Śpiewy w Górach

Wieczorem przesłam na falach deszczowego powietrza romantyczne zaproszenie dla słowika do codziennego zaroślowego śpiewu, jednak ten swego koncertu tym razem nie odśpiewał - za dużo wody z niebios spadło. Zaś dzisiaj szarzejącym świtem gardziołki porannych piewców uskrzydlonej radości nawilżone nocnym dżdżem płynnie przekazały mi zaproszenie do zwykłego tyrania.

Plan:
- hołubienie zakatarzonego psa
- polubienie seryjnych kłopotów z klimatyzacją w aucie
- rozkochanie się w słonecznych podmuchach wiatru o imieniu Nietylkodlacyklistów
- zamrożenie nerwów w czasie kolejnych oględzin demokratycznego zasypywania kilkusetletnich warpii; trza łobejrzeć i fotnuńć, coby boło ło czym godać abo i szrajbuwać.

Przerwa.

     

     Ni z tego, ni z owego - zagadka: jakie istotki zniknęły znad okien? Podpowiedź: fruwające. Przechodimy, mijamy ale nie widzimy, a podobno miasto lubimy.

     

Tutaj zasiadły wcale nie gołąbki.