Saturday night fever

Dzisiejsza sobota wypełzła w listopadowych ciemnościach dając początek gorączce poszukiwań czynionych przez rewers i awers w pląsach, dąsach, kurtuazjach, nachalności.

Awers wyposażony jest w:
żelowane włosy, dźwięczące kluczyki, komórkę najlepiej zdublowaną, koszulę rozpiętą po pępek (w odpowiednim momencie ukaże się brązowiony tors po depilacji), nafaszerowanego elektroniką alu-rumaka, wybłyszczonego woskiem, o gabarytach ciężarówki lub autobusu, który ma być kartą przetargową w tokowaniu. Awers napęczniał powerem pod wpływem paliwa (C2H5OH na przykład) albo przeglądanych przed wyjściem czasopism dla panów bardzo dorosłych. Ma portfel, karty plastikowe, teksty jak z filmów i plan. Awers jest niemiłosiernie zdeterminowany.

Rewers przemieszcza się to tu, to tam i ma:
widoczną i ukrytą intymnie biżuterię marki „patrznamnie”, podskakujące w rytm kroków tits-y i świeżo aplikowane tips-y, dłuuuuuugie włosy, wysokie obcasy, cienki pasek nagiej skóry ponad paskiem z niby diamentami niby Swarovskiego, pomrrrrruuuuk w głosie, eksplodujące zapachy z rozlewni perfum, czasem okulary słoneczne (jak plastikowa aureola nad czołem pełnym zasad taktyki myśliwskiej. Rewers rozpaczliwie pulsuje tętnem oczekiwań.

Awers i rewers pasują do siebie, są dwiema stronami tego samego medalu lub monety – orzeł i reszka. Te same wzorcowe preferencje ma rewers co i awers: zahaczyć, wyrwać, zabajerować, zakręcić, zakochać się natychmiast, na dziś, na sobotnią noc, na 2 godziny.
A może na dobre i złe? Może na życie całe...?




icon_neutral