Rzeczy, które ostatnio podniosły mi poziom adrenaliny

Rzeczy, które ostatnio podniosły mi poziom adrenaliny:

1. Skacząc po programach zawiesiłam oko na tym, co to „boso przez świat” (tym razem miał buty na nogach). Relacjonuje wizytę u pewnego obywatela w Teksasie. Cytuję z pamięci: „z dumą pokazuje mi swoją kolekcję broni palnej, którą ma w swoim domu do dyspozycji. Z zazdrością patrzyłem na tę kolekcję, bo co ja gnębiony przez unijne ograniczenia mogę sobie kupić? Może łuk?” W rękach takiego głupka i łuk może być niebezpieczny.

2. Zabrałam się do lektury książki napisanej przez profesora Uniwersytetu Śląskiego – rzecz ciekawa: o spadłem z nieba na ludzi nieśmiertelności. Komiczna, z nutką refleksyjnej zadumy. Gdyby nie – no co? - wulgaryzmy, na każdej stronie po dziesięć. Przeczytałam do końca i wzięło mnie na rozmyślania. Czy jest jeszcze poza panią Olgą Bednarczuk i panem Wiesławem Myśliwskim ktoś, kto pisze bez wulgaryzmów. Tak, jeszcze pan Artur Domosławski. Dzwonię do mojej córki Alicji, by zapytać, jak to jest w literaturze kanadyjskiej i – o zgrozo – ta literacka maniera jest już ogólnoświatowa. Moja córka uzmysłowiła mi, że po prostu pewne wyrazy, które były wulgarne (i są dla mnie nimi nada) stały się wyrazami potocznymi i radzi mi, by tak zaczęła je traktować.

Nie wiem, czy kiedykolwiek zaakceptuję – cytuję z książki profesora – takie określenia: „naje...am się przy tej kolacji”. Bo mogło to brzmieć „napracowałam się”, bądź „namachałam się przy tej kolacji”. Pewnie umrę jako purysta językowy wołający na puszczy. Profesorze – nie się pan wstydzi!




Co po pandemii - model demokracji

Pisałam już na temat „co pandemii” - dzisiaj ciąg dalszy, ale z nieco innej strony. Pandemia spowodowała lub przyspieszyła kryzys demokracji parlamentarnej, zwanej również demokracją pośrednią, czyli idziemy (albo i nie) do wyborów i wybieramy przedstawicieli, którzy mają nami rządzić i tu rola ludu się kończy. Pozwalamy sobie, a jakże, na krytykowanie i psioczenie na tych przez nas wybranych i w ten sposób udajemy, że mamy coś do powiedzenia.

Czas pandemii unaocznił bardzo wyraźnie, że demokracja przedstawicielska już się nie nadaje. Co dalej? Są inne formy demokracja. Każdy kryzys, a w taki teraz tkwimy, jest dobrym czasem na przemyślenie różnych rzeczy – zarówno tych personalnych, jak i społecznych. Jako społeczeństwo osiągnęliśmy to, co socjologia określa jako tak zwaną masę krytyczną czyli ten stan, kiedy lud krzyczał „dosyć” i szedł na barykady.

W cywilizowanym świecie odbywa się to już inaczej. „Buntownicy” przejmują władzę wygrywając wybory, czyli stosują starą metodę demokracji przedstawicielskiej. To osiągnąć jest w zasadzie najprościej. Wystarczy przez jakiś czas powtarzać i powtarzać, czego to „oni” nie zrobili, choć wam to solennie obiecywali. Jeżeli w tym miejscu „buntownicy” nie przedstawią 100% programu, szczegółowego planu zmian, to za parę lat czeka ich „powtórka z rozrywki”. By do tego nie doszło, trzeba wiedzieć czego się chce. Bardzo wyraźnie widać, iż społeczeństwu w Polsce odpowiada model samorządowy. Model samorządowy jest odwróceniem do góry nogami modelu przedstawicielskiego. Trzeba odwrócić piramidę układów, by ci co są na dole (zdecydowana większość) mogli decydować sobą, zarządzać (to jest właśnie samorząd! ) a wybrani przez nich przedstawiciele mają realizować to, co przykazane.

Pocieszającym zjawiskiem jest to, że samorządy w Polsce nie są „ziemią nieznaną”, ale nie powinny się zamykać w strukturach: Rada Powiatu, Rada Miasta, Rada Gminy. Samorządzenie to przede wszystkim działanie obywatelskie i demokratyczne. Na tym polu – bardzo słabo. Dlaczego? C zrobić?
1. Uświadamianie. Od przedszkola ma się uczyć obywatel, co to znaczy być obywatelem.
2. Konsultacje społeczne, panele obywatelskie mają sens, są bardzo potrzebne. Trzeba zerwać z takimi poglądami - „to nic nie zmieni, i tak zrobią po swojemu”.
3. Nauczyć tych, których wybraliśmy, że są odpowiedzialni nie przed Bogiem i historią, tylko przed tymi, którzy ich wybrali.
Marzy mi się, by Polska stała się państwem obywatelskim.




Stan wrzenia spowodowany zorganizowaną zawiścią

Temat mojego dzisiejszego „monologu” jest spontaniczny. Tym, co zmusiło mnie do wyboru właśnie tego tematy było:

a) felieton pana Daniela Passenta w „Polityce” o Marcelu Reichu – Ranickim
b) książka pana Artura Domosławskiego „Wygnaniec” o Zygmuncie Baumanie

Zarówno felieton, jak i i książka doprowadziły mnie do stanu wrzenia. Dlaczego? Pan Daniel Passent cytuje fragmenty polskiej Wikipedii o Marcelu Reich – Ranickim podsumowując słowami „ręce i spodnie opadają, kiedy człowiek dowiaduje się, że nasza polska Wikipedia jako jedyna nie wspomina słowem, iż R. R. był jednym z najważniejszych krytyków w Europie, wyrocznią, znawcą i promotorem literatury polskiej. W kręgu języka niemieckiego jego opinia przesądzała, czy książka będzie bestsellerem, czy cegłą”!

Dodam, że wszystkie Wikipedie w innych krajach podają, że był współtwórcą „Grupy 47”, z której wywodzą się wszyscy znaczący pisarze niemieckojęzyczni i nobliści. Polska Wikipedia natomiast podaje: „funkcjonariusz wywiadu PRL, kapitan Wydziału II Departamentu VI Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, cenzor Ludowego Wojska Polskiego. Z Marcelem Reich – Ranickim „zetknęłam się” w latach dziewięćdziesiątych, kiedy w telewizji niemieckiej ARD prowadził „Kwartet literacki” czyli był wyrocznią w krytyce literackiej.

Hasła z Wikipedii i moja znajomość z Marcelem Reich – Ranickim z „Kwartetu literackiego musiała zaowocować moim słusznym gniewem, bo hasła z Wikipedii (napisane chyba przez samego doktora Greniucha) czytają wszyscy, a „Kwartetu literackiego” tylko niewielu.

Drugi powód, który spowodował, iż wznosząc ręce ku niebiesiom zawołałam „Panie, ty widzisz i nie grzmisz” to to, jak władza w Polsce i świat nauki potraktował Zygmunta Baumana po raz pierwszy w roku 1968 i ponownie w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. To, co się działo w 1968 roku było mi znane, to co w latach dziewięćdziesiątych poznałam czytając „Wygnańca”. Nie będę przedstawiać szczegółów obu wydarzeń – odsyłam do książki pana Artura Domosławskiego, za którą osobiście gorąco autorowi dziękuję. Chcę jednak podkreślić różnicę, aurę jaka towarzyszyły pierwszemu i drugiemu wygnaniu. Rok 1968 – na szeroką skalę zakrojona akcja „oczyszczania” Polski z żydostwa. Zygmunt Bauman, profesor Uniwersytetu Warszawskiego był cząstką tej akcji – ofiarą – parszywym Żydem. W latach dziewięćdziesiątych naukowiec światowego formatu, doktor honoris causa 29 największych uniwersytetów z ogromnym dorobkiem naukowym przybywa do Polski, witany przez narodowców z jadem nienawiści, a przez „świat uniwersytecki” zmową milczenia (jeden z nich napisał o nich per „ten eseista”. Po paru próbach pobytu w Polsce Bauman ostatecznie rezygnuje.

Kiedy już opadły moje emocje to „na zimno” próbowałam zastanowić się, dlaczego dochodzi ciągle u nas do tak drastycznych wydarzeń. Dlaczego krzywdzi się ludzi, którym powinniśmy stawiać pomniki. Opisane przeze mnie dwie wypowiedzi to bardzo niewielka część ogromnej całości. Czy w tych „moich” przypadkach chodzi tylko o to, że „Żydzi”? Chyba nie! Pan Artur Domosławski wspomina o chorobie polskiej duszy. I to jest chyba to! Choroba polskiej duszy. Na co jest chora? Na nacjonalizm, na wypaczone widzenie świata, na zawiść. Zacznę od trzeciej choroby. Melchior Wańkowicz napisał kiedyś coś, co jest najtrafniejszą definicją zawiści: zawiści szewc kanonikowi, że został prałatem. To jest zawiść, nie zazdrość. Zazdrość ma jakieś racjonalne podłoże, bo zazdrościmy tego, co sami możemy też osiągnąć. Natomiast zawiść jest irracjonalna, szewc nigdy nie może zostać prałatem, czyli zawiścimy, bo nasza dusza jest chora.

Dlatego to, co pisano po polsku o Marcelu Raich – Ranickim i Zygmuncie Baumanie to jest zawiść i nacjonalizm. Pozostaje nam choroba trzecia – nasz obraz świata – zawsze czarno – biały. Przylepia się etykietkę – komuch, szpieg, zdrajca ojczyzny i tak dalej – i dzieli się na: nasz człowiek lub za burtę! Oby nasza dusza i wszystkie dusze wyleczyły się, czego sobie i Wam jak zwykle życzy

Alfreda Garczarek - Bendkowska




O obostrzeniach, politykach i uniwersytetach słów kilka

Ucieszyłam się niepomiernie, że od 12-go lutego poluzuje się to i owo. Podobno na dwa tygodnie, by zastosować ulubioną przez władzę metodę prób i błędów. Dobre i to! Przez dwa tygodnie mogę chodzić do knajp, do kina, może zahaczę o jakieś muzeum i zagoszczę w teatrze. Może zaliczę koncert mojej ulubionej Hanny Banaszak, którego pozbawiono mnie w listopadzie 2020 roku. Te wszystkie przyjemności oddałabym bez żalu za powrót dzieci i młodzieży do szkół.

W ubiegłą sobotę rozmawiałam z paroma uczniami szkoły podstawowej, którzy uczą się zdalnie. Gdybym miała teraz dziecko w wieku szkolnym, to poruszyłabym wszystkie moce niebiańskie i piekielne, zorganizowałabym taki protest jak Polska długa i szeroka, że runęłyby mury Jerycha. Pisałam już o tym, jakie szkody młodym ludziom przynosi to zamknięcie ich w domach. Jeżeli są kraje, które od początku pandemii mają otwarte szkoły i dzieci nie są dziesiątkowane prze COVID 19 to widocznie tak można. Rodzice, nauczyciele – dlaczego wasze głosy nie grzmią jak trąby jerychońskie? Może uważacie, że z „tą władzą” się nie da? To prawda, władzę mamy taką, że zachodzi pytanie, skąd oni wszyscy się wzięli. Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi, ponieważ to „skąd oni się wzięli” ma związek z bardzo niedobrym zjawiskiej, jakie od dłuższego czasu dzieje się nie tylko w Polsce, ale – zaryzykuję to stwierdzenie – to zjawisko obejmuje kraje z raczkującą demokracją.

Osobiście uważam, że do polityki wchodzą coraz „gorsi” ludzie. Obserwując działania pewnych ministrów, parlamentarzystów, dyrektorów spółek, naczelnych urzędów zadaję sobie pytanie, kto was wykształcił, kto was wychował, no kto? Rodzice szkoła, uczelnie. Zostańmy chwilę przy uczelniach, a ściślej przy uniwersytetach. Czym był uniwersytet? Kulturowy tygiel, kuźnia najświetlejszych. Czym się stał? Dochodową fabryką profesjonalistów z wiedzą. Zatracił refleksyjną naturę i kulturę, stał się producentem fachowców. To właśnie powinno być domeną wszystkich innych uczelni. Utopijnym marzeniem jest przywrócenie uniwersytetom ich średniowiecznej roli, ale zamachy na autonomię, nakazy i zakazy są zbrodnią. Ja chcę, by profesor uniwersytetu był utożsamiany z ogromną wiedzą, kulturą, obyczajami i nienagannym wychowaniem.

Przez codzienność życia publicznego przewijają się setki profesorów, ale ilu z nich błyszczy akademicką kulturą w publicznych debatach? Jeżeli odejdą profesor Ewa Łętowska, profesor Małgorzata Gersdorf, profesor Andrzej Zoll, profesor Andrzej Rzepliński i jeszcze kilku – co zostanie – ugór uprawiany przez też profesorów, którzy debatę zamieniają w serwowane ad hoc prawdy objawione.

Debaty publiczne, instytucje takie jak Trybunał Konstytucyjny, Rzecznik Praw Obywatelskich, Rzecznik Praw Dziecka są solą demokracji. Dlatego muszą w nich być najlepsi. Poprzez debaty publiczne, poprzez wyżej wymienione instytucje vox populi dociera do władzy (powinien) i władza powinna go słuchać. Jeżeli tak nie jest, demokracji kruszą się fundamenty i przechodzi we władzę autorytarną. To się dzieje na Węgrzech i w Polsce. Miejmy naszieję, że do finiszu nie dojdzie

czego jak zwykle sobie i Państwu życzy Alfreda Bendkowska

PS. Kiedy niepokorni hotelarze, restauratorzy et consortes ogłosili, że od trzeciego lutego „ruszają” łamiąc zakazy, postanowiłam wziąć udział w tym „ruchu oporu”. Niestety w Tarnowskich Górach i okolicy nikt nie chciał mnie przyjąć. Dlatego podziwiam i zazdroszczę paniom: Emilewicz i Pawłowicz, że im się udało!!! Poparły ruch oporu i co? Jak się je teraz traktuje! Drogie Panie – taki los wszystkich, którzy mają odwagę iść pod prąd.

PS 2. Ponieważ wszyscy, którzy p. Pawłowicz (profesorkę) ganią, mają ją przeprosić, więc ja za pochwałę czekam na uznanie.




Kilka uwag o ustroju, społeczeństwie i despotii

Czy psuje się nasz ustrój? Tak. Czy społeczeństwo jest tego świadome? Niestety, większa część – nie.

Uzasadnię moje odpowiedzi na postawione pytania. Ciągle jeszcze Polska jest krajem demokracji parlamentarnej. Podstawą takiego systemu jest: trójpodział władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Władza wykonawcza, czyli parlament (Sejm) jest władzą nadrzędną, decydującą o wydawaniu ustaw. Władza wykonawcza, czyli rząd – rządzi w oparciu o ustawy i w stuprocentowej zgodzie z nimi zarządza, administruje państwem. Władza sądownicza jest niezależna, to znaczy działa w oparciu o kodeksy prawne i nie jest podporządkowana (czytaj: wolna od wszelkich nacisków. Użyłam określenia, że Polska jeszcze jest takim krajem. Od kilkunastu lat zachodzą zmiany, które idą w określonym kierunku, w kierunku autorytaryzmu, który – moim zdaniem – jest przedsionkiem despotii. Despotyzm kojarzy się nam z tyranią, przemocą. To cecha despotii w starym stylu (stalin, Hitler, generał Franco, Pol Pot, Mao Tse-tung) opartej na przemocy rodzącej strach, który zniewalał, obezwładniał ludzi. Do czasu. W końcu rodzi się sprzeciw, opór, doprowadzający te systemy do upadku.

Współczesna despotia jest inna. Obecnie despoci dobrze odrobili lekcje, uznali że nie może powstać opór. Jego miejsce ma zająć społeczne poparcie, obywatele z własnej woli mają służyć władzy. Jak to osiągnąć? W prosty sposób:

1. rozdawnictwo
2. wymyślanie wrogów – to oni!
3. gloryfikacja sukcesów (nieistotne, czy prawdziwych).

Patrząc na własne podwórko ten sposób stosowany w Polsce sprawdza się. Mimo ewidentnych zamachów na praworządność i sprawiedliwość, poparcie społeczne dla obecnie rządzących twardo się trzyma. Dopóki zaspokajane będą potrzeby „chleba i igrzysk” - tak będzie.

Te moje rozważania nie napawają otuchą, bo demokracja w Polsce jest zagrożona. I co dalej? Opozycja musi wygrać wybory, część społeczeństwa popierająca obecną władzę poparcie to cofnie. Stanie się to niestety kiedy:

a) zrozumieją, że nie tędy droga
b) zrozumieją, kiedy ktoś przedstawi program „dla Polski” rzetelny, konkretny od a do z i możliwy do zrealizowania.

Taki program może przedstawić opozycja. Sęk w tym, że takiej opozycji na razie w Polsce nie ma. To, co się szumnie nazywa opozycją nazwałabym frontem przeciwko Kaczyńskiemu i na dodatek nie jest to front jedności. Gdyby w tej „opozycji” nie było tylu kandydatów na przywódcę, a każdy z głębokim przeświadczeniem – jestem najlepszy, to dałoby się stworzyć program dla Polski i wybrać jednego przywódcę.

Ostatnia wolta – wróci Tusk i... napawa mnie rozgoryczeniem. Dzisiejszy Tusk nie jest w stanie porwać tych niezdecydowanych, a część społeczeństwa końcówką swojego premierostwa po prostu rozczarował. Mnie też. Nie jestem osobą predystynowaną do doradzania lub krytykowania. To, co piszę to wyraz mojej troski o mój kraj, któremu życzę dobrze (sobie też) i dla którego coś (dobrego) robię. Chciałabym dożyć jeszcze czasu, gdy w Polsce prawo będzie prawem, a sprawiedliwość sprawiedliwością. Ciężko mi Panie!




Jacy będziemy po pandemii? Kto najwięcej ucierpi?

W lutym anno domini 2020 w pośpiechu opuszczałam Szwajcarię, by przed Covidem 19 zdążyć do Polski. 5 stycznia 2021 w tym samym tempie opuszczę Szwajcarię, by wrócić do Polski.

Co się wtedy w Polsce działo? Ano nic; ludzie, nie bójcie się, wszystko mamy pod kontrolą. Żadnego niebezpieczeństwa nie ma, to co się dzieje we Włoszech (a działo się! ) nam nie grozi. Kilka lub kilkanaście tysięcy zakażeń dziennie - nie ma mowy, jesteśmy silni, zwarci i gotowi (i nie ma strachu w naszym fachu - to powiedzonko w tym sensie to myśl przewodnia ówczesnego ministra zdrowia – pozdrawiam i gratuluję wspaniałego samopoczucia).
I co się przez te 10 miesięcy działo? Co się działo! Społeczeństwo się ze strachu wprost skręcało (na skutek decyzji i poczynań rządu nieprzemyślanych, podejmowanych ad hoc, często sprzecznych ze sobą) i skręciło by do końca biednych ludzi, gdyby się od czasu do czasu premier nie obudził (panujący nam prześwietny ewangelista Mateusz Morawiecki).

Obudził i wrzasnął: ludzie, nie bójta się, już nie ma pandemii, zaraza opanowana! Idziemy zwartym szykiem do urn wyborczych!!!
Niestety zaraza wróciła, bo te przemądrzałe wredne baby wyszły na ulicę z hasłami, które wszystkie obrażały Pana Prezesa i świadczyły dobitnie, ze się babom we łbach poprzewracało. Zamiast słuchać nabożnie (bo popieranych również przez prawie świętego ojca Rydzyka) słów Ewangelisty i Prezesa i ze zrozumieniem kiwać głowami, wolności się im zachciało. Apage satanas!!! Minęło lato, jesień, przyszła zima a u nas dalej to samo, decydenci od Annasza do Kajfasza.
Teraz bardzo poważnie: jacy będziemy po pandemii?? Kto najwięcej ucierpi, kto poniesie niepowetowane straty? Wszyscy, ale przede wszystkim dzieci i młodzież. Wszystkie decyzje dotyczące młodzieży i dzieci są decyzjami rujnującymi ich system psychiczny. Uczeń bez szkoły, bez kontaktów z rówieśnikami, zamknięty w domu odczuje to wszystko bardzo boleśnie. Łatwo jest odbudować gospodarkę, ale strukturę społeczną, zniszczoną komunikację międzyludzką i zdrowie odbudować bardzo trudno i konsekwencje tego poniesiemy przez długie, długie lata.

Nie chcę się wymądrzać, ale możemy popatrzeć na inne kraje, które pewnych restrykcji nie wprowadziły lub mają przemyślany plan wprowadzenia restrykcji i nic gorszego niż u nas im się nie przydarzyło. Kończy się rok i to skłania zawsze do refleksji. I co ja mogę powiedzieć ? Smutno mi Boże. Ale na przeciw wszystkim mocom złym, na przekór wszystkim decyzjom, które chcą nas pozbawić prawa do wolności, prawa do myślenia i decydowania o sobie, nie traćmy nadziei na lepsze jutro. Po burzy zawsze jest słonce, feniks odradza się z popiołów i ta nadzieja niech da nam siły tytanów do odbudowy własnego życia. A przede wszystkim zajmijmy się dziećmi i młodzieżą, oby pozbyły się jak najszybciej traumy pandemii.
Tego wszystkiego Wam i sobie z całego serca życzę.




Co się dzieje w państwie polskim?

Ostatnie trzy miesiące siedzę w domu (prawie nie wychodzę) na dobrowolnej kwarantannie. Bardzo, bardzo ograniczone kontakty personalne, zakupy ograniczone do bezwzględnego minimum. By utrzymać jako taką kondycję, codzienna gimnastyka i spacery. Cały świat to książki, gazety (Polityka, Tygodnik Powszechny, Pani), telewizja i rozmowy telefoniczne (z rodziną i paroma przyjaciółmi). Można tak żyć?!!! Można! Tylko po co? Wszelkie wyrzeczenia mają sens, jeżeli jest światło w tunelu nawet, gdy ten tunel jest wąski i długi - da się wytrzymać.

W 1940r. W. Churchill powiedział ( jako premier Wielkiej Brytanii) rodakom „obiecuję Wam pot, łzy i krew, bo musimy pokonać Hitlera.” Pokazał cel i wszystkie wyrzeczenia jakie każdego czekają, by ten cel osiągnąć. I osiągnęli, bo cel był jasny i droga do niego prowadząca też!

Znaleźliśmy się i to nie tylko my, ale cały świat w podobnej sytuacji. Nie ma najeźdźcy z armatami i bombami. Jest gorszy, bo niewidzialny – covid19. Pokonać tego wroga to jedno i z tym jakoś świat sobie radzi. Ale co potem? To potem możemy przyrównać do sytuacji i spalił się nasz dom, ocaleliśmy i trochę naszego dobytku i jak sobie poradzimy, skąd pieniądze na odbudowę, na życie itd.

I to nas czeka. Gospodarka nadwątlona, wszyscy wymęczeni, część chora, psychicznie prawie na dnie. Wszyscy: dzieci, młodzież, dorośli i starzy.
By z tego wyjść, zrobić normalne życie to zadanie na miarę tytanów. Nie może to być przywrócenie „starego porządku”, bo my wszyscy staliśmy się inni. Dotychczasowy ład społeczny popękał. Pojawiły się nowe siły - kobiety mówiące głośno i jednoznacznie dość! Nie chodzi tylko o zmianę praw dotyczących aborcji. Aborcja jest tą kropką , która przepełniła dzban kobiecej goryczy. Kobiety chcą być wolnym człowiekiem, dotychczas jest nim tylko mężczyzna. Poprę mój osąd wypowiedzią prof. Grodzkiego marszałka senatu. Cytuję z pamięci:” To kobiety sprawiają, że nasze życie toczy się harmonijnie i gładko, dopiero, gdy nasze kobiet jakoś się wyłączają, dostrzegamy, że bez kobiet nasza egzystencja staje się trudniejsza”. Panie profesorze bardzo mnie Pan zasmucił. To, co według Pana miało zapewne być podkreśleniem roli kobiety, jest kwintesencją macho!- mizoginizmem!! Można do tego dodać: kochanie idź sobie podemonstrować, ale wróć na czas, by zrobić kolację!

My kobiety chcemy, by życie tworzone było harmonijnie i gładko po równo!!
Druga siła - młodzi. Przez ostatni czas ocenialiśmy młodych źle. Jednym słowem: konsumenci.

Okazało się, pod tą spokojną taflą kipi i wyszli. Bez pardonu i szacunku dla siwego włosa mówią: dziadom i dziadersom dziękujemy. I tego strażnicy starego ładu nie potrafią pojąć, że nie dogadanie się, kompromisy – pełna odstawka!
Najtrudniej to zrozumieć jest dziadersom, bo to konserwatywni liberałowie, według nich tylko dziady na emeryturę. Posłuchajcie młodych? To pojmiecie. Dziadersi potępiali wiele występków dziadów, ale piętnować występki nie potępiając, oszczędzając występujących, to tak, jakby potępiać karty szulera a nie samego szulera.

Ruch społeczny jakim są niewątpliwie manifestacje kobiet i młodzieży napawa mnie nadzieją, że ruszą z posad bryłę świata. Bezczelność, z jaką mówią nagą prawdę „władcom” tak, jak to kiedyś robiły średniowieczne błazny, zamknie gęby wszystkim klakierom i pochlebcom tanecznym krokiem kręcących się wespół z „władcami” wokół ojca Rydzyka.
Mam nadzieję, że ten ruch zmieni polską rzeczywistość, że nie pozostaną po nim tak, jak po ruchu końca lat 60-tych tylko dzieci - kwiaty, że nie będzie to koniec świata, ale zmartwychwstanie.




strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |  6 |  7 |  8 |