"Folklor" kampanii

Jakże wielka musi być desperacja i strach przed przegraną (czy tylko przegraną, czy też może dopuszczeniem do dokumentów...? ), żeby wydzwaniać do właścicieli terenów, na których stoją banery konkurencyjnych komitetów i namawiać do ich usunięcia. Że też zresztą nie boją się tego robić, w czasach gdy tak łatwo rejestrować rozmowy...?
Albo kandydat "obozu władzy" dzwoniący z pretensjami do kogoś, kto podpisał listę poparcia konkurenta. Nie zdaje sobie sprawy, że w ten sposób tylko utwierdzi daną osobę w jej poglądach? Już nie wspomnę, że w ten sposób "wsypuje" kogoś, bo przecież skądś ma wiedzę o osobach, które podpisały listę z poparciem...

Tak w ogóle wydaje się, że największym zaskoczeniem dla niektórych jest to, że nie da się już tak łatwo każdego zastraszyć. Nawet po listach wyborczych widać, że już nie ma równie wielu, jak cztery lata temu, osób (choć oczywiście są), które nie mogły odmówić "propozycji" startu.

PS.
A kandydat "kolędujący" po sąsiadach i przekonujący, by nie głosować na jego rywalkę, bo ta mieszka z partnerem bez ślubu, to już tylko pusty śmiech. Pewnie nawet mu do głowy nie przychodzi, że w ten sposób tylko sobie szkodzi.