Zadowolenie.

Do napisania o "pijalni piwa pod chmurką" skłoniły mnie komentarze internautów w portalu Nasza Klasa. Ale nie tylko, bo i wtorkowy felieton Mieczysława Filaka zamieszczony w "Gwarku" na temat rynkowo-kopulasty. Ja chętnie nazywam to miejsce między dwiema wieżami "tarnogórskim salonem letnim", bo z salonem odwiedzanym przez gości, z dyskusjami, towarzyskimi kontaktami mi się kojarzy.
Kto z narzekających zechce zobaczyć europejski rynek, "całą gębą" turystyczny, niech odwiedzi królewskie miasto Kraków. I wszystko stanie się jasne. Tam to dopiero jest życie! Parasolowo-piwne. Ale ja nie o stolicy dawnej Polski tu miałam "zapodawać". Myślę, że dobrze przekonać się samemu, jak z tym piwem na rynku jest, ilu przychodzi tam piwoszy płacących za kufel/szklanicę 7 złotych. Niewielu. A czy więcej wypija się tam piwa niż kawy? Trudno podjąć polemikę, nie bywając w tym miejscu. 
Piwo, wineczko, wódzię na siedząco i leżąco, z torebki, torby, butelki pociągają tacy czy owacy zasiadający w loży bezstronni obserwatorzy lokalnego życia społecznego w epicentrum miejskim czyli na ławkach wokół stolików kawiarnianych. Krynica fontanny wzbogacana bywa płynem złotym a fizjologicznym, który wcale piwem się nie zwie. A całe to poza ogródkowe towarzystwo przysparza nie przyjemności a raczej kłopotów. Porządkowych. Tak jak i te karmione przez dobrotliwych przechodniów ptaszki, gołąbki, obsr...ce gruchające. I konia z rzędem temu, kto koncepcję zagospodarowania rynku przedstawi lepszą i mądrzejszą. I taką, która WSZYSTKICH bez wyjątku ukontentuje.