Dziwna zima

Pogoda wyjątkowa nie sprzyja jakiejkolwiek aktywności, ale cóż, siła wyższa. Szczególnie niemiło jest, kiedy trzeba wyjść z domu w deszczowy poranek (czy też jeszcze noc). W ub. środę tak ok. czwartej rano ruszałem do Warszawy, ale zazwyczaj gdy mam do wyboru wyjazd wieczorem, czy b. wcześnie następnego dnia, wybieram spędzenie wieczoru z dziećmi.

Ferie spędziłem w większości w domu, a w ubiegłym tygodniu także w Sejmie. Młodsza córeczka (6-latka) była tydzień na obozie tanecznym. Bardzo się cieszyła z wyjazdu ("jadę sama bez rodziców!" ). Była na obozie najmłodsza, radziła sobie dzielnie, wróciła bardzo zadowolona i zapowiedziała, że latem chce jechać na kolonie.
Starsza córka chodziła na półkolonie w Tarnowskich Górach, jeździliśmy z nią też przez dwa tygodnie na ćwiczenia do poradni rehabilitacyjnej do salezjan, bo ma troszkę skrzywiony kręgosłup. Raz, kiedy akurat robiłem notatki, żeby wiedzieć, jak ćwiczyć z nią w domu, wpadł na chwilę do ośrodka jego były dyrektor. Chwilę pogadaliśmy (chyba pierwszy raz, bo nie przypominam sobie, żeby była wcześniej okazja), m.in. o sytuacji sprzed kilku lat, kiedy w wyniku jakiegoś błędu w sprawozdaniu popełnionego przez salezjan, były problemy z subwencją oświatową na prowadzone przez nich gimnazjum. Udało się to wtedy odkręcić, m.in. po mojej interwencji u minister edukacji. Dostałem też wtedy oczywiście podziękowania od ojca dyrektora kierującego tarnogórską placówką, z sygnałem, że zaprasza na kawę, ale jakoś w codziennym pędzie życia nie było okazji i pogadaliśmy dopiero teraz.