Boże ciało Bytomia, miasto; intymność

Znane mi katolickie cmentarze są raczej skwarne i trudno na nich schować się w cieniu. Łatwiej znaleźć tu wdowca, czułego hodowcę rododendronów, niż zaznać spokoju. Jednak czego bardziej pożądać od czułości i troski?
Od pewnego czasu „małe grobki” budzą we mnie obawę, że dusza może stać się po prostu zła, tak jakby na wskroś i do końca była w stanie się zmienić na gorsze.

*

Dzielnicę zamyka komin krematorium – to nie wiersz – tu tak żyją ludzie. Przedsiębiorstwo pogrzebowe spełnia rolę monopolisty i potentata (jak mówią). W sumie to niewielka dzielnica, ale zdolna pomieścic siedem cmentarzy północnego Bytomia – jeden nowoczesny tuż za kopalnią (z kamerami monitoringu) i pozostałych sześć starych (w tym jeden ewangelicki, jeden kirkut, jeden pospołu komunalny i żołnierzy radzieckich). Wszystkie są nadal czynne i przyjmują do siebie. Groby lwowiaków często przypominają kartę tytułową książki z czasów, kiedy pisywało się wpsomnienia z Karpat Wschodnich. Groby cyganów są z czarnego granitu i tak jak u ruskich na granicie widnieją ich twarze. W Dzień Zaduszny przypominają małe kwiaciarnie; cukiernie kwiatów żałobnych, w których można zjeść, a przede wszystkim napić.
W całej dzielnicy nie ma ani jednego banku czy bankomatu. Nie ma tu niczego co byłoby nieprawowierne - tylko lombardy, zakłady blacharzy samochodowych, kamieniarze, kwiaciarnie i kramy ze zniczami, zamknięte i podupadłe sklepy warzywne, które próbują sprzedawac alkohol. Jeszcze ubogie budki z maszynami do gry i kilka lokali gastronomicznych (dobrych na stypę lub pogrzeb). Mnóstwo tu kalek – młodych, starych i dzieci.
Ostateczność, nie daje im innej możliwości jak tylko żyć. Żyć życia wymiarem zapomnianym. Wymiarem chłodnej radości, kiedy już nie podąża się za pragnieniem sukcesu. Kiedy opuszcza się splendor, moc aktywnych zabiegów o swoje miejsce w tym świecie.
W istocie, ta dzielnica, to chyba jest kurort – odsłonięcie tego wszystkiego czego można było się przedtem obawiać. Tego co chciało się ułożyć, usystematyzować, okiełznać. Poprzez miarowość, poprzez systematyczność sanatoryjnych zabiegów, poprzez równy rytm spożywania wód zdrojowych. To miejsce to kurort – nie ma innej, bardziej dorzecznej i wyższej spośród nielicznych nagrody.

*

W słońcu jak nic przypominasz Niniwę, miasta nie muszą przetrwać, żeby być wieczne. Kamienie, stożki hierarchii winny być tylko poddawane wszelkiej próbie zasiedlenia - zdegradowane przez intymność. Drobna inicjatywa kupców, każdy przejaw zabawnej prywaty musi nieustanie kalać tę nieskazitelność i potęgę. W projekcie można dostrzec doskonałość tylko wtedy, kiedy pozwala na to by obracał się sam w perzynę. Może nie wszystko musi spełniać te zasadę i może nie każde z miast musi to potrafić, ale chyba tylko te (posiadające tę umiejętność), tylko te podniecają naprawdę. Stanowią wyzwanie; doświadczenie i cios. Niektóre z miast mają uroczą zdolność do homeostazy – przyciągają wówczas tłumy naiwnych turystów. Najczęściej są to niemieccy emeryci oraz studenci (ci drudzy nie posiadają nawet narodowości). Homeostaza przyciąga ich z tej samej prostej przyczyny jaka musi byc powodem przetrzymywania w bankach prawdziwych fortun przez zbutwiałe staruszki – ciąg ku nieśmiertelności. Ale to, wbrew pozormom, właśnie ocala te miasta. Wiara w homeostazę stanowi podły ratunek, przeciwwagę - rzadko demaskowana kpinę. To przynosi tym miastom zbawienie. Przynosi gorycz oraz zwątpienie (kiedy odkryją w sobie intymność; Niniwę).




Arancio Amore, to co było ulicą

Z rzadka zdarzają się momenty, w których powodem spotkania staje się jeden krótki wiersz, chwilowa ekspozycja emocji, myśli, obrazów. Idylla słodkiego życia w majowe wieczory, bankiety - „Arancio Amore, to co było ulicą”, to tryumf miłości mimo wszystko.

Interpretować recytatorsko mój tekst będzie Pani Gabriela Mankiewicz. Gabriela Mankiewicz jest laureatką wielu konkursów recytatorskich, pedagogiem i animatorem kultury

Zapraszamy na dziedziniec „Innego Śląska” (Tarnowskie Góry, ul. Karola Miarki 2). Piątek, 22. maja, godzina 20:30 (na minutę przed zachodem słońca). W razie deszczu termin może ulec zmianie.




Edward Baczyński, pożegnanie

Dziś, szóstego lutego w samo południe, w Kościele Parafialnym w Miasteczku Śląskim, żegnamy Pana Edwarda Baczyńskiego – poetę, kabareciarza, ojca poety Michała Baczyńskiego, męża i dziadka. Pana Edwarda, który mnie dał się poznać jako człowiek prawy, szczery, człowiek dla którego rzeczą oczywistą i jak najbardziej naturalną było pomóc drugiemu. I nie przychodził taki dla zasady (choć był człowiekiem honoru i zasad – przed oczami staje mi jego zdjęcie, na którym pręży pierś w mundurze), …nie przychodził taki na pokaz, On zwyczajnie i po prostu przychodził taki i już. Kiedy dziękowało mu się, machał ręką i intonował wstydliwie (ale po męsku) westchnienie rezygnacji, którym przenosił ten swój gest pośród byle błahostki – jakby mówił „daj spokój” - jak by śmiał się serdecznie nad naiwnością i przesadą młodości.
Takim przyszło mi dziś Cię zapamiętać. Odpoczywaj w pokoju Panie Edwardzie. Do zobaczenia




nowe narracje dla śląska

Wrzucam link do najnowszego numeru czasopisma "Anthropos?", który poświęcony został nowym narracjom dla Górnego Śląska. Debiutuję w nim jako "eseista", ale prócz mojego tekstu można znaleźć tam kilka ważnych tekstów autorów z dużo większym dorobkiem. Polecam wszystkim zainteresowanym tematem.

http://www.anthropos.us.edu.pl/texty/tomanek.htm


strona :  1 |  2 |  3 |  4 |  5 |