O niechęci do startu w wyborach

Moje ubiegłoroczne spostrzeżenie - coraz trudniej namówić ludzi do kandydowania w wyborach. To opinia wszystkich, z którymi o tym rozmawiałem - czy to z innych ugrupowań w TG, czy kolegów z innych miejsc Polski. Prawie wszyscy niemal do dnia zgłaszania list poszukiwali kandydatów i uzupełniali listy (nawet ugrupowanie rządzące w mieście, które ma wiele możliwości namówienia do startu). Ja też jeszcze w ostatnim dniu rejestracji list przekonałem do startu dwie osoby.
Nigdy nie było tak trudno przekonać do startu w wyborach. Dlaczego? W powiecie tarnogórskim potrzebowaliśmy 65 kandydatów, więc żeby aby zapełnić listy, przeprowadziliśmy minimum 250 rozmów – robiłem to przy pomocy trzech osób, więc na podstawie tak licznych rozmów mogę podać trzy przyczyny:
Sporo osób kandydujących wcześniej przekonało się, że nie jest łatwo jest wejść do rady, że nawet uzyskanie 100 głosów nie jest proste, a co dopiero zdobycie 200-300, które powodują, że mandat staje się realny. A uzyskanie słabego wyniku „średnio” wygląda.
Jak przy poprzednich wyborach, tak i teraz wiele osób, które przekonywałem do startu, nie ukrywało, że nie chce składać oświadczeń majątkowych. Nie dlatego, że mają cokolwiek do ukrycia, ale po prostu nie chcą informować potencjalnych przestępców, że mają np. dwa domy i odłożone 100 tysięcy złotych na lokacie. To jest spory problem. Należy postawić pytanie o to, czy publiczne (co innego składane do wiadomości odpowiednich służb) oświadczenia majątkowe pomogły wykryć jakiekolwiek przestępstwo? Czy jedynie wzbudzają niezdrowe emocje i zniechęcają do startu?
Główna przyczyna jest następująca: zniechęcenie poziomem dyskusji publicznej, a mówiąc wprost - kloaką, która wylewa się zarówno z tabloidów (choć ostatnio także np. z mediów za przeproszeniem „publicznych”), a przede wszystkim króluje w Internecie. Potencjalni kandydaci zdają sobie sprawę, że kiedy zostaną radnymi, bez względu na to jak będą swój mandat wykonywać, zaleje ich fala brudu i bezsensownego bełkotu, hejtu anonimowo (lub nie) wystukiwanego klawiaturą komputera lub smartfonem. I nie będzie to miało nic wspólnego z kontrolą społeczną polityków, z krytyką która jest potrzebna i ważna. Wszyscy, którzy korzystamy z Internetu widzimy, że ten problem się pogłębia. A przynosi taki właśnie efekt, że ci którzy są już w polityce uodpornili się i mają ten internetowy bełkot w nosie, ale zniechęca on nowe osoby do włączenia się w życie społeczne.