Powrót w sobotę.

W upalny dzień, w gorącą noc, w weekendowy czas jedni pracują, by inni bawić się mogli. Zatem cóż, znalazłam się w nieznanej mi liczbie pracujących. Wśród czynności, które wykonuję pracowicie jest redagowanie przejrzyście, rzeczowo i równocześnie zgodnie z przyjętą definicją terminu "protokół" tego właśnie dokumentu. To dość trudne szczególnie, gdy chodzi o protokół z posiedzenia Komisji, które odbyło się w terenie. Gdyby nie dyktafon, byłabym "ugotowana" nie tylko za przyczyną wysokich temperatur wówczas i teraz, notatki wykonane odręcznie nie są wystarczające. Swoją drogą dość interesujące i warte wyjaśnienia, moim zdaniem, dlaczego na posiedzenia wyjazdowe Komisji Rady Miejskiej nie jest oddelegowywana protokolantka. Przypominam sobie wspólne posiedzenia komisji Rady Powiatu i Rady Miejskiej, gdy wraz z radnymi powiatowymi przybywała protokolantka, w Radzie Miejskiej Biuro tejże osoby funkcyjnej nie zapewnia.
  Taaak... Posiedzenie wyjazdowe odbyło się we czwartek, teraz jest środek weekendu, co robiłam w tzw zwanym "międzyczasie"? Niech sięgnę pamięcią wstecz, choć to tylko kilkadziesiąt zaledwie godzin, bez notatek w notesie trudno odtworzyć byłoby mi "ruch dnia". Ale, ale. Co to właściwie jest ten "międzyczas"? Przysłowiowego konia z rzędem temu, kto logicznie i semantycznie albo nawet zabawnie wyjaśni mi znaczenie tego neologizmu, powstał chyba nie tak znowu dawno.