Permanentna dyskusja o wyborach - sposób na kadencję

Nie było jeszcze nigdy tak wielkiego parcia na upartyjnienie państwa, wręcz próby utożsamienia Polski z jedną partią. Jesteśmy porażeni stopniem agresji ze strony ugrupowań rządzących, zwłaszcza Prawa i Sprawiedliwości, jak i absurdalnym obrażalstwem w wykonaniu ich liderów. Są to zjawiska rozwijające się tak monstrualnie, że można na szczęście mieć nadzieję, że doprowadzi to do rozwalenia się z hukiem układu rządzącego. Raczej nie nastąpi to jednak wiosną przyszłego roku, choć co pół godziny słychać o tym w mediach.

Przez pierwsze niemal pół roku V kadencji Sejmu toczyła się permanentna dyskusja o nowych wyborach. Był to skuteczny, choć w sumie mało wymyślny zabieg socjotechniczny Prawa i Sprawiedliwości. Dzięki wywoływanym nieustannie kryzysom media mówiły wyłącznie o ewentualnych wyborach, przez co nikt nie pytał o realizację programu wyborczego, podatki, gospodarkę. Ponadto na tym samym ogniu dawało się piec druga, ważniejszą pieczeń - stale dążono do obniżania autorytetu Parlamentu, co niewątpliwie jest celem spragnionych silnej władzy prezydenckiej "napoleonów".

Po zawarciu koalicji, o której wtajemniczeni mówili długo wcześniej, temat ten na chwilę zanikł. Ostatnie tygodnie to jednak jego prawdziwy renesans. Znowu 90% dyskusji politycznych dotyczy ewentualności przyspieszonych wyborów. Ważniejszych tematów nie ma, bo też bezrobocie rozwiązuje się w sposób naturalny dzięki emigracji, a środki europejskie zapewniają w miarę stabilny rozwój gospodarczy. Coś mi jednak mówi, że jeśli Andrzej Lepper mówi we wrześniu, że wybory mogą być wiosną, to za bardzo nie ma się czym przejmować (gdyby mówił, że będą za dwa miesiące, brzmiałoby to bardziej prawdopodobnie).

Za parę dni PiS, Samoobrona i LPR podpiszą porozumienie o współpracy w wyborach samorządowych. Głupio więc będzie jednocześnie mówić o kryzysie w koalicji..
Ale temat przyspieszonych wyborów zapewne wkrótce powróci. To może być główny motyw tej kadencji Sejmu. Niewykluczone, że czteroletniej.