Trudne wybory

W kalendarzu wydarzeń kulturalnych znalazłam kilka dat i miejsc, w których chciałabym się znaleźć. Zdarzyło się, że dublowały się one. Z powodu niemożności podjęcia decyzji niejednokrotnie odrzucam dublet lub tercet pozostając w domu. Staje się on wówczas czytelnią (z rzadka odwiedzaną), w której najchetniej krótkie i zabawne dzieła literackie wchłaniałam. Bywają też wyjątki, bo wciągają mnie niespodziewanie inne.

I tak przykładowo piątek, 21września. godz. 17:00 – Miasteczko Śl. - wystawa poplenerowa, godz. 18:00 – PrzyTyCK – wernisaż – grafika. Jeszcze wcześniej zaproszenie do sąsiadki na herbatę z tegorocznych ziół - g. 16:30. Decyzja – zostaję w czytelni.


WKURZENI NA ŚLĄSK

Jan Hahn

Na początku tego roku wywołano na łamach „Gazety Wyborczej” dyskusję, której wątki znaleźć można w gazecie i dzisiaj. Zatytułowano ją: „Przystanek Śląsk”. Nazwa miała sugerować, że dobrze po prostu przystanąć i zadumać się nad Górnym Śląskiem, jak też zainicjować działania promocyjne, które z regionu ciężkiego przemysłu uczynić by mogły region atrakcyjny turystycznie, w którym warto się zatrzymać na dłużej. Śledziłem ją z uwagą. Mniej interesowały mnie sprawy konkretne: zarys koncepcji firmy, która wygrała konkurs na promocję Górnego Śląska, opis obiektów najbardziej atrakcyjnych, projekty przebudowy centrum Katowic. Chciałem się dowiedzieć co i jak myśli o Śląsku i Ślązakach rektor naszego uniwersytetu, nasi senatorowie, wybitni lekarze, artyści. I dowiedziałem się! Jedni – jak na przykład muzycy: Artur Rojek i Ireneusz Dudek, mówią pięknie i mądrze słowami pełnymi ciepła i przywiązania, inni z trudem maskują swą niechęć i lekceważenie. Odkryłem także zaskakującą zależność: ci, którzy o Górnym Śląsku powinni mówić i pisać najpiękniej i jak najlepiej, hołubić go i nim się chwalić – wyrzekają się go, zohydzając jego obraz ile się da. Mam tu na myśli szefów czasopism regionalnych, począwszy od tego największego, głównego inicjatora – „Gazety Wyborczej”. Dariusz Kortko już w tytule zwierza się: „Wkurza mnie Śląsk”, by później zwięźle to uzasadnić. Pani Senator Bochenek twierdzi, co prawda, że naczelny katowickiego dodatku „Gazety” musi bardzo kochać ziemię, na której mieszka, skoro - dla dobra sprawy, przymusza się do takiej prowokacji. Ja uważam, że na tę prowokację złożyły się poglądy autora absolutnie szczere. Ktoś, kto z całego pisania i mówienia Kazimierza Kutza zapamiętał tylko to, że ze Śląska koniecznie trzeba wyjechać i ubolewa, że nie potrafił tego zrobić, na Górny Śląsk musi patrzeć z wielką niechęcią. „Nie chce ale musi” babrać się tym wszystkim wokół. Jan Mazurkiewicz – redaktor naczelny Górnośląskiego Tygodnika Regionalnego „Echo” wychodzącego w Tychach, urodził się i mieszka w Gliwicach. Też nie lubi Śląska, bardziej jednak nie cierpi Ślązaków. Czuje się wśród nich obco, gdyż ojciec pochodzi z Lidy i
„ kresowe klimaty przeważają w poczuciu mojej tożsamości”. „Wkurza mnie przede wszystkim mentalność Ślązaków. Ślązacy są dla mnie zbyt racjonalni i hermetyczni. Brak im spontaniczności, ułańskiej fantazji ... Wkurza mnie ich pazerność i przywiązywanie do dóbr materialnych” – pisze. Drogi panie Janie. Ślązacy spontaniczność i ułańską fantazję okazali w trzech tak zwanych powstaniach - oczarowani szarżami husarii i jazdy Kozietulskiego i podkarmieni innymi miazmatami i obiecankami. Rezultatem zaś tych powstań było to, że musieli stać się racjonalni, hermetyczni i nieufni. Okazało się bowiem, że szybko pozbawiono ich prawa do korzystania z dóbr, które im przynależały, a ludzie skądsiś wzięli się za ich marnotrawienie. Pan Jan nie cierpi Ślązaków za ich zażyłe pod każdym względem stosunki z Niemcami. Mało, że ich mowa przesycona jest germanizmami - opuszczają ojczyznę i nie wiedzą co to polski patriotyzm; spotkał on w Gliwicach Ślązaka, który ciepło wspominał ... Hitlera, gdyż dzięki niemu dostał przed wojną świnię!


Można by na te wypowiedzi machnąć ręką. Słyszeliśmy już większe brednie, a na inwektywy w większości jesteśmy uodpornieni. Nie zadziwia nas też fakt całkowitego niezrozumienia spraw śląskich, czy też niesamowitego ich wykoślawiania. Na łaskę zrozumienia trzeba zasłużyć. Ale najpierw trzeba chcieć. Najważniejsze w tym krótkim forum jest to, kim są ci, którzy Śląska nie cierpią. Są to te same osoby, które w innym miejscu zastanawiają się jak promować Górny Śląsk, jak w tym zamierzeniu dorównać do najlepszych! Owszem, może funkcjonować szpital, w którym pielęgniarka nie znosi jego specyficznego zapachu oraz widoku krwi. Funkcjonowanie tegoż w sytuacji, gdy osoby o takich uczuleniach stanowią znaczną część personelu, zbytnio przypominałoby groteskę. Z sytuacji „ nie chcę ale muszę”, czasami coś wynika, nic dobrego przynieść nie może praca wykonywana z niechęcią, doraźnie, od niechcenia. W normalnym świecie rzadko można spotkać antyfeministę prowadzącego pismo dla kobiet. Na Górnym Śląsku takie anomalie jeszcze się zdarzają. Obsadzanie nie-Ślązakami kierowniczych stanowisk w środkach masowego przekazu ( gdyż opisywana sytuacja ma też miejsce w radio i w telewizji) bierze się jeszcze z dawniejszego ( zakorzenionego mocno, okazuje się) przekonania, że Ślązacy źle posługują się ( w mowie i w piśmie) językiem polskim i są mało przebojowi. Powiecie Państwo, że się czepiam i przesadzam. Oczywiście, że tak. Trzeba skończyć z szarogęszeniem się na Górnym Śląsku osób mających do rodowitych jego mieszkańców stosunek jak do Indian Guaranako. Należy zadbać, by w sprawach dotyczących promocji i kształtowania wizerunku naszego regionu głos decydujący mieli ci, którzy ten region dogłębnie poznali i uznali za swój ( niezależnie od miejsca swego pochodzenia). Jak długo jeszcze będzie można u nas otwarcie, bezkarnie, bez żenady oświadczać publicznie: mam was w d....! Proszę odpowiedzieć na pytanie: jak długo pełniłby jeszcze swoją funkcję redaktor naczelny gazety regionalnej w Kielcach, który oświadczyłby publicznie, że regionu świętokrzyskiego nie lubi, a jego mieszkańców to już nie może znieść? A dlaczego taka pogadanka jak z „Misia z okienka” przechodzi w Katowicach bez echa? Bo autor wie, że w branży takie poglądy są powszechne, a tym samym aprobowane! Niechęć do Ślązaków znów jest trendy i głosząc ją nie tylko się niczym nie ryzykuje, lecz zyskuje raczej. I szerzy się w czasopismach lokalnych ignorancja i przekłamanie. Przykłady? W „Dzienniku Zachodnim” Oskar Troplowitz jest „Żydem polskiego pochodzenia”. W 1912 roku, gdy w Gliwicach Troplowitz wypuszczał na rynek krem „Nivea”, miał on tyle wspólnego z Polską, co z Mandżurią. W „Gazecie Wyborczej” dziennikarz sportowy pisze, że po porywających meczach w „Spodku”, siatkarze udadzą się do Kędzierzyna-Koźla, po czym „ znów wrócą na Górny Śląsk”! Ręce opadają!

Jan Hahn