Oby limit nieszczęść został już wyczerpany

Rok 2022. W moim długim życiu nie przeżyła jeszcze tak złego czasu. Ileż to nieszczęść spadło na nas przez te pierwsze cztery miesiące. Jeszcze w 2020 myśleliśmy, że najgorsze to pandemia, ale przecież z każdej zarazy ludzkość wychodziła, to i my wyjdziemy, a tu jedno po drugim: „nielegalni” z Białorusi, inflacja, drożyzna, zamknięcie w domach w coraz gorszym stanie psychicznym, pomijam już takie drobnostki jak niebotyczne zadłużenie państwa, rozwalony system edukacji i praworządności.

Pomyślałam sobie, że to już niechybnie wszystkie kary, jakie Miłosierny na nas zsyła za popłenione grzechy. Ja osobiście mam kłopot z tymi grzechami, wolałabym kawę na ławę: to za to i za to! Nagle jak grom z jasnego nieba – mamy za ścianą wojnę. Bo ci Ukraińcy śmieli pokrzyżować plany imperatora Putina. Jak śmieli się przeciwstawić woli imperatora, nie wiedzą gdzie ich miejsce?! Pomijam sarkazm i teraz bardzo poważnie. Za naszą wschodnią ścianą są Ukraińcy, nie będę używać określenia naród ukraiński, bo na tym wielkim obszarze te 64 miliony ludzi to konglomerat wielu nacji. Z tego może powstać naród ukraiński (czego im z całego serca życzę) i ta wojna bardzo im w tym pomoże. I my, ich sąsiedzi, możemy im bardzo w tym pomóc.

Pierwszy krok już zrobiliśmy, z otwartymi ramionami i sercami przyjmując uchodźców. Osobiście traktuję to jako cud, bo z Ukraińcami nigdy nie było nam po drodze. Bo dla nas Ukrainiec to rzeź na Wołyniu, banderowcy i UPA. To było, tego wymazać się nie da, a czym dla Ukraińców jest polska, ta dawna od czasu Unii Lubelskiej, kiedy Ukraina stała się częścią Korony czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów – czyli państwa polsko – litewskiego. Na tych ziemiach powstały olbrzymie latyfundia magnackie z wprowadzonym systemem pańszczyźnianym, który był niczym innym, jak systemem niewolnictwa. Kto był niewolnikiem? Ano Ukraińcy. Przez wieki całe Polak to pan, a Ukrainiec – jego poddany.

Ukraińcy nigdy nie pogodzili się z tym, że nie mają własnego państwa. Ilesz wzniecili powstań, jakich szukali sposobów, by tę wymarzoną samoistinną Ukrainę mieć. Przypomnę te dość bliskie. Rok 1918 – układ z Piłsudskim; powstała niepodległa Polska, ale Ukraina – nie. Bo Piłsudski nie dotrzymał umowy. Rok 1941 – układ z Niemcami Hitlera – to samo. Bandera razem z Niemcami przeciw Sowietom. Wreszcie rozpad ZSRR, powstaje na wyśniona, niepodległa Ukraina. Jest to nasz bardzo ważny sąsiad – podkreślam: sąsiad. Z sąsiadami należy żyć w zgodzie. Jak to zrobić? Bardzo prosto. Zacytuję tu słowa mistrza Młynarskiego:

Warto pięścią w stół uderzyć
Czarną prawdę tak odmierzyć
Jak ten Szmul, gdy na frak miarę brał

Ano! Usiąść przy wspólnym stole i wyłożyć na ten stół całą prawdę bez licytacji: wyście to, a wyście jeszcze gorzej. Czy o tym wszystkim należy zapomnieć? Nie, ten rozrachunek ma być przykładem. Cośmy zrobili złego i że zło zawsze rodzi zło. Oddzielić to zło grubą kreską tak, by przeszłość nie przeszkodziła nam budować dobrych sąsiedzkich stosunków w teraźniejszości. Myślę, że teraz jest na to czas. Zrobiliśmy ten pierwszy krok, jakże ludzki, zróbmy następny. Nasz sąsiad jest też na to przygotowany. Oby tak się stało, bo z sąsiadami należy żyć w zgodzie. A Najjaśniejszy i Miłosierny wynagrodzi nas za to?!

PS. Hasła na dzień dzisiejszy:
Krycha + Glapa = klapa
NBP = Nie Będzie Pieniędzy
SZOK = Szybkie Oskubanie Kredytobiorców

Oby limit wszystkich nieszczęść na ten rok został już wyczerpany
czego Wam i sobie życzę




Jarosław Hrycak – wojna ojczyźniana

O czymże można pisać w marcu Anno Domini 2022? Też będzie o Ukrainie tylko nieco inaczej. Zacznę od nazwania tej wojny „Ukrainy wojną ojczyźnianą”. Ukraińcy walczą nie o państwo ukraińskie, ale o ukraińską ojczyznę. Od pięciu wieków mieszkańcy ziem nad Dnieprem, Dniestrem, Zbruczem i stepów czarnomorskich w wielu powstaniach próbowali wywalczyć „samostinną Ukrainę” - udało się dopiero po upadku ZSRR. Celowo nie użyłam określenia „Ukraińcy”, bo tereny te zamieszkiwały różne ludy, wiele różnych ludów, które teraz zmalazły się w granicach jednego państwa. Z tego powoli zaczął się kształtować naród ukraiński. I przyszła katastrofa. Trzeba stawić czoła potężnemu agresorowi i – jak to określił Zbigniew Rokita – Putin zjednoczył Ukraińców. Brzmi to paradoksalnie, ale najazd Putina walnie przyczynił się do powstania nowoczesnego i jednolitego narodu ukraińskiego.

Postawa narodu ukraińskiego wobec agresora to największy sukces Ukrainy od 1991 roku – Zachód zrozumiał, że Ukraina to nie Rosja, że to ziemie coraz bliższe kulturowo Zachodowi i że atak na Ukrainę jest również atakiem na zachodni ład. To wszystko można określić jako cud historyczny. Zmiany te są bardzo ważne teraz, kiedy plan Putina spalił na panewce i wojna przybiera charakter barbarzyński, obliczony na złamanie i zniszczenie narodu ukraińskiego.

Cudem jest również postawa Polaków. Nikogo nie trzeba przekonywać do niesienia pomocy. Jest to fenomen, szkoda tylko, że ta codzienna pomoc w dużej mierze pozbawiona jest pomocy państwa i polityków. Nie wiadomo tylko na jak długo tej fantastycznej mobilizacji społecznej starczy. Może w końcu „ci u góry” zrozumieją, że po tym okresie, kiedy Polacy radzili sobie sami z napływającymi uchodźcami, potrzebna jest systemowa regulacja: jaka pomoc jest potrzebna, jakie części administracji muszą zapewnić sprawne funkcjonowanie państwa również dlatego, by Polacy nie poczuli się, że są gorzej traktowani przez państwo niż uchodźcy (tak, jak to się stało w kulminacyjnym okresie pandemi Covid – 19: chorzy „normalnie” i covidowcy).

Co władza ma zrobić?
1. zapewnić solennie, że ani miejsc w szpitalach, ani miejsc pracy, ani miejsc w przedszkolach nie będzie przekazywać na rzecz uchodźców
2. Dziękować, dziękować i raz jeszcze dziękować wszystkim, którzy pomagają. Pokazać, ile dzięki nim jest zrobione i jaki to ma sens, po to, by robili to dalej
3. Skończyć z wypinaniem piersi „jacy to jesteśmy dobrzy” i stoimy w pierwszej linii
4. Jasna komunikacja pokazująca sens tego, co się dzieje, rzetelne informacje o rozmiarach kryzysu tak, by ludzie nie wpadali w popłoch i rozpacz
5. Najgorszy jest durny patos i strojenie się w piórka bohaterów

Podobno nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Daj Boże, by to nieszczęście, które spadło na bardzo młode państwo ukraińskie i ledwo opierzony naród ukraiński z jednej strony i postawa społeczności polskiej wobec tego nieszczęścia doprowadziły do zgody i pojednania obu nacji. Zapomnijmy przeszłość, zostańmy sąsiadami żyjącymi w zgodzie i przyjaźni. Rozdrapywanie ran i wyliczanie, ile złego nam zrobiliście, a ile my wam, nie ma sensu. Przypomnijmy sobie stare ludowe porzekadło: zgoda buduje, niezgoda rujnuje i niech to świeci jasno i mocno po obydwu stronach granicy. Oby słowo stało się ciałem, czego obu narodom, Ukraińcom i Polakom z całego serca życzę.

PS. By nie było plagiatu: wojnę ojczyźnianą wymyślił ukraiński historyk Jarosław Hrycak. A jasnej komunikacji pokazującej sens tego, co się dzieje, niech się nasi politycy uczą od prezydenta Zełenskiego.




Moje 85. urodziny!

W roku pańskim 2022 miałam pisać tylko o miłych wspomnieniach. Moje 85. urodziny mieco mnie „przybiły”, bo to już bardzo słuszny wiek. Może już czas by go podsumować, tylko jak „przelecieć” przez całe życie, zrobić bilans, wyciągnąć wnioski? A może inaczej? Może spróbuj człecze odpowiedzieć na pytanie: czym jest życie? Oto moja odpowiedź: życie to zbiór zadań do przyzwoitego przemyślenia i wykonania.

Niech wam się nie wydaje, że tylko dorosły „ma zadania”, mały człowiek, a nawet człowieczek też je ma. A ssanie, umiejętność przewracania się, siedzenia, nauka chodzenia to co? Przy każdym nowym zadaniu, które jest zawsze „zakrętem życiowym” powinniśmy sobie stawiać pytanie: czy decyzja jest słuszna, czy zachowanie jest przyzwoite. Jak może zauważyliście, już kilka razy użyłam słowa „przyzwoity”. To określenie „być przyzwoitym” dał nam Władysław Bartoszewski. W tym roku przypada setna rocznica jego urodzi. To określenie „być przyzwoitym” jest najlepszym drogowskazem jak żyć. Już za to jedno przykazanie zasługuje jego autor na naszą wieczną pamięć i uznanie (na tewno tych wszystkich, którzy według przykazania tego żyją).

Ja na pewno uważam i zawsze uważać będę, że był człowiekiem, który nam wszystkim bardzo wiele dał. Należał do tych niezastąpionych i jest mi bardzo żal, że tacy nasz opuszczają. Do grona takich dołączył też Daniel Passent. Smutno mi Boże, ale życie toczy się dalej. Obydwaj ci niezastąpieni dużo pisali i mówili o geopolityce. W obecnej sytuacji w Europie, ale nie tylko (rywalizacja wielkich w Afryce, czy na Pacyfiku) jest bardzo wyrazista, ale przez wielkich polityków bądź niezrozumiana, bądź celowo fałszywie interpretowana (zwłaszcza w Polsce).

Kamieniem węgielnym geopolityki (co bardzo mocno podkreślali i Władysław Bartoszewski, i Daniel Passent) jest zgoda z sąsiadami lub przynajmniej poprawne stosunki. Układy polityczne, sojusze muszą się zgadzać z naszym położeniem geograficznym. Jakoś to nie przekonuje naszych władców, bo lepszy ten za oceanem, a tego za miedzą można odsądzać od czci i wiary oraz szczuć na niego. Bo geopolityka w wykonaniu tych, co rządzą jest cyniczna, bez poszanowania praw człowieka i interesów państwa, bez cienia przyzwoitości. Bez cienia przyzwoitości jest również wieszanie bilboardów o treści „60% pieniędzy, które płacicie za energię elektryczną zabiera Unia”. Obyście za te kłamstwa poszli do piekła, czego wam z całego serca życzę. Pastwu zaś i sobie samej życzę, byśmy nigdy nie zapomnieli, że warto być przyzwoitym.

Świerklaniec, 18 lutego 2022




Renesans rodziny

Rok 2022 ogłaszam wszem o wobec rokiem renesansu rodziny. Co to ma być? No właśnie! Co oznacza renesans? - Odrodzenie. Czyli coś, co już było, na nowo ma się odrodzić. Tylko czy odrodzenie to jest odtworzenie tego, co było? Nie – to powstanie czegoś nowego, czego inspiracją, korzeniami jest to, co kiedyś było!

Ten wstęp jest na potrzebny, byśmy sobie uświadomili, co ma powstać. Rodzina jest tak stara, jak ludzkość. Od czasy, kiedy człowiek przestał żyć w pojedynkę, kiedy na tym samym obszarze było ich dwóch – zaczynali żyć razem. Robinson i Piętaszek też byli rodziną. Tą pra, prarodziną była zależność i dobrowolne bycie razem – bo tak było lepiej! Dzisiejsza rodzina to już zupełnie inny związek, oparty głównie na pokrewieństwie (związek krwi) bądź powinowactwie (związek przynależności). Dzisiaj dodajemy do tego zasadniczego zrębu różne odnogi jak rodzina zastępcza i tak dalej. Grunt, że rodzina!

A teraz do rzeczy! O rodzinie mówią obecnie wszyscy, każdy wie, że najważniejsza, ale każdy wie inaczej i jego model to ten właściwy. Czy ja chcę dołączyć do tego chóru? Uchowaj Boże. Myślę, że obecny czas, czas pandemii jest bardzo dobrym czasem, że renesans rodziny będzie możliwością wyjścia z obecnego wielkiego kryzysu. Gdybyśmy prześwietlili nasze dzieje to łatwo zauważyć, że wszelkie renesanse przychodziły po wielkich kryzysach. Nie sięgając za daleko – nowy ład Roosvelta przyszedł po wielkim kryzysie początków XX wieku. Nota bene – czy twórcy polskiego ładu nie mogli sobie dokładnie przestudiować tego roosveltowskiego zanim spłodzili swój „ład”? (to taka „oboczna” dygresja). Dlatego rok 2022 jest bardzo odpowiednim czasem, by wychodzić z kryzysu odradzając rodzinę.

Proszę, popatrzcie na zdjęcie

cztery generacje razem i wszyscy uśmiechnięci:

  • pierwsza generacja – moja siostra Gienia i ja
  • druga generacja – nasze córki Bożena i Hania
  • trzecia generacja – ich dzieci – Kasia, Piotr i Samuel
  • czwarta generacja – dzieci dzieci czyli prawnuki Gieni: Hania, Zuzia i Krzysiu (na zdjęciu jest mąż Kasi i Ojciec Hani – Tomek – nie ma żony Piotra – mamy Krzysia i Zuzi, bo zrobiła nam to zdjęcie).

Co ma różnić tę odrodzoną rodzinę od tej starej, tradycyjnej lub tej bogoojczyźnianej, zaściankowej? Jesteśmy razem, bo tak wypada i związki krwi? – Nie! Jesteśmy razem, bo chcemy, bo się lubimy i przyjaźnimy, mamy „w nich” oparcie i oni w nas. Nie musimy odwiedzać się co rusz, bo wypada. Najważniejsza jest świadomość, że zawsze mogę w potrzebie na nich liczyć i oni na mnie. Przyjemnie jest od czasu do czasu zasiąść wspólnie przy stole. Na ten renesansowy rok Wam i sobie tego życzę.

Alfreda Bendkowska

PS.
Postanowiłam w tym roku odnowić moje kontakty w wielkopolskiej rodzinie mojego ojca (bardzo zaniedbanej przeze mnie) i w dolnośląskiej rodzinie mojej mamy (zaniedbanej również), bo rodzina to rodzina i fajnie, że jest, bo kiedy jej nie masz, samotnyś jak pies!




Nasze kolędy, nasze wigilie

„Gdy się Chrystus rodzi”, „lulajże Jezuniu, moja perełko”, „gdy śliczna panna syna kołysała” - wzruszająco piękne są nasze kolędy i pastorałki. Bo wzruszające są święta Bożego Narodzenia. O tych, które wryły się w moją pamięć chcę dzisiaj powspominać.

Rok 1946. Mieszkamy w leśniczówce, jest wigilia – my, najmłodsze trzy siostry ubieramy choinkę i wiemy, że pod choinką nie będzie prezentów – jedynie jakieś słodycze upieczone przez mamę. Po kolacji (jednak 12 potraw, talerz dla niespodziewanego gościa i sianko pod obrusem) wszyscy idziemy pod choinkę śpiewać kolędy, a tam cud! Paczki dla każdego. Tym cudem była amerykańska UNRRA, która polskim dzieciom sprawiła paczki pod choinkę. Do dzisiaj mam przed oczyma te amerykańskie cuda!

Moja pierwsza wigilia u teściów. Jakże inna, śląska wigilia: siemieniotka (obrzydliwa zupa z konopi), smażony karp, makówki i moczka (bardzo dobra, słodka). Do mojego repertuaru wigilijnego weszły makówki.

Pierwsza wigilia u mnie z zaproszoną rodziną męża – polska w pełnej krasie, wigilia którą bardzo chwalił mój teść.

Rok 1985 – mój mąż w Niemczech, Hania we Francji, Alicja i ja na Blachówce – dwie sieroty. Następna wigilia już na emigracji – ta najbardziej pamiętna, z pięcioletnim Samuelem – moim pierwszym wnukiem w Szwajcarii. I ta w Stroniu Śląskim z udziałem Izy i Oli (córki Pawła, po śmierci matki), gdzie Iza po dużym łyku wina usiłowała śpiewać kolędy, których nigdy przedtem nie śpiewała i ze łzami wyznała, że jeszcze nigdy nie miała takiej pięknej wigilii (sama przytachała wycięte drzewo choinkowe z lasu).

Potem znów wigilie w Polsce. Przy wigilijnym stole cztery generacje: prababcia Gienia, babcia Bożena, córka Kasia, Hania – prawnuczka. Wspomnę kolację wigilijną niemiecką, na której byłam. Napisałam nawet wierszyk o tym, że znalazłam się w kraju, gdzie do świętej kolacji „blutwurst z kapustą – przysmak owej nacji”.

Jaka będzie ta ad 2021? Może pandemia pozwoli mojej córce i wnukowi przyjechać ze Szwajcarii do Polski? Jeżeli będziemy w trójkę to postanowiliśmy zrobić kolację innowacyjną. Każdy przygotuje to, co lubi najbardziej – może być ciekawie? Zaczęłam od kolęd i kolędami zakończę. W mojej sypialni wisi obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Pasuje jak ulał do „gdy śliczna panna syna kołysała” - piękna, młoda, o semickiej urodzie dziewczyna trzyma zawiniątko ze swoim dziecięciem, a na twarzy jej widać wielką miłość, ale i troskę.

Troskę o co? Życzę Wam wszystkim (sobie też) wzruszających Świąt, które też po latach wspominać będziemy.




Wspomnienia - wiosna 1956, czyli sukienka z Paryża

Przyszedł listopad, wcale nie taki ponury i smutny, ale zima tuż, tuż. Jaka będzie, aż strach myśleć, bo przesłanki hiobowe (starczy na ogrzanie mieszkania? ). Zgodnie jednak z zapowiedzią oddam się wspomnieniom.

Rok 1956 – wiosna. Jestem nauczycielką w szkole podstawowej, w której pobierałam nauki przez pierwszych 6 lat. Po maturze postanowiłam 2 lub 3 lata przepracować, a potem iść na studia. Chciałam siebie jakoś zabezpieczyć finansowo początek. I tak zrobiłam. W kwietniu roku 1956 władze postanowiły w tej miejscowości, gdzie uczyłam, założyć koło Związku Młodzieży Wiejskiej. Na zebranie założycielskie przybyły ważne osoby z województwa, powiatu i jeden ze stolicy. Po zebraniu miała być zabawa. Na zebraniu nie była, no bo czy ja młodzież wiejska? Ale na zabawie się zjawiłam. Nastąpiła konsternacja – moja sukienka wprawiła wszystkich w osłupienie. To była super modna, pokazywana w zagranicznych żurnalach kreacja (te żurnale jakimś cuden przedostawały się do Polski, w moje ręce też). Pokazałam to cudo mojej krawcowej, która potrafiła uszyć wszystko, wystarczyło jej to tylko pokazać. Tak paryska kreacja trafiła pod polskie strzechy, a dokładniej na zabawę, która miała zmienić oblicze owej wsi.

Zabawa polskiej wsi nie zmieniła, ale sukienka zmieniła moje życie. Osoba z samej stolicy zainteresowała się sukienką i zaproponowała jej właścicielce, że ZMW może dać mi rekomendację na studia. Wtedy zapytałam, czy dla każdej w ten sposób ubranej prowincjonalnej gęsi w sukience prawie od Diora jest miejsce w Warszawie, na przesłuchaniu w Szkole Głównej Służby Zagranicznej. Nazwa tej uczelni fascynowała mnie od momentu, kiedy ją pierwszy raz przeczytałam w informatorze na studia, jeszcze w liceum. Wtedy jednak byłam przekonana, że nie dla psa kiełbasa. A teraz się stało!

Nie będę opisywać tej uczelni, bo nigdy nie zostałam jej studentką, aczkolwiek zostałam przyjęta. Nadszedł październik 56 i zawierucha zmiotła w pierwszym rzędzie ową uczelnię. Nie było mi dane mówić „towarzyszu profesorze”, a do współbraci i sióstr „wy kolego” i „wy koleżanko”. Nie zostałam również trzecim zastępcą czwartego sekretarza ambasady polskiej w Pernambuco – bo miałam studiować na wydziale dyplomatyczno – konsularnym, drugi był wydziałem handlu zagranicznego.

Chciałabym kiedyś jeszcze spotkać jakiegoś absolwenta tej uczelni – efemerydy – czy rzeczywiście wychodzili z niej dyplomaci – jeśli tak, to jacy? Może minister Waszczykowski – nie, on jest za młody. Skąd mi się wzięło to sukienkowe wspomnienie? Przed dwoma, czy trzema miesiącami u mojej przyjaciółki Margot w Niemczech zobaczyłam wiszącą na wieszaku „moją sukienkę” i stanęły mi przed oczyma te wszystkie wydarzenia, o których zapomniałam.

Życie pełne jest niespodzianej, dlatego bądźmy ciągle przygotowani, że los coś dla nas ma. Oby to coś, jeżeli ma odmienić nasze życie, niech będzie to w dobrą stronę, czego sobie i Wam serdecznie życzę.




Świat, który ześlizguje się w bagno głupoty

Chciałabym napisać o pięknej złotej jesieni, tej prawdziwej, z babim latem tańcującym na wietrze, złotymi liśćmi, z uśmiechniętymi spacerującymi ludźmi, biegającymi psami i leniwie wylegującymi się kotami. Jak tylko ułożyłam sobie w głowie ten wzruszający obrazek, usłyszałam głos (z tyłu głowy): masz bardzo dobrą pamięć i jeszcze lepszą wyobraźnię, to było „kiedyś”, bardzo dawno „kiedyś”. A ty się obudź i popatrz wokół!!! I co widzisz? Świat, który ześlizguje się w bagno głupoty, który nie ma żadnych ideałów, żadnych marzeń, świat w którym nie ma nic wielkiego, czemu można by podporządkować życie.

Jest jedno: pieniądz, chęć posiadania. Rzadko ludzkość bywa tak, jak dzisiaj pozbawiona prawdziwych przywódców, mentorów, światła ideałów. Jeżeli pojawi się jakaś osoba wyjątkowa, ktoś z ideami wykraczającymi poza horyzont codziennych przyjemności, zostanie stłamszony przez przeciętną i banalną większość.

Bardzo szeroko pojęta kultura i polityka powinny modelować nasz sposób myślenia, wpływać na sens życia. Tymczasem polityka za sprawą zwyrodniałej w stosunku do pierwotnej idei demokracji znalazła się w rękach miernot. Bo dzisiejsza demokracja to udanie się raz na cztery lub pięć lat do lokalu wyborczego, by postawić krzyżyk przy nazwisku tego, który najwięcej obiecuje. A kultura? Muzyka, sztuka, literatura – wszystko podporządkowane prawom rynku. I królujące internet i telewizja, które każde wydarzenie i każdą emocję przemieniają w spektakl, w efekcie czego nie nas nie może poruszyć lub oburzyć. One napełniają nas masą informacji, ale pozostawiają moralnymi ignorantami. Ludzie od pieluch poddani takiemu „modelowi” życia albo uznają, że ta pogoń za dobrami materialnymi jest OK, albo zaczynają widzieć, że nie ma tu miejsca na przyjemności natury duchowej, poczują się zatruci i ilu z nich potrafi wrzasnąć „stop – poszukajmy jakiejś innej drogi.

Popadają w depresję, która staje się coraz powszechniejszą dolegliwością. Świadczy to też, że w głębi duszy ludzie tęsknią za człowieczeństwem. Marna to jednak pociecha, zważywszy ilu ludzi na depresję cierpi i że coraz więcej to ludzie młodzi i dzieci. I będzie ciągle gorzej zważywszy ilość i agresję czynników depresjogennych (od klimatu po cnoty niewieście). Z depresją można sobie poradzić, jeżeli odpowiednio wcześnie zrozumiemy jej symptomy i chwycimy ją za gardło zanim ona zrobi to nam. To, co piszę o depresji to nie jest teoretyczne wymądrzanie, sama to przeszła i wiem, że można sobie poradzić. Sposobów na to są tysiące, ale najlepsze lekarstwo to wola walki. Trzeba poszukać w swoim życiorysie i zatrzymać się na okresie kiedy było mi dobrze, z momentami szczęścia i zacząć żyć tak, jak wtedy. A propos szczęścia: to są tylko chwile, nie ma permanentnego szczęścia, gdyby tak było, umarlibyśmy z przejedzenia.

Miało być ładnie, pogodnie, a tu całkiem listopadowo, chociaż za oknem słonecznie i pięknie. Daję słowo, że to już ostatni mój zapisa tak ciężki. O czym będę pisać? Wspomnienia, ale nie w formie pamiętnika, bo tak się pisze pod coś lub pod kogoś, czyli się koloryzuje. A ja chcę jeszcze raz przeżyć coś, co w jakimś okresie mego wcale nie krótkiego życia już raz przeżyłam. Możecie mi w tym towarzyszyć. W listopadzie zacznę od roku 1955, od pewnej sukienki, która odmieniła moje życie. Popytajcie swoich mam i babci, jakie to się wtedy sukienki nosiło. Ten pomysł z odkopywaniem dawnych przeżyć może być dobry na depresyjny czas. Oby tak było, czego Wam z całego serca – sobie też – życzę.




strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |  6 |  7 |  8 |  9 |