Walentynkowy “terror”

We wtorek żona miała egzamin na studiach podyplomowych, więc ja odbierałem dzieci z przedszkola i dłużej zajmowałem się nimi w domu. Były to 14 lutego, więc obie z przedszkoli (chodzą do różnych) przywiozły zrobione przez siebie walentynki.
Akurat nie mam nic przeciw ekspansji na nasz grunt tego sympatycznego święta.

W domu starsza córka (4,5 roku) kilka razy dopytywała: “A ty co masz dla swoich dzieci na Walentynki?” Kilka razy próbowałem się wykręcić, ale w końcu rezolutna mądrala przyparła mnie do muru: “Powinieneś coś mieć dla swoich dzieci. Musisz się zastanowić co one lubią, a potem coś dla nich zrobić”. Ponieważ nie od razu załapałem o co chodzi, wyjaśniła, że ona przecież lubi koniki i jednorożce, więc mam takiego wyciąć, nakleić na inną kartkę i w ten sposób zrobić jej (a także młodszej siostrze) walentynkę! W ten sposób bodaj drugi raz w życiu robiłem samodzielnie walentynki (pierwszy raz zdarzyło mi się to dawno temu na “językowym” (angielskim) zimowisku, kiedy Walentynki jeszcze chyba w Polsce nie funkcjonowały).