Kołatka ze złotym lwem

Evita odkąd zmarła jej młodsza siostra stała się jakby powiernicą wszystkich pogrzebów. Ludzie byli jej za to wdzięczni bo doskonale już wiedziała co i kiedy należy robić, czego unikać albo na co zwrócić uwagę. Znała też okoliczne płaczki, prowodyrki modlitw i była w stanie dobrać odpowiednią do oczekiwań i potrzeb rodziny. Było w tym jednak bezsprzecznie coś perwersyjnego.
W domu zmarłego Evita zwykła podchodzić do lustra i stać tam bez słowa, czasem nawet przez kilkanaście minut.
Żałoba przepala przedmioty i ludzi swoim jakimś mistycznym światłem. Odkształca je trwale pozostawiając swój ślad, zapach, aurę. A lustro staje się w jej obliczu jak wejście do labiryntu. Wspólnota osieroconych, przygotowujących pogrzeb podobna jest do zboru okultystów.
Tym razem od lustra oderwał ją dźwięk kołatki na drzwiach. Trzy uderzenia. W pierwszym momencie nie była pewna czy jej się nie zdawało, że ktoś pukał. Podbiegła do drzwi przygotowana na to że nikogo za nimi nie znajdzie ale stała tam niczego jeszcze nieświadoma sąsiadka. Polały się łzy. Kiedy ludzie z sąsiedztwa już wiedzą unikają kontaktu. Jedni zwyczajnie nie wiedzą co powiedzieć,inni boją zarazić się śmiercią. Z Panem Bogiem - żegnała ich Evita. Z Panem Bogiem - powtarzała jeszcze dwa razy. Z Panem Bogiem.


Trzecia droga, niepewność

Alvaro Estudiante przyglądał się gołębiowi spacerującemu na krawędzi dachu. To nic - powtarzał w myślach - Zdrada jest zwyczajnie potrzebna w polityce, bez niej niczego nie udałoby się osiągnąć.
Ludzie i tak zrobią swoje, jak ptaki dokonają nagłego zwrotu, jakby ich masa posiadała wspólny, zewnętrzny rozum, który chroni przed zderzeniem z twardą ścianą rewolucji.
Chyba więc nie powinniśmy przesadnie obawiać się skrajności, bo przecież to one przez krótki moment pozwalają poczuć się pewnie. Trzecia droga, którą stanowi niepewność odnajdzie nas sama. Pewnego ranka wybudzeni suchością w ustach przejdziemy przez chłodny plac. A jasna chmura powie wprost: To jest droga do Buenos Aires. Nie zbaczajcie. Czyż nie nie poczujemy się wtedy zabawni jak nigdy wcześniej?


Patron rogaczy

Z kolei Eduardo Fernandes zdecydował się przysposobić syna swojej niewiernej żony, choć wszyscy w miasteczku doskonale wiedzieli, że puszczała się swego czasu ze sprzedawcą warzyw. Śmiano się nawet z niego: że od tej pory patronem Eduardo zostanie święty Józef - "patron rogaczy"- jak żartowano. Chyba stało się tak faktycznie, bo Eduardo zaczął żyć przekonaniem, iż jeśli chodzi o macierzyństwo, kobiecie natura nie pozostawia zbyt wiele wyboru, jednak ojcostwo, w przypadku mężczyzny - za którego Eduardo chciał się nadal uważać choć nie wszystkiemu mógł sprostać...- jednakże ojcostwo było zawsze i w każdym przypadku sprawą li tylko wyboru - było wynikiem decyzji, która w konsekwencji spychała człowieka w niebyt. Tak, wkrótce taki mężczyzna stawał się smukłą sylwetką krajobrazu, śladami odciśnìętymi w piasku, które tuż za furtką domostwa kierowały się w stronę lasu by zniknąć, ale nie na zawsze jak to zgodnie z naturą być powinno, tylko zniknąć po to by wrócić i wypełnić kolejny szereg wymagań, zobowiązań i należności.
Jedno pytanie pozostawało dla niego wciąż otwarte, a mianowicie: ile przed nim jest jeszcze niemoralnych czynów do, których nie ma już prawa? Czy może jednak odpowiada jeszcze trochę, tylko i wyłącznie za siebie?

"Eduardo to dobry człowiek" - powtarzała między sobą całkiem spora grupa starszych kobiet w miasteczku i przebierała w jędrnych pomidorach na straganie. "To dobry człowiek" - wtórowało im echo, bielone ściany budynków i sucha droga w stronę lasu.


Koniec Buenos Aires

Javier (czyt. Hawier) poczuł się odpowiedzialny, żeby namawiać swojego dobrego przyjaciela, aźeby ten powrócił na uczelnie i ukończył przerwane studia. Kiedy zakończył tyradę otrzymał zapłatę, odpowiedz:
- Wiesz mój drogi... - rozpoczął namawiany przezeń kolega - Trudno by mi było znaleźć teraz tyle determinacji i tyle wiary ludzkość, żeby podjąć tak ogromny wysiłek. Nie potrafię też oprzeć się wrażeniu, że większość z rzeczy, których do tej pory uczyłem się to zbiór użytecznych bzdur, dzięki którym można jakoś utrzymać się w tym, w gruncie rzeczy skromnym miejscu.
Nie zrozum mnie źle. Nie mówię o tym, że to mało, źe dzięki temu nie mogłem pełniej spotkać się, przysiąść w rozmowie albo głębiej spoglądać w oczy kobiet - nie to przecież.
Moze poprostu przychodzi czas źeby zacząć się zwijać, że to przyzwoite przestać kiedyś czekać na więcej.

Nad miastem nisko unosiły się chmury i wisiał mocno wyczuwalny zapach spalin samochodów. Nie przeszkadzało to jednak - ta intensywność przywodziła na myśl chwile spędzone tutaj na szampańskiej zabawie, chwile kiedy biegło się ulicami prosto i szybko, bez celu.


Kuchnia ostatniej wieczerzy

Pośród wielu tytułów, jakie chciałbym zobaczyć na półkach regału nowo poznaniej osoby, jest "Kuchnia ostatniej wieczerzy". Nieprawdaż? Wobraziłem sobie tę książkę jako szczegółowy zapis przebiegu Ostatniej Wieczerzy od strony kuchni, gdzie nerwowa atmosfera pośród kucharzy, przygotowujących coraz to bardziej wykwintne potrawy, zdradza ich różny status świadomości tego co dzieje się na sali za ścianą. Miałaby to być swoistą walka na przepisy i sposoby przyrządzania. Suchy chleb zostaje podany na koniec jako rodzaj osiągniętego kompromisu poprzez szczery, brutalny, minimalizm - podobnej treści adnotacja mogłaby znaleźć się na obwolucie książki.
Po przeczytaniu owej notki zazwyczaj w drzwiach pojawia się właściciel księgozbioru i przyłapuje nas na "myszkowaniu" w jego bibliotece. Szybkim ruchem narzuca temat tylko po to, a żeby odwieść naszą uwagę od trzymanej w ręku pozycji. Wymusza na nas pomoc w jakieś błachej sprawie. Każe uporządkować stolik, żeby mógł bezpiecznie odstawić trzymaną herbatę. Wtedy racjonalnie odkładamy książkę na swoje miejsce i nigdy nie wracamy już do rozpoczętego apokryfu.


Pisklę kosa

Pewną już starszą kobietę, która wiodła życie raczej samotne, a od dłuższego czasu zajmowała się prawie wyłącznie ogrodem, pewnego wieczoru odnalazło pisklę kosa. Kobieta przygarnęła je do siebie i odchowała jak własne dziecko, córeczkę.
Kiedy lato dobiegło końca pisklę wyfrunęło z "gniazda", a kobieta zmarła. Zasnęła we własnym łóżku.

Żegnamy Cię. Będziemy tęsknić za Tobą i Twoim ogrodem. Bóg zapłać.
Ten szybki kos jest Twoim dziedzicem, Heleno.


Autobus przegranych

To był ostatni taki bieg w tym sezonie - wielka gonitwa Arabów. Czarne jak smoła konie o wręcz nieproporcjonalnie szerokich nozdrzach stały we mgle zraszaczy. Polewano je wodą, źeby ostygły.Trudno powiedzieć ile przegraliśmy tego dnia, ale naprawdę nie chodzi o pieniądze, bo tych mieliśmy tak niewiele, źe nie sposób było odnieść finansową porażkę, chodziło o coś innego - to wtedy po raz pierwszy zapragnąłem zostać iberoamerykańskim pisarzem byle czytadeł albo autorem przewodnika po miejscach nieostrych i przelotnych. Tak, moźe to wyda się dziwne, ale doprawdy ten stan ducha towarzyszył nam wszystkim wewnątrz autobusu, który odwoził ludzi do centrum z toru na Służewcu - jest taka linia - autobus przegranych. Warto się tam wybrać żeby doświadczyć tej cudownej szczerości i zjednoczenia w ostatniej chwili kiedy moźemy być razem, przemieszczać się po estakadach i nieludnych pętlach. To jedno z miejsc godnych polecenia. Zapraszam.

Drodzy Państwo owym wpisem próbuję rozpocząć cykl, rodzaj przewodnika po miejscach niezbyt popularnych. Nie wiem czy uda mi się wytrzymać reżim kosekwentnej pracy nad nim ale jeśli tak, to postaram się odnaleźć dla Państwa kilka z tych miejsc wolnych od wszystkiego. Polecam.


strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |  6 |