Ola do Ali, odbiór!

Przed kilku dniami Ola z Barrie odpowiedziała "TAK" na moje zaproszenie do blogowania na Portalu tg.net. I oto mam ją w sąsiedztwie, blisko zupełnie, chociaż przez ocean. Zanim jednak Ola (wcześniej Alexandra - czytelniczka i komentatorka mojego bloga) uczyniła pierwszy krok czyli dokonała własnego wpisu blogowego, przysłała mi kolejne opowiadanie kanadyjskie; czwarte? Zamieszczam je poniżej wraz ze zdjęciem "dokumentalnym" :) i poprawione przeze mnie; no tak, bo wymieniłam w stosownych miejscach litery "ogólnoświatowe" na lokalne czyli polskie. W swoim blogu Ola pisze bez użycia polskich znaków - to nietypowe i dość...malownicze. Niech tak przez jakiś czas zostanie, Olu, dobrze? Czytanie takiego okrojonego z kreseczek i zakrętasków tekstu to dobry trening umysłowy.
..................................................................................................

Dzisiaj wieczorem nie poszłam ani na spotkanie Rady Dzielnicy Opatowice z miszkańcami ani nie pojechałam do Zbrosławic na tamtejsze spotkanie Starosty.  Porządkuję papiery i przygotowuję się do sesji a przed nią - do posiedzeń komisji między innymi tej, której przewodniczę (jest przecież ustalony harmonogram i plan pracy poza tematyką sesyjną). Przed południem pojechałam na ulicę Nakielską, aby jeszcze raz sfotografować maszkarony podobne podobno do pana Mrochema, byłego właściciela. Udało mi się wejść do kamienicy i porozmawiać z mieszkańcami. Wygląda na to, że to ZBK odświeżył stuletnie reliefy. Zdziwiła ale i podniosła na duchu ta dbałość administracji o  tzw. zasoby mieszkaniowe. Chwała urzędnikom!

     

W sąsiedztwie - szereg budynków ma również odnowione elewacje i całość wygląda w wiosennym słońcu bardzo "klimatycznie" (modne słówko). Wnętrza nie są już tak budujące, mam jednak nadzieję, że i tam nastąpi poprawa. 
   ............................................................................................................

Opowiadanie tarnogórsko-kanadyjskie

"Huston, we have a problem", pomyślałam sobie w mojej polsko-kanadyjskiej głowie siedząc przed moim podstarzałym komputerem marki Dell. Od paru dobrych chwil starałam się doczepić parę zdjęć do mojego e-maila. Próbowałam różnych sztuczek, ale zdjęcia się nie doczepiały. Jakiś usłużny security program, chroniący mój komputer przed wszelkimi wirusami i inną zarazą blokował moje zdjęcia przed doczepieniem. "Co jest grane, jeszcze wczoraj wszystko było w porządku", myślałam sobie.

Specjalistką od komputerów nie jestem, wiec postanowiłam zadzwonić po pomoc techniczną do Sympatico, mojego kanadyjskiego internetowego zaopatrzeniowca. Mają tam świetnych specjalistów dostępnych siedem dni w tygodniu i 24 godziny na dobę.

Jedyny problem ze specjalistami technicznymi z Sympatico jest taki, że większość z nich pochodzi z Indii. Wszyscy mówią świetnie po angielsku ale z dosyć ciężkim "domowym" akcentem. Moj angielski akcent też nie grzeszy lekkością, więc nasza konwersacja przypomina czasami rozmowę głuchego z niemym o sprawach technicznych, o których ja często nie mam zielonego pojęcia.

Tym razem było jak zwykle. Odezwał się bardzo grzeczny, ciepły glos byłego mieszkańca Indii pracującego w kanadyjskiej firmie: "How can I help you?". Nasza rozmowa nie była łatwa, oj nie była. Dobrnęliśmy jednak szczęśliwie do końca ku mojej wielkiej radości: "Yes, it's working!!!!  Pan technik komputerowy też był niezwykle zadowolony, że po przeszło godzinnej lekcji udało mu się z tępej uczennicy coś wycisnąć.

No, ale najważniejsze, że już mogę klikać na guziczki i doczepiać moje zdjęcia do e-mailow. Posyłam więc jedno bliskie mi sercu zdjęcie, pozostając z szacunkiem,

Aleksandra Kuziw 
 

     

     GWARKI 196?
Ten paź z lizakiem, obok Ślązaczki - to ja