych i idzie na czym się tylko da,
korzystnie wygląda na półce czy w kontenerze z
płytami CD - głównie za sprawą kreskówkowego
wizerunku głównego bohatera K.R. trzymającego
w dłoni dymiącą jeszcze spluwę. Widok ten
może być powodem wielu ciekawych refleksji,
także tej wyrażonej onegdaj w powiedzeniu
"jakie czasy - tacy idole". Jeśli
więc ktoś chce w Rutkowskiego zagrać (czyli w
Rutkowskiego się wcielić) - polecamy tę grę,
jeśli nie chce - stanowczo odradzamy. Ktoś
powie, że to felieton na sezon ogórkowy. Może
i tak, a może trzeba przemyśleć nowe
powiedzenie - jacy idole - takie felietony.
Definicja
-
A jak nazywa się twój kot? - Sokrates. - No,
brawo - widzę, że interesujesz się
brazylijskim futbolem. Cytat z komedii stanowi
niezłą ilustrację zjawiska zmiany znaczenia
różnych pojęć, wśród których pojęcia o
internetowym rodowodzie wiodą prym. Na dźwięk
słowa "portal" nawet dopiero co
odhibernowany profesor historii architektury nie
wyobraża już sobie ozdobnego obramienia drzwi,
lecz napakowaną informacjami stronę web. W
dodatku tendencja ta pogłębia się i wszystko
wskazuje na to, iż w najbliższej przyszłości
mieć będziemy co najmniej kilka dodatkowych
regionalnych portali.
Portal regionalny to taki, którego tematyka
krąży wokół spraw obszarowo powiązanych -
tak mniej więcej - z województwem bądź
krainą geograficzną. Portal lokalny zaś
koncentruje się na sprawach miasta bądź
powiatu. Dopiero co poczęte portale śląskie
kierują więc obfitą korespondencję do portali
miejsko - powiatowych wykazując przy tym sporą
determinację. Pierwszy poczęty najpierw
napisał e-mail, a gdy nie udzielono mu
odpowiedzi - zadzwonił. Odpowiedzi nie udzielono
mu, ponieważ łaskaw był w tak zwanej
propozycji współpracy naopowiadać bzdur, iż
jest jedyny tego typu oraz najwspanialszy, zaś
prosta analiza jego treści wykazała coś
zupełnie odwrotnego. Mamy przecież - i to od
dawna - całkiem przyzwoity górnośląski portal
MMSilesia, realizujący z dużym powodzeniem
ideę dziennikarstwa obywatelskiego. Mamy Silesia
Region, choć samorządowy, lecz całkiem
sprawnie pracujący wortal Urzędu
Marszałkowskiego. Wspaniałość nowego tworu
także w znacznym stopniu odbiegała od
przyjętych norm ideału. Później mail
przysłała konkurencja z kolejnego powstającego
portalu śląskiego. Przemiła pani Kowalska (my
name is John Smith) zaproponowała powiatowemu
portalowi bez ogródek: - Na początku nasza
współpraca mogłaby polegać na promocji
Państwa treści w naszym serwisie, aby to
zrobić wystarczy umieścić odpowiedni kod przy
artykule by umożliwić łatwe i szybkie jej
dodanie.
Tłumacząc propozycję na ludzki język i
porównując ją do nieco innych czynności
można powiedzieć pani Kowalskiej, iż w ramach
promocji otrzymuje właśnie możliwość
bezpłatnego wypielenia ogródka niżej
podpisanego (bo okropnie zarósł; ogródek, nie
niżej podpisany), co może uczynić najlepiej
natychmiast, przyjeżdżając ze stosownymi
rękawicami i w stroju roboczym.
Propozycja
trzeciego rodzącego się portalu nie została
nawet do końca przeczytana, ponieważ już na
początku zawierała podobne przechwałki bez
pokrycia (mamy oglądalność) oraz propozycje
ciężkiej pracy całkowicie za darmo. To że
Internet gwałtownie się rozwija jest truizmem,
ale widoczna wyraźnie działalność łowców
treści pokazuje, że nadal mamy wielu amatorów
łatwego i prostego zarobku. Dobry pomysł w
sieci wart jest każdych pieniędzy.
Niebezpieczeństwo jednak polega na tym, iż po
jakimś czasie nieszczęsny zjadacz Internetu
może złapać się na tym, że definicja portalu
znowu się zmieniła i teraz brzmi mniej więcej
tak: portal to strona, która zawiera w sobie
kawałki innej strony, która także zawiera w
sobie części innych stron www.
Kto to powiedział?
Felieton
dedykowany jest wszystkim osobom, które w
związku z konfliktem w tarnogórskiej Radzie
Miejskiej mają szczery zamiar prowadzić
anonimowe kampanie internetowe.
Nikt
tak nie lubi dobitnych cytatów jak obywatele
USA. Wykształcony Amerykanin posiada głowę
nabitą różnymi powiedzeniami od szyi po
najwyżej położony włos i rzuca nimi bez
opamiętania. W wielu szkołach odbywa się
odpytywanie polegające na tym, iż nauczyciel
rzuca cytat, zaś zadaniem ucznia jest podanie
autora oraz roku, w którym rzeczone słowa
zostały wyrzeczone, na przykład - John Kennedy,
1961. Ponieważ Internet jest bez wątpienia
wynalazkiem pochodzącym z kraju Waszyngtona,
spróbujmy i my przeprowadzić quiz pod tytułem
"kto to powiedział".
Cytat
pierwszy - "Dzięki Internetowi
dowiedziałem się ilu idiotów jest na
świecie". Myśl jest - rzecz jasna - dość
obraźliwa, jednak każdy kto czytał wypowiedzi
komentujące artykuły w Wirtualnej Polsce czy
Onecie co najmniej kilka razy w życiu pomyślał
sobie coś podobnego. Cytat drugi: "Niemal
od początku istnienia sieci zagustowali w niej
twórcy, którzy realizowali się dotąd w
publicznych toaletach. Nie ma wydarzenia, które
nie byłoby przez nich komentowane i nie ma tak
absurdalnego komentarza, który nie byłby
skomentowany w jeszcze bardziej nonsensowny
sposób. A na pewno bardziej wulgarny".
To
twórcze rozwinięcie poprzedniej opinii
uzupełnione o podejrzenie co też autorzy tak
licznie obecni na forach dyskusyjnych porabiali w
życiu gdy nie było jeszcze globalnej sieci.
Cytat trzeci informuje nas o tym, że aktu
wyborczego nie powinno się przeprowadzać przez
Internet, ponieważ ludzie tam obecni w ogromnym
stopniu podatni są na manipulacje. Istnieje
ponadto podejrzenie, iż głosowanie takie
odbywałoby się między jednym łykiem piwa a
drugim w towarzystwie ściąganego właśnie
pornograficznego filmu.
Wszystkie
trzy cytaty mają swoją historię, wszystkie
trzy wywołały sieciowe burze o różnym
natężeniu. Dla poprawy samopoczucia
internautów należy jednoznacznie stwierdzić,
iż w sieci Anno Domini 2008 nie ma już - i
nigdy nie będzie - socjologicznie wyodrębnionej
grupy użytkowników sieci. To nie "oni -
sieciowcy", lecz my - Polacy. Od
najmłodszego do najstarszego, od najbrzydszego
do najpiękniejszego, od pozbawionego
wykształcenia po profesora pięciu fakultetów,
od bankruta po posiadacza konta bankowego z
kilkunastoma znakami przed przecinkiem. Dla
podniesienia wartości cyberserferów trzeba
stwierdzić, że - mimo wszystko - najliczniejsza
w sieci jest milcząca większość. Większość
zrównoważona i pozbawiona kompleksów, która
nie czuje potrzeby odreagowania bólu
codzienności. Dla równowagi musimy też dodać,
iż nadal słowo "sex" dominuje wśród
wyrażeń wpisywanych w pola wyszukiwarki, zaś
erotyczny biznes w sieci ma się coraz lepiej. I
także dla równowagi uznać trzeba, że we
wszechoceanie sieci na bzdurę natknąć się
jest wyjątkowo łatwo. A rozwiązanie quizu?
Proszę bardzo: Stanisław Lem, Krystyna Bochenek
oraz Jarosław Kaczyński.
Kto jest kim
Dziennikarstwo
uczestniczące upadło. Niegdyś Günter Wallraff
- lewicujący niemiecki żurnalista - po
stosownej charakteryzacji - złośliwie
penetrował redakcję Bild Zeitung. Na Śląsku
mieliśmy Mariana Bijocha z redakcji
"Panoramy" pasjami przebierającego
się a to za robotnika budowlanego, a to
sprzedawcę w katowickim domu handlowym. Z
operacji takich powstawały ciekawe relacje o
odśrodkowych mechanizmach, których nie sposób
wyśledzić obserwując jedynie z zewnątrz.
Wydawać by się mogło, że anonimowy,
przesycony ludźmi i treścią Internet jest
idealnym środowiskiem do takowych poczynań.
Niestety - nie.
Co
prawda kilka lat temu dziennikarze krajowej
"Wyborczej" z wypiekami na twarzy
logowali się na erotycznych czatach, by
później napisać jak fajnie było, gdy on
udawał atrakcyjną dziewczynę, a ona - nie
mniej atrakcyjnego młodzieńca. Na tym jednak
się skończyło. Fundacje specjalizujące się w
społeczeństwie sieciowym zamiast udawać
petentów piszą do urzędników wprost i
uczciwie, że ten oto mail ma na celu
sprawdzanie, czy też jedno starostwo z drugim
odpowiada na korespondencję elektroniczną.
Dziennikarz zamiast sprowokować na forum
dyskusyjnym ciekawą sytuację anonsuje się
wprost pisząc, że właśnie tworzy artykuł i
potrzebuje tak zwanych cytatów.
Pozornie
dziwna sytuacja ma jednak proste wytłumaczenie,
które jako żywo przypomina scenę z pewnego
filmu, kiedy na jednym balu tańczy
kilkudziesięciu gości przebranych w identyczne
stroje Zorro. Można bowiem robić za Zorro,
jednakowoż traci to sens, gdy Zorro może być
każdy. Fałszywa tożsamość jest często w
sieci normą. Nawet jeśli na forum dyskusyjnym
odezwie się jakiś prominent (na przykład pan
Wilk) wcale nie mamy pewności, że to on -
równie dobrze możemy czytać wynurzenia
dowcipnisia, który pokłada się ze śmiechu
czytając kolejne wpisy. Banki już dawno
zaprzestały korespondencji sieciowej z klientami
z tego samego powodu: fałszywy Zorro wysyła
ciągle jakieś prośby o logowanie oraz (na
wszelki wypadek) prosi o podanie pięciu
kolejnych numerów zdrapek. Pod fałszywą
banderą na sieciowym oceanie unoszą się
dziesiątki stron, które udają kogoś innego.
Klub dyskusyjny chorych na przewlekłą chorobę
okazuję się być witryną przedsiębiorstwa
farmaceutycznego wciskającego swój towar
wszelkimi sposobami.
Wirtualne
qui pro quo z całą wyrazistością dotarło
też ostatnio do niżej podpisanego, który w
czasie czata posła Tomasza Głogowskiego z
przyczyn zawodowych rozmowę moderował.
Kilkanaście godzin po fakcie pewien młody, a
uczestniczący w pogawędce człowiek zadał za
pośrednictwem poczty elektronicznej znamienne
pytanie - czy poseł był prawdziwy? Fakt - ktoś
mógł podłożyć posła fałszywego,
podrobionego na Tajwanie i o niższej niż
nominalna wartości. W związku z tym uprzejmie
informuje się całą publiczność, iż - w
miarę skromnych możliwości sprawdzenia
tożsamości posła Głogowskiego - tego na
czacie uznaliśmy za oryginalnego. I na tym chyba
polega prawdziwa internetowa ekstrawagancja - gdy
wszystko jest prawdziwe.
Showinizm
Podobno
tylko jeden rodzaj szowinizmu zasługuje na
pochwałę - szowinizm językowy. Mamy w końcu
ustawę o języku polskim, która stoi na straży
i obcych naleciałości nie wpuszcza -
przynajmniej teoretycznie. Co począć jednak z
językiem narodu średniej wielkości, który
żyjąc na skrzyżowaniu Europy (a ostatnio nawet
cyberświata) tak bardzo podatny jest na
naleciałości, że nawet słowo "dom"
wziął sobie od starożytnych Rzymian (Romani
ite domum). Z początkiem ery elektryczności
poprzychodziły od strony zachodzącego słońca
różne zicherungi i sztromy, które z czasem
udało się zastąpić. Ale nawet kibel sztromu
to nic w porównaniu z natłokiem komputerowego
słownictwa.
Nawet
z pozornie prostym listem elektronicznym mamy
poważny problem. Email, emajl, e-mail, eMail,
majl, mail czy niby jak? Sprawę udało się
załatwić Radzie Języka Polskiego, która
zebrawszy się na posiedzeniu plenarnym doszła
do wniosku, że najlepiej jest używać słowa
e-mail, ale w potocznej mowie dopuszczalna jest
forma majl. Potem wyskoczyła archiwizacja, czyli
kopiowanie plików w celu ich zabezpieczenia
przed zniszczeniem. Słowo wygląda nieźle, ale
w słowniku Doroszewskiego napisano jak byk
"archiwalizacja",
"archiwizacji" zaś tam ani na
lekarstwo. I znów przedstawiciel Rady tłumaczy,
iż uważa wyraz "archiwizacja" za
poprawny, zaś w roku 1952 (kiedy powstawał
wymieniony słownik) używano tego pojęcia w
zupełnie innym znaczeniu. Jeszcze później
wyskoczył problem nazw stron internetowych:
otóż należy je pisać tak jak tytuły prasowe
- wszystkie wyrazy z dużej litery (z wyjątkiem
spójników i przyimków, występujących
wewnątrz tych nazw; jeśli nazwa się nie
odmienia, wielką literą należy zapisać tylko
pierwszy wyraz).
Świat
komputerów i Internetu traktowany jest wśród
językowych guru bardzo liberalnie - w
odróżnieniu od świata marketingu czy reklamy.
Jeden z profesorów zapytany przez piarowca
(forma poprawna) jak odmieniać "event"
odparł z trudem hamując wściekłość, że nie
zna takiego słowa. Nawet zasadniczy profesor
Miodek, który stoi na straży lepiej niż
wszystkie ustawy razem wzięte stanowczo broni
laptopa, plotera, kompakta a nawet dżojstika.
Mówi że używane powszechnie potrafią dobrze
dostosować się do reguł gramatycznych języka
polskiego. Tak samo jak Rada Języka wspomina o
prawdziwym zagrożeniu tłumaczeniami
dosłownymi. Od czasu do czasu - zwłaszcza po
artykułach językoznawców w wysokonakładowej
prasie - z włożonego w mrowisko kija wyskakuje
pocisk. Jedni oburzają się na e-mail: w końcu
polskie wyrazy nie zawierają w sobie myślnika.
Poza tym piszemy "rajd" a nie
"raid", więc z końcówki
"il" należy koniecznie zrezygnować.
Jeszcze inni twierdzą, że "poczta
elektroniczna" oraz "list
elektroniczny" pisać należy i basta. Na
branżowych forach dyskusyjnych obwody rozgrzały
się do czerwoności, zaś argument gonił
argument. Wrócił nawet odwieczny problem
obywateli Aachen, którzy nie mają bladego
pojęcia, że mieszkają w Akwizgranie.
Nie
wydaje się jednak, by problemy z pisownią
miały być zakałą polskiego Internetu. Wszak
to właśnie globalna sieć daje dostęp do
niezliczonych poradni, artykułów, opinii: nawet
Microsoft prowadzi własną poradnię językową,
co tłumaczyć może liczne błędy w zasadniczym
produkcie firmy zwanym Windows - tak się
pracownicy rozochocili językowo, że nie mają
czasu na swoją robotę. Językowy pies
pogrzebany jest (hund begraben) zupełnie gdzie
indziej. W masie wciąż tworzonych nowych
treści bardzo często widać pośpiech. Widać
brak czasu wyrażający się rezygnacją ze
sprawdzenia poprawności kilku napisanych zdań,
lenistwo owocujące już nie jedną błędną
formą, ale całym stekiem liter wywołujących
spazmatyczny śmiech czytelników. Widać
zacietrzewienie, które na forum uzewnętrznia
się używaniem wyłącznie otwartego
"u" oraz "ż" z kropką.
Widać fanatyzm zwolenników wyłącznie małych
liter i dinozaurów nie uznających znaków
narodowych. Problemem Internetu nie jest to, jak
napisać słowo "e-mail", ale to, jak
napisać e-mail i sprawdzić jego poprawność.
Codzienny prorok
"Prorok
Codzienny" - tak nazywa się gazeta z filmu
o Harrym Potterze. Za sprawą magii fotografie w
dzienniku poruszają się w animowany sposób
ilustrując artykuły dziennikarzy świata
czarodziejów. Gazeta robi wrażenie: zapewne w
skrytości ducha każdy z papierowych wydawców
marzy o takich ruchomych zdjęciach. Ale
wystarczy przejść do realiów Internetu, by
zobaczyć dokładnie to samo - dziś każda
strona www (także gazetowa) ma identyczne
rozwiązanie - wszystko porusza się, miga, wabi,
na dodatek posługuje się dźwiękiem, emituje
filmiki czy spoty reklamowe.
To
właśnie elementy multimedialne ilustrują w -
nomen omen - obrazowy sposób rozwój sieci. Na
początku były skromne, animowane gify: ze
swojej natury ograniczone do 256 kolorów, czasem
trochę toporne, a jeśli już wyrafinowane
graficznie - wtedy niemiłosiernie wielkiej
objętości. Później nastała technologia
flash: wpierw jako ciekawostka, później -
obowiązkowy element każdej przeglądarki
internetowej. Jeszcze później otrzymaliśmy
dobrodziejstwo transmisji strumieniowych, filmów
w przeróżnych formatach, stacji radiowych on
line - także bez użycia komputera. Ale
ponieważ nawet w wirtualnym świecie trudno o
czary, wkrótce okazało się więc, że ta
pozorna magia ma swoją cenę, którą trzeba
zapłacić i to trzy razy.
Po
pierwsze - zarówno streaming, jak i duże
multimedialne pliki rozsyłane tradycyjnymi
metodami - wymagają dużych szybkości
przesyłania danych. Nawet proste flashowe
przenikanie bociana Tymka w podziemia Kopalni
Zabytkowej na stronie Urzędu Miejskiego w
Tarnowskich Górach warte jest bowiem
kilkadziesiąt kilobajtów. Pięć minut filmu w
rozsądnej jakości (choć niewielkim rozmiarze
320 na 240 pikseli) kosztuje nas kilkadziesiąt
megabajtów. Filmy w formacie DVD oznaczają już
konieczność pobrania gigabajtów. A ponieważ
użytkowników sieci przybywa (zaś wielu z nich
chce zobaczyć i bociana, i filmy) - eksperci
zaczynają nas straszyć korkami na infostradzie.
Operatorzy sieci - zwłaszcza ci pracujący na
dużych obszarach - przymierzają się do wymiany
protokołów, urządzeń i okablowania, bo przy
obecnym rozwoju ruchu internetowego oraz
aktualnym stanie infrastruktury totalna blokada
grozi nam już za dwa - trzy lata.
Po
drugie - od twórców stron www czy projektantów
systemów prezentacji danych coraz częściej
wymaga się oszczędności także z powodu
reakcji odbiorców. Witryna z dziesiątkami
migających reklam, odtwarzanymi automatycznie
filmami czy dźwiękiem anonsów może robi
wrażenie, ale nade wszystko denerwuje. Szary
zjadacz Internetu nie wchodzi do niego, by
oglądać reklamy - interesuje go treść, a
jeśli nie potrafi jej odnaleźć - rezygnuje i
raczej do przybytku migotania już nie wróci.
Okienko pop - up ma swoją wartość w
złotówkach, które wpłyną na konto portalu,
ale inną i bolesną ceną będzie spadek
oglądalności. Jest sprawą oczywistą, że
działalność komercyjna służy rozwojowi
witryn, odbiór reklamy w sieci jest jednak
zupełnie inny niż w tradycyjnych mediach:
granica podatności na reklamę jest tu bowiem
znacznie wyższa, dodatkowo działają nawyki i
przyzwyczajenia. Szata graficzna Google AdSense
dla wielu osób po jakimś czasie staje się
przezroczysta - omijają anonse automatycznie,
niemal ich nie widząc.
Po
trzecie wreszcie - za sprawą terrabajtów i
migotania widać wyraźnie, że globalna sieć
stała się liczącym graczem w świecie reklamy.
Na polskim gruncie w ubiegłym miesiącu okazało
się, że - jeśli chodzi o wartość
zamówionych reklam - Internet może
wylegitymować się lepszymi wynikami finansowymi
niż radio. Z tego samego powodu sieć zaczyna
się polaryzować: wielcy będą jeszcze więksi,
mali zmaleją, aż wreszcie znikną. A wszystko
to wywnioskować można z małych, migoczących
prostokącików, choć prawdę powiedziawszy, w
dziedzinie futurologii Internetu mądrych po
prostu nie ma. Do określenia kierunków
rozwojowych, tendencji, mód trzeba byłoby
znacznie lepszego proroka niż ten codzienny z
filmu o Harrym Potterze.
Drugie życie
Nie
tak dawno temu był sobie (a na satelitarnych
mapach Google to jest i dziś) pewien samolot
konstrukcji Antonowa. Stał spokojnie między
Strzybnicą a Hanuskiem stanowiąc dowód, iż po
pierwszym życiu można mieć drugie. Najpierw
wylatał tysiące godzin razem z pilotami
wpatrującymi się w oznakowane cyrylicą
przyrządy, później - po reinkarnacji - stał
się restauracją, przystankiem spragnionego
kierowcy oraz atrakcją dla dzieci. Drugie życie
nie jest udziałem każdego, ale obserwując to,
co wyprawia się w Internecie można dojść do
wniosku, że los taki spotkał stare, poczciwe
blogi.
Projektowano
je onegdaj jako pamiętniki, miały za zadanie
cierpliwie czekać aż właściciel co jakiś
czas skrobnie łaskawie kilka sympatycznych
zdań. Miały być proste w obsłudze, przyjemne,
intuicyjne; z założeń takich powstało bardzo
ciekawe narzędzie, które umożliwia
prezentowanie treści w skali globalnej. Nagle
okazało się, że znaczenie słowa
"blog" zaczyna się zmieniać. Z
pamiętnika na cokolwiek tekstowo - zdjęciowego,
z formuły na mechanizm teleinformatyczny, z
wynurzeń osobistych na środek masowego
przekazu. Bogactwo formalne widać chociażby w
konkursie Onet-u (w którym nota bene
tarnogórzanka Grażyna Bodora zajęła
eksponowane miejsce): sądząc po kategoriach
blog może więc być osobisty, profesjonalny,
intymny, fotograficzny, literacki czy zwariowany.
Są i wideoblogi oraz blogi pisane przez telefon
komórkowy. Są szkoły wyższe, które nakazują
studentom prowadzenie blogów w celu utrzymania z
nimi łączności oraz prezentowania tak zwanych
postępów w nauce.
Aby
zaspokoić wszystkie wyrafinowane sposoby
wyrażania samego siebie musiały powstać
ogromne i skomplikowane systemy, które
połączyły w jedną całość trzy elementy:
serwer na którym jest strona, domenę pod
którą ta strona występuje oraz mechanizm
tworzenia witryny. Paradoksalnie więc zwykły
zjadacz pamiętników otrzymał w sieci znacznie
więcej niż przedsiębiorca, który musi sobie
to wszystko kupić (czasem w oddzielnych
kawałkach). Jednym prostym ruchem blog załatwia
wszystko: od a do z. W tym miejscu zaczęło się
drugie istnienie sieciowych pamiętników, bo
wiele osób zorientowało się, że w prosty
sposób może tworzyć swoją stronę www. Do
wniosku takiego doszedł autor witryny o
Tarnowskich Górach - Krzysztof Gierak, który z
powodzeniem wykorzystuje system blox.pl. Podobne
doświadczenie spotkało organizatorów
tarnogórskiego Dnia Kultury Ulicznej
funkcjonujących w blogowej formule na
blogspot.com. Podobnie zachował się młodociany
(i bardzo ortodoksyjny) twórca setnej już chyba
strony poświęconej historii miasta. Ostatnia z
wymienionych osób dobrze zresztą ilustruje
sieciowy rozwój: po kilku miesiącach działania
bloga autor zamienił ją na bardziej elastyczny
system cms, a kiedyś - być może - z
przedsięwzięcia zrodzi się coś znacznie
poważniejszego. Są w powiatowym Internecie
operacje, które aż proszą się o zastosowanie
blogowego narzędzia: strona obrońców rezerwatu
"Segiet" (zwykła statyczna strona
przytulona kątem do witryny Suchogórskiego
Towarzystwa Społecznego) czy prezentacja Dni
Radzionkowa (wykorzystująca mechanizm Joomla).
Blog
dobry jest także dlatego, że bez żadnych
inwestycji (tak zwane środki finansowe) można
to i owo sprawdzić, pozyskać jedną lub druga
umiejętność. Można bez przeszkód testować
na organizmach żywych internautów czy sprawa
którą chcemy się zająć jest nośna
społecznie czy też nie. Jeśli się uda -
można pójść o krok dalej i zacząć wydawać
pieniądze (bo do zarabiania jeszcze długa
droga); jeśli się nie uda - system umożliwia
ciche i eleganckie wycofanie się oraz
posprzątanie sieci po swoich wyczynach. Drugie
życie blogów to także metafora działania
całego Internetu gdzie niemal wszystko rozwija
się żywiołowo, samorzutnie i często młotkiem
zaprojektowanym do wbijania gwoździ ludzie
potrafią (po owinięciu w szmatkę) polerować
drogie limuzyny. Tylko tego samolotu szkoda.
Moneta
Jeden
z fundamentalnych eksperymentów psychologii
społecznej polegał na pokazywaniu badanym
krążków wielkości monety, później zaś
samych monet. Udowodniono wówczas, że osoby
biedne widzą pieniążek większym niż jest on
w rzeczywistości, a bogatsi potrafią
prawidłowo porównać wielkość tekturowego
krążka i monety. Mimo wszystko - zdecydowana
większość społeczeństwa (czego przykładem
może być przypowieść o wdowim groszu) nie ma
problemu z właściwym podejściem do drobnej
waluty. Czasem jednak problem taki pojawia się i
eksploduje. A oto przykłady.
Śląski
Teatr Tańca z Bytomia postanowił promować się
w Internecie, sięgnął więc do wypróbowanej
metody rozdawania bezpłatnych zaproszeń.
Zwrócił się uroczyście do tarnogórskiego
portalu, by za jego pośrednictwem dotrzeć do
widzów. Portal ucieszył się, bo odwiedzający
lubią dostać coś za darmo, ustalono więc
zasady i wylosowano co trzeba. Zaraz po losowaniu
okazało się jednak, iż Teatr chce od każdego
laureata otrzymać 2 złote tytułem podatku VAT.
Powstała więc nowa (przypominająca nieco
wojskowe dowcipy) definicja bezpłatnego
zaproszenia - to takie - jak sama nazwa wskazuje
- które kosztuje 2 złote.
Portal
natychmiast uniósł się honorem, przelał na
konto teatru cały VAT za osiem osób po czym
pięć razy poinformował o przelewie wymieniony
Teatr, wyszedł bowiem z założenia, iż skoro
obiecał za darmo, to widz jednak powinien
wejść za darmo. Pani z teatru odpisała, iż
wiadomość o wysłanych pieniądzach przyjęła,
wyraziła też żal, że nie można całkiem za
darmo. Finały sprawy są dwa. Po pierwsze - nie
wiedzieć dlaczego przy wejściu na spektakl od
osób, które wylosowały darmochę owe 2 złote
jednak pobrano. Po drugie - decyzją zarządu
Śląskiego Teatru Tańca - losowania na portalu
zostały jednak zwolnione z opłaty, można więc
domniemywać, iż cała reszta opisywanych
wydarzeń potoczy się mnie więcej w dobrą
stronę.
Przykład
drugi: bardzo fajna Spółdzielnia Mieszkaniowa
"Chemik" z Tarnowskich Gór (bo
przecież każda spółdzielnia jest fajna)
łaskawa była opublikować na swojej stronie www
informację pod znamiennym tytułem "Ile są
nam winni lokatorzy mieszkający w naszych
zasobach". Z załączonego dokumentu świat
dowiaduje się, iż jacyś godni napiętnowania
obywatele mieszkający w Krupskim Młynie przy
ulicy Dąbrowskiego numer 5 zalegają z opłatami
czynszowymi na kwotę jeden złoty trzy grosze.
Swoje trzy grosze Spółdzielnia wciska też
lokatorom z tejże Krupy - ulica Słowackiego 3 -
ponieważ nie uregulowali zadłużenia w
wysokości 3 złote 7 groszy. Są rzecz jasna
osoby znacznie bardziej zadłużone - komplet sum
dostępny jest na witrynie Spółdzielni
"Chemik".
Naturalną
rzeczą jest spłacanie zobowiązań i nikt nie
neguje konieczności uregulowania opłat: problem
jednak w tym, iż złotówka (i trzy skrupulatnie
wyliczone grosze) może stać się - za sprawą
ochrony danych osobowych oraz łatwego do
przewidzenia wyniku procesu - najdroższą
złotówką w dziejach Spółdzielni, zaś kogo z
imienia i nazwiska należy pozwać - także
wypisano na stronie www - w dziale "władze
spółdzielni". Rejestry dłużników są
obecne w Internecie - podlegają jednak
szczegółowym regulacjom prawnym: z całą
pewnością na listy takie nie trafia
złotówkowa zaległość.
Każda
złotówka jest ważna i o każdą trzeba dbać.
Od kiedy jednak Fenicjanie wymyślili pieniądz,
dziwaczne prawo psychologii finansowej zdaje się
mówić, iż użyta w złym kontekście moneta
nagle zyskuje na negatywnej wartości. Zamienia
się w dziesiątki niepotrzebnych pytań, setki
wątpliwości, czasem - tysiące zbędnych
problemów. W dysponowanie zasobami pieniężnymi
wkrada się co jakiś czas zgrzyt z przedrostkiem
"mało". Ktoś wychodzi na
małostkowego czy małodusznego. Podczas
obracania tysiącami i milionami tracimy niekiedy
prawidłowy obraz jednego małego pieniążka -
jak w eksperymencie sprzed lat.
Londynu nie ma
Wielopokoleniowa
rodzina pogrążyła się w zadumie, bo też
problem był potężny: co zrobić ze starym,
choć sprawnym dziecięcym wózkiem? Wyrzucić
szkoda, używać - cóż - obciach. Wreszcie
babcia przerwała ciszę: - Wiem! Wyślemy go
Emilce do Londynu! Dla pokoleń, które
zetknęły się z przychodzącymi z Niemiec
paczkami, darami z Francji czy innymi formami
charytatywnej pomocy świadczonej przez bogatą
Europę jej polskim, ubogim krewnym zjawisko
wysyłanie byle czego do Londynu może stanowić
niezły szok. Ale to dopiero początek, bo niemal
wszystko, co związane z niewiarygodnym desantem
polskim na Wyspy Brytyjskie może przyprawić o
zawrót głowy, zaś obowiązkowym elementem
życia emigranta stał się Internet.
Najpierw
za pośrednictwem sieci trzeba znaleźć robotę,
później wymienić uwagi na temat pracodawcy, bo
przecież po to są fora internetowe i czaty.
Jeżeli zatrudnienie ma się odbywać w grupie,
grupa ta często powstaje za sprawą Internetu.
Potem należy odwiedzić witryny poradnikowe: co
z sobą zabrać, gdzie szukać mieszkania, które
dzielnice są lepsze, a które gorsze. Następnie
należy zarezerwować w teleinformatycznym
systemie bilet i już można lecieć. Przed
wyjazdem (jeśli ktoś nie załatwił tej sprawy
wcześniej) obowiązkowo musimy zapoznać się z
oprogramowaniem: standardem są skype, gadu-gadu,
warto opanować dodatkowy program obsługujący
kamery internetowe.
Za pomocą sieci, software'u i ludzkich działań
tworzy się zupełnie nowa rzeczywistość.
Dziadkowie w Polsce zachowują się jak zwykle:
rozmawiają, sprzątają, czytają, oglądają
telewizję, ale co jakiś czas któreś z nich
podchodzi do komputera i zerka w obraz przekazany
przez sieć. W innym pokoju, kilka tysięcy
kilometrów na zachód, swoimi samochodzikami
bawi się mocno nieletni wnuk. Kiedy syn wróci z
pracy, powie "dzień dobry" nie tylko
żonie i dziecku, ale także przyklejonym do
monitora rodzicom.
Później
zajmie się życiem społecznym: trzeba przecież
wybrać burmistrza Londynu. Przed majowymi
wyborami duża grupa Polaków działała w
organizacji "Poles for Ken" popierając
kandydata Kena Livingstone'a, inna grupa
zachęcała do głosowania w ogóle pokazując
jak wielki wpływ emigracyjna społeczność
może mieć na życie miasta. Potem emigrant uda
się gdzieś do centrum, by uczestniczyć w
życiu kulturalnym: posłuchać najnowszych
piosenek polskich grup, obejrzeć wystawę czy
pogadać z kumplami. Polskie życie artystyczne
Londynu może powalić na kolana bogactwem,
jakością, a nade wszystko związkami z życiem
społecznym: to w Zjednoczonym Królestwie, a nie
nad Wisłą powstała pierwsza pieśń o
wydarzeniach z Nangar Khel.
Kiedy
nad Tamizą zapada zmrok emigrant siada przed
komputerem, by przejrzeć portale tworzone dla
niego i przez niego. Jedno z najważniejszych
sieciowych miejsc nazywa się
"Londynek". Dopiero w Londynku widać,
jak ważna jest sieć: z jakim problemem
emigranci muszą się zderzyć, z czym się
zgadzają, a z czym nie. Nie zgadzają się z
doniesieniami polskiej prasy mówiącymi o fali
powrotów do kraju. Nie zgadzają się z teorią
trudnego życia w obcym kraju. Nie zgadzają się
z opinią, iż życie składa się wyłącznie z
pracy. Swój świat dzielą na trzy części:
Wielką Brytanię, Irlandię i Polskę. Piszą
artykuły dyskutują, udzielają sobie porad,
dostarczają rozrywki i żyją tak, jak gdyby
opiewane w literaturze emigracyjne tęsknoty
Mickiewicza były jakimś kosmicznym stworem.
Polskę mają w końcu na wyciągnięcie myszy,
otwarcie komunikatora, względnie krótki lot z
Luton do Pyrzowic. Całymi latami śmialiśmy
się z barejowskiej baby w filmie
"Miś", która twierdziła, że - w
związku z brakiem w urzędowym wykazie - miasta
Londyn nie ma. Dziś - także za sprawą
globalnej sieci - musimy przyznać jej rację.
Nie ma szanowna pani Londynu, nie ma. Jest
Londynek.
Zbigniew Markowski
|