Okna i drzwi.

Z pamięci wyciągnęłam małą cząstkę wspomnień. Idę oto na początku września pewną ulicą, wcale nie jest późno, ot, około 18-tej, 19-tej. Ciacham sobie zdjątka bardzo happy z zachodzącego słonecznie światła oraz zaistniałej pustyni i puszczy nie sienkiewiczowskiej a ulicznej. Zupełnie nie odczuwam żalu z powodu braku samochodów - odsłoniły przecież mury kamienic. A tym bardziej nie rozpaczam nie widząc rozkołysanych dromaderów czy baktrianów. Zza moich pleców dobiegają moich uszu nie moje słowa, bo męskimi przecież wypowiedziane głosami: "Obejrzyj sie ino, łona mo aparat. Wezna se, no niy? Byda mioł czym zdjyncia robić na Gwarki". Po chwili minęło mnie jednak zagrożenie burzą nie tylko piaskową, bo ziomale, żule albo chopy minęli mnie postukując szkłem w reklamówkach, pozostawiwszy zapach przepalonych "cygarytów" za sobą.

    

Okna w sukienkach z epoki, stosownych do stuletnich murów kamienicy. Na taki strój zasługuje i stara kamienica i stare miasto. Jaka to ulica?

     

    Drzwi jak okno - światełka i cienie. Gdzie?