Niedziela skołowana

Fragment niedzielny poważny ale uśmiechnięty:
- pani Izabela i jej maż byli przed kilku laty słuchaczami CKU a ja w tejże instytucji - nauczycielem. Dzisiaj oboje są rodzicami dwóch córeczek - jednej śpiewającej z parasolką i drugiej - przyszłej śpiewaczki. Spotkaliśmy się przypadkowo w Rybnej na koncercie charytatywnym organizowanym przez Panią Ilonę Koptyńską, która tak jak wczoraj była uśmiechnięta, bez śladu zmęczenia po kilkugodzinym wczorajszym koncercie dla Ady. Ot, co znaczy charyzma.

     

Zestaw rodzinny 2+2=4. Pozdrawiam całą Rodzinkę, Pani Izabelo!

Fragment zakręcony ale nie skołowany:
- po raz pierwszy dzisiaj przejechałam przez rondo przy ulicy Gliwickiej; rond ci w TG obfitość niezwykła. Szczęśliwa wyjechałam z tego zawijaska także z tego powodu, iż w jego centralnej części nie usypano modnego wysokiego kopca vel mogily zbiorowej i ogólnie był tam porządek. Przed dwoma dniami natomiast pewien taksówkarz wiózł mnie tymże rondem klucząc między betonowymi zaporami (a może i zasiekami), co wprawiło mnie w osłupienie - nie byliśmy przecież pod obstrzałem snajperów rozlokowanych na płaskim dachu pobliskiego nibytowieżowca. Przyznaję, że to ja (mniemam, że nie taxi-zawodowiec) wypiłam wcześniej w Kurzej Łapce małe grzane piwo z malinami ale czy to ono na drodze emanacyjno-indukcyjno-fluidalnej w nagłą brawurę go wprawiło?

     

Okrąglutkie i podłużne bułeczki, także cebulowe) i okragły chleb cebulowy (z certyfikatem wyrobu regionalnego) - wyrób piekarni z tradycjami - u Jana Hankego.
......................................................................................
Fragment zagubiony ale odnaleziony.
- wychodząc z domu z psem i rowerem nie przypuszczałam, że po powrocie z przejażdżki zastanę drzwi zamknięte. Uświadomiłam sobie jedno - pęk zgubionych w polach kluczy znajduje niecny łotr i wchodzi do mej siedziby pod moją nieobecność, aby wynieść zapas karmy dla psa albo dopiero co rankiem nazbierane pod drzewami jabłka i gruszki. Przejazd przez pola bisowałam, i jeszcze raz powtórzyłam dla pewności, ale żaden metal pod oponami nie zadźwięczał. Ostatecznie finał poszukiwań był pomyślny - zamiast po drabinie przez jedyne otwarte okno weszłam w pielesze domowe drogą tradycyjnie najprostszą - drzwiami.

     

Każdy z tych pagórków wśród pól to kilkusetletni szyb albo "gory", które widzieli przybysze zbliżający się do Tarnowskich Gór. Było ich w okolicy podobno 20 tysiecy. Wiekszość wzgórków nad szybami zniwelowano ale czasem przypominają o swym istnieniu zapadając w podziemne chodniki, jak to stało się ze starym "Augustem" w sierpniu (niektórzy powiadają, że już wiosną). Czy naprawdę nie warto pozostawić ich na następne 200 albo 400 lat zamiast rozwozić po zapadliskach i drogach? Pzrecież są unikalne, bo takie tutejsze, tarnogórskie.
..................................................................................................  
Szczęśliwych powrotów z niedzielnych spacerów życzę! 

PS. Plan na poniedziałek: sprawdzić brzmienie zapisów w uchwale budżetowej miasta zwiazanych z moimi wnioskami i dokonać analizy ich realizacji. Ważne, bo przecież chodzi o remonty ulic i chodników.